Pamiętacie państwo, jak Donald Trump beształ Wołodymyra Zełenskiego w lutym zeszłego roku? „Nie masz kart!” — mówił. Niesławna pyskówka prezydentów w Białym Domu zakończyła się praktycznie wyproszeniem ukraińskiego gościa i potężnym kryzysem dyplomatycznym.
Ale słowo wróblem wyleci, wołem powróci. Rok później, kiedy Donald Trump za namową Izraela rozpętał chaotyczną wojnę z Iranem, okazało się, że to Zełenski ma w ręku najsilniejsze karty. To Ukraińcy od czterech lat zmagają się z masowymi nalotami irańskich Shahedów wysyłanych z Rosji. I są największymi na świecie specjalistami w ich zwalczaniu, a także w produkcji najbardziej zaawansowanych dronów na świecie. Wojenna potrzeba matką wynalazków.
Kiedy Shahedy zaczęły bombardować amerykańskie bazy wojskowe i sojuszników USA na Bliskim Wschodzie, USA musiały poprosić Ukrainę o pomoc. A Zełenski z gestem wysłał na Bliski Wschód aż 200 ukraińskich specjalistów od walki z dronami — i nie pytał publicznie, czy Trump choć raz powiedział „dziękuję”.
Ta korespondencyjna rozgrywka dyplomatyczna powinna dać do myślenia szczególnie naszej prawicy, od kilku tygodni w imię partyjnych interesów zwalczającej unijną pożyczkę SAFE, której znaczna część ma trafić na budowę systemów antydronowych i na współpracę zbrojeniową z Ukraińcami. Nie ma na rynku tańszych pieniędzy i nie ma lepszego sposobu, by je sensownie wydać.
Ale wnioski z awantury rozpętanej na Bliskim Wschodzie przez Izrael i Amerykę nie ograniczają się jedynie do dziedziny zbrojeń. To impuls, by przemyśleć w ogóle kwestie naszego bezpieczeństwa. Czy dyplomatycznie opłaca nam się stawianie wyłącznie na Amerykę, która od roku jest wybitnie niestabilnym partnerem, zachowującym się w światowej dyplomacji jak słoń w składzie porcelany? Wojna na Bliskim Wschodzie to najnowszy przykład, a przecież całkiem niedawno mieliśmy groźby wobec Grenlandii czy atak na Wenezuelę.
Bezpieczeństwo to także energetyka. Do tej pory sądziliśmy, że przynajmniej z dostawami gazu mamy święty spokój na lata. Surowiec płynął do gazoportu z USA i Kataru. Ale po zeszłotygodniowym ataku Iranu na katarskie instalacje (w odwecie za zbombardowanie ich pól gazowych przez Izrael) z dostawami z Bliskiego Wschodu będą problemy. O cenach surowców energetycznych, które poszybowały w górę przez wojnę, nawet nie ma co wspominać. W tej sytuacji ataki PiS na „OZE-sroze” są wyjątkowo absurdalne. Dobrze, że elektrownię jądrową budują Amerykanie, bo i ten projekt PiS gotowe byłoby zwalczać jako przejaw „religii klimatyzmu”.
Na koniec trzeba wspomnieć o antyunijnych szarżach prezydenta Nawrockiego i rozmaitych odmian prawicy. Zakotwiczenie w UE to dziś nasza najmocniejsza karta, więc jej wyrzucanie każe zapytać o samopoczucie tych, którzy chcą się jej pozbyć. Jeśli prawicowi politycy robią to na serio, to ciekaw jestem, jak szła im w szkole nauka historii i geografii. Jeśli zaś to tylko dla paru punktów procentowych w sondażach, tym gorzej dla nas. Braki w edukacji da się jakoś nadrobić, nawet sięgając do Wikipedii. Gorzej z brakiem wyobraźni i politycznej rozwagi.

