Duchota taka, że trudno oddychać, nocą nie da się zasnąć. O własnych problemach trzeba opowiadać przy innych pacjentach. A potem człowiek wychodzi ze szpitala i musi sobie radzić — mówi pacjenci, którzy trafili do Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
Noc na oddziale zamkniętym nie jest wcale cicha. W wielkiej sali na łóżku siedzi młoda dziewczyna i opowiada o fraktalach, śmiejąc się dziko. Tuż obok niej 18-latka nawija o szkolnej lekturze, ślubie kuzynki i czesze długie, gęste włosy. Na sąsiednich łóżkach leżą nieruchomo starsze kobiety i patrzą w sufit, a na korytarzu pacjent przywiązany pasami. Wszędzie panuje kompletna ciemność.
— Miałam wrażenie, że znalazłam się w „Locie nad kukułczym gniazdem” — wspomina Ewa, która kilka lat temu po ostrym kryzysie trafiła na zamknięty oddział psychiatryczny F5 w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Spędziła na nim tylko kilka dni, ale nigdy nie zapomni tej młodziutkiej dziewczyny, która nocą rozczesywała gruby warkocz, a dzień później leżała na korytarzu w pasach. Nie chciała tabletek, krzyczała, że jej zimno. — Pielęgniarki, które robiły obchód, nie zwalniały przy jej łóżku. Prosiłam, żeby ją przykryć, mówiłam, że mogę sama to zrobić, ale zabroniły mi jej dotykać. Potem z kolei ta dziewczyna wołała, żeby zdjęły z niej koc, bo za gorąco. Jej krzyki było słychać przez pół nocy. Do sali wróciła rano, z nieobecnym wzrokiem. Przyszli jej rodzice, mówili, że zawsze była łagodna, chodziła na pielgrzymki, za pół roku miała zdawać maturę. I nagle zaczęła się dziwnie zachowywać, musieli ją przywieźć do szpitala — wspomina Ewa.
Kiedy sama trafiła na zamknięty oddział, lekarz dyżurny o wszystko ją wypytał, a potem powiedział, że może ją wypuścić do domu, choćby tego samego dnia. Nie chciała, wolała zostać, bo wiedziała, że tam nie zrobi sobie krzywdy. Ale była wstrząśnięta tym, co zobaczyła: salę pełną ludzi, z których każdy był w innym stanie, plastikowe sztućce na stołówce, które łamały się podczas smarowania chleba masłem. I jeszcze szpitalną łazienkę: obskurną, bez zamka i odrobiny prywatności.
Gdzie może być wiatrak
Na oddziale F6, przeznaczonym dla pacjentów w kryzysie psychicznym, którzy wymagają hospitalizacji, toalety są w pokoju, mają drzwi przesuwne, więc jak się kąpiesz, robisz siku czy kupę, pozostali pacjenci to słyszą. To był dla mnie wielki stres, potrafiłam trzymać kupę dwa tygodnie, żeby nie załatwiać się w takich warunkach — opowiada Katarzyna Szczerbowska, która w szpitalu przy ul. Sobieskiego spędziła pół roku. Najtrudniejsze były dla niej te wieloosobowe pokoje, na noc szła do palarni, bo wśród ludzi nie mogła zasnąć.
Pamięta też brzydki zapach. — W szpitalu trudno jest zachować higienę. Na niektórych oddziałach są tylko dwie łazienki: męska i damska. Kolejka do mycia tworzyła się już o szóstej rano, pacjenci wstawali wcześniej, żeby się w niej ustawić. Bo to nie jest tak, że nikt nie chce być czysty, niektórzy są w takim stanie, że nie pamiętają o myciu. Zwykle w szpitalach pomaga im personel, ale kiedy są tylko dwie łazienki, jest to trudne. A i personelu mało — mówi była pacjentka. Jechała niedawno autobusem, w którym nie działała klimatyzacja. Wytrzymała tylko jeden przystanek, wysiadła. I myślała, że właśnie tak jest w szpitalu latem. — Okna oddziałów psychiatrycznych wychodzą na południe, więc jest duża ekspozycja na słońce, a nie ma żadnych rolet. Nie można wstawić wiatraków do pokojów, bo nie ma w nich kontaktów. A poza tym wiatraki mają kable, które też są zabronione. Więc ostatecznie wiatraki stoją na korytarzu — mówi Szczerbowska, która działa na rzecz praw pacjentów psychiatrycznych w Fundacji eFkropka.
— Kiedy są upały, warunki w oddziałach zamkniętych stają się naprawdę trudne. Tam prawie nie ma przepływu powietrza. Ja rozumiem, jak ważne są zasady bezpieczeństwa, wiem, dlaczego w salach chorych nie ma gniazdek elektrycznych i dlaczego personel musi brać pod uwagę ryzyko samouszkodzeń. Dlatego postuluję klimatyzację zamieszczoną wysoko, ewentualnie może jakieś podsufitowe wentylatory czy wiatraczki. Dziś pacjenci próbują radzić sobie sami: szeroko otwierają okna i drzwi do pokojów, próbują stworzyć choćby minimalny przeciąg. Nie mogą po prostu wyjść na spacer ani schronić się w chłodniejszym miejscu — mówi Katarzyna Dorota Dąbrowska, prawniczka działająca społecznie na rzecz pacjentów psychiatrycznych i osób z niepełnosprawnościami, specjalistka prawa medycznego i żywnościowego.
W lipcu 2024 r. pacjenci z oddziału F6 napisali do dyrekcji IPiN list, w którym skarżyli się, że duchota i wysokie temperatury są nie do wytrzymania. Prosili o zamontowanie klimatyzacji, a przynajmniej zapewnienie wiatraków i dostępu do czystej lub przefiltrowanej wody. Zapewniali, że chętnie pomogą z wnoszeniem ciężkich butli, mogą także na własną rękę kupić kilka dzbanków z filtrem.
Rok później Dąbrowska wysłała petycję w tej sprawie do ówczesnego dyrektora IPiN Piotra Nowickiego. Przyznał, że potrzeby dotyczące klimatyzacji, modernizacji sanitariatów i poprawy warunków, w jakich przebywają pacjenci, są uzasadnione. Tyle że trudno je zrealizować, bo szpital tonie w długach. Poza tym większość budynków, w których mieszczą się oddziały psychiatryczne, ma już ponad 60 lat, więc wszelkie remonty muszą zostać rozłożone na lata. Dyrektor zapewniał jednak, że udało mu się zdobyć środki z Funduszu Medycznego na modernizację części infrastruktury psychiatrycznej. Jak podaje teraz Ministerstwo Zdrowia, to blisko 200 mln zł na lata 2026-2029.
IPiN twierdzi tymczasem, że nie rozumie zarzutu o brak dostępu do wody. Odpowiadając na pytania „Newsweeka”, zapewnia również, że „naprawiono i oddano do użytku centrale wentylacyjne oraz zamontowano na terenie instytutu dodatkowe klimatyzatory”. Rzeczywiście, pacjenci mogą pić wodę z kranu. A klimatyzacja — przyznają — owszem, jest: w gabinetach ordynatorów, kierowników klinik i innych pomieszczeniach instytutu. Ale nie w salach pacjentów.
Będą chyba wieszać hamaki
Istniejący już 75 lat Instytut Psychiatrii i Neurologii w warszawskim Wilanowie to nie tylko ośrodek badawczy, ale także szpital, który leczy ludzi z najcięższymi chorobami psychicznymi i neurologicznymi. Tyle że sam od dawna wymaga terapii: z opublikowanego w zeszłym roku raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że sytuacja finansowa IPiN w latach 2021-2024 była bardzo zła. Zadłużenie przekroczyło 100 mln zł, bo kiedy brakowało pieniędzy, instytut pożyczał. Najpierw w bankach, później także w parabankach. Kolejni dyrektorzy próbowali naprawiać sytuację, ale zadłużenie rosło.
Jesienią 2024 r. do zarządzania instytutem został powołany Piotr Nowicki, który stworzył plan naprawczy i zdołał odwrócić trend narastania straty. Wiosną zrezygnował ze stanowiska, zastąpiła go Sylwia Szepelawa, jego zastępczyni ds. administracyjnych, z wykształcenia polonistka. Dzisiaj dług instytutu wynosi ponad 233 mln zł, ale IPiN przekonuje, że nie odbija się to na jakości leczenia. A restrukturyzacja — twierdzi — przyniosła poprawę wyniku finansowego za 2025 r. o ponad 5,8 mln zł, czyli o 24 proc. rok do roku.
— Na stronie internetowej instytutu jest podane konto, jeżeli ktoś może wpłacić jakieś pieniądze, byłoby super. Bo chociaż ten szpital jest taki brzydki, pacjenci bardzo go lubią, mają tam lekarzy, którym ufają. Bo to nie budynek tworzy instytut, tylko ludzie — mówi Katarzyna Szczerbowska.
Uważa, że pracownicy IPiN też są ofiarami jego trudnej sytuacji. — Znajoma pielęgniarka powiedziała mi, że mają już tak dużo pacjentów, że zaraz będą chyba wieszać hamaki. A opiekowanie się osobami w kryzysie nie jest łatwe, bo to specyficzni pacjenci, wymagają dużo cierpliwości, empatii, inteligencji emocjonalnej. Bardzo potrzebne są szkolenia dla personelu. Marzy mi się, żebyśmy mogli powiedzieć, czego potrzebujemy, co nam pomaga, a co przeszkadza. Bo teraz pacjenci nie są słuchani — mówi aktywistka.
Ma wrażenie, że o zdrowiu psychicznym łatwiej jest mówić na konferencjach, niż przeznaczyć na nie pieniądze i wdrażać reformy. — Tymczasem potrzeby są ogromne, bo ludzie są przepracowani, wypaleni zawodowo, mają kłopoty z dziećmi, a dzieci też mają kłopoty. W ostatnich latach pacjentami w szpitalach psychiatrycznych są głównie młodzi ludzie w depresji reaktywnej, z zaburzeniami osobowości — tłumaczy Szczerbowska. Bardzo chciałaby, żeby na oddział zamknięty przyszła minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, po gospodarsku się rozejrzała, zobaczyła, jak funkcjonuje.
Wszyscy słyszą te pytania
A tam nieustannie coś się dzieje. — Oczywiście są pacjenci, którzy nie wstają z łóżek, ale inni mają bogate życie towarzyskie. Rozmawiają, grają, oglądają filmy, zamawiają wspólnie pizzę, palą papierosy w toalecie, bo na oddziale nie ma palarni. Dziewczyny farbują sobie nawzajem włosy, malują paznokcie — opowiada asystentka zdrowienia Paula Elżbieta Kowalczyk.
Każdy dzień wygląda podobnie. Śniadanie, potem leki, chwila przerwy i zaczynają się zajęcia: psychoedukacja, grupa wsparcia, katecheza z księdzem. Tylko dla chętnych, zwykle do świetlicy przychodzi kilka osób, zresztą więcej by się nie zmieściło. Brakuje też krzeseł, trzeba je ciągle przynosić ze stołówki. A jeszcze wpadają ci, którzy chcą naładować telefon, bo w salach nie wolno mieć ładowarek.
Potem godzinny spacer po terenie szpitala, znowu zajęcia i tak aż do wieczora, z przerwą na obiad w stołówce. Raz w tygodniu jest obchód. — Lekarze, psycholodzy i pielęgniarka oddziałowa chodzą z kartami pacjentów, przy każdym się zatrzymują i rozmawiają. Pacjenci tego bardzo nie lubią, bo pytania są dosyć osobiste. Na przykład: dlaczego pani się pocięła? Albo: czy ma pani biegunkę? Czy wypróżnia się pani? Nie każdy chce, żeby wszyscy z sali go słyszeli — opowiada Paula Elżbieta Kowalczyk.
— Bardzo brakuje gabinetów lekarskich, lekarze rozmawiają z rodzinami i pacjentami na korytarzu. Czasem jest tak, że w gabinecie siedzi dwóch lekarzy, więc jeden rozmawia, a drugi tego słucha — dodaje Katarzyna Szczerbowska.
Instytut twierdzi, że rozmowy z lekarzami oraz obchody lekarskie odbywają się z poszanowaniem prawa pacjentów do prywatności i intymności, zgodnie z obowiązującymi przepisami. — Na każdym oddziale znajdują się pomieszczenia umożliwiające prowadzenie terapii oraz poufnych rozmów, gdy istnieją ku temu wskazania — zapewnia dr Paweł Trzciński, który odpowiedział na pytania „Newsweeka”, które zadaliśmy Instytutowi.
Na pytanie, czy z biegiem lat na oddziałach zamkniętych zmienia się coś na lepsze, Paula Elżbieta Kowalczyk odpowiada, że nie. — Jeśli już, to na gorsze. Na początku roku znowu nie było papieru toaletowego. Kiedyś były przepustki na weekendy, teraz ich praktycznie nie ma. A przecież gdyby pacjenci mogli wychodzić ze szpitala, nie czuliby się tak uwięzieni. Podobno znowu chodzi o pieniądze, bo NFZ płaci za pobyt. Dawniej myślano: trudno, najwyżej zarobimy mniej, ale to będzie dla dobra pacjenta. A teraz jego dobro zeszło na dalszy plan — ubolewa.
Zdani tylko na siebie
Katarzyna Szczerbowska po raz pierwszy wyszła na zewnątrz dopiero po kilku miesiącach. Kiedy poczuła pod stopami trawę, była szczęśliwa. — Nawet w „Locie nad kukułczym gniazdem” w szpitalu jest ogród. Nasz instytut został zbudowany na terenie dawnych sadów, to bardzo żyzna ziemia. Można by tu zrobić wspaniały ogród za tym budynkiem, gdzie są oddziały dzienne. Zbudować nowoczesny szpital — mówi.
Taki, w którym jest woda dla pacjentów, klimatyzacja, nie brakuje krzeseł, ani tym bardziej psychologów. Bo teraz — twierdzi Szczerbowska — na oddziałach zamkniętych jest ich zbyt mało. — Niestety psychiatria jest tak nisko finansowana, że nie ma jak zatrudnić więcej osób — mówi. Instytut zaprzecza: oferta psychologiczna i psychoterapeutyczna spełnia wymagania NFZ.
Ewa spędziła na oddziale zamkniętym tylko kilka dni, potem przeniesiono ją na otwarty. — Tam nie było żadnego leczenia czy terapii, zupełnie nic. Tyle tylko że byłam bezpieczna, nie musiałam o niczym decydować — wspomina. Na wypisie ze szpitala dostała zalecenie: unikać stresu i pójść na terapię. Poszła, prywatnie.
I to jest typowa sytuacja, pacjent wychodzi ze szpitala i nie dostaje żadnego planu co dalej, jest zdany tylko na siebie. Duża część osób nie wytrzymuje konfrontacji z życiem poza szpitalem psychiatrycznym i cyklicznie do niego wraca. O to, aby tak się nie działo, od lat walczy m.in. Fundacja eFkropka. W październiku zeszłego roku współorganizowała Nadzwyczajny Kongres Zdrowia Psychicznego, a zaraz po nim marsz do Sejmu. Uczestnicy chcieli zwrócić uwagę polityków, że warunki w szpitalach psychiatrycznych uwłaczają godności pacjentów i personelu, a po pobycie w szpitalu brakuje skoordynowanej rehabilitacji. Alarmowali, że planowane ograniczenie finansowania psychiatrii o około 1,2 mld zł może zagrozić reformie.
Ministerstwo Zdrowia w odpowiedzi na pytania „Newsweeka” zapewnia tymczasem, że wprawdzie pilotaż Centrów Zdrowia Psychicznego ma zakończyć się w tym roku, ale od przyszłego roku model ma zostać wdrożony w całym kraju.
— Pomoc psychiatryczną i psychoterapeutyczną trudno zamknąć w logice prostych procedur. Psychiatrii nie da się mierzyć wyłącznie liczbą wizyt, punktów, usług i osobodni. To, co jest najskuteczniejsze, to ciągłość leczenia i bezpieczna relacja terapeutyczna z lekarzem, psychologiem, psychoterapeutą. Z osobą, do której się ma zaufanie — mówi prawniczka Katarzyna Dorota Dąbrowska.
Katarzyna Szczerbowska dodaje, że bardzo walczyła o to, żeby wprowadzano w Polsce psychiatrię środowiskową. Teraz musi się pogodzić z tym, że przegrała.




