Choć w miastach brak pieniędzy na łatanie dróg czy nowe przedszkola, samorządy od Szczecina po Częstochowę pompują wielkie sumy w kluby sportowe. Tak publiczne pieniądze stają się kroplówką dla prywatnych biznesów.
Jesień ubiegłego roku. Choć rok wcześniej Śląsk Wrocław otarł się o mistrzostwo Polski, teraz szoruje po dnie. Po 16 kolejkach zajmuje ostatnie miejsce w tabeli. Podczas spotkania z niezadowolonymi kibicami prezes Patryk Załęczny przekonuje, że aby zaradzić sytuacji, potrzebne będą publiczne pieniądze.
– Niedługo odbędzie się sesja rady miasta, na której zostanie uchwalony budżet, i teraz pytanie: czy możemy planować pieniądze, czy nie? Jeżeli mam zarządzać Śląskiem, to chciałbym, żeby miasto jak najwięcej dołożyło – mówi i dodaje, że liczy na 25-30 mln zł. W grudniu radni przegłosują dla niego pomoc w wysokości 19 mln zł. To kwota, za którą można zbudować blisko 30 orlików.
– Ta sytuacja bardzo zapadła mi w pamięć. To nie było nawet tak, że prezes przyszedł z wyliczeniami, że mamy takie i takie potrzeby, potrzebujemy takiej i takiej kwoty. Po prostu wyszedł i zażądał. W ten sposób nigdy nie będziemy wiedzieć, czy nasze miasto dołoży w najbliższym roku do działalności klubu 2 mln, czy może 15 – mówi „Newsweekowi” prawnik Bartłomiej Gawrecki. W Poznaniu obronił właśnie doktorat, w którym opisuje kulisy finansowania polskiego sportu.
Korona królów
Jak opowiada, żeby mogła powstać praca zatytułowana „Pomoc państwa na rzecz podmiotów rynku sportowego – (nie)przejrzystość relacji pomiędzy państwem a beneficjentami”, musiał złożyć ok. 400 wniosków o dostęp do informacji publicznej (w Polsce i za granicą, bo porównywał przykłady z różnych krajów). W odpowiedzi – choć nie wszystkie samorządy oraz kluby sportowe chciały współpracować – dostał i przeanalizował ponad tysiąc umów, decyzji czy faktur.
Kulisy pałacu
Foto: Newsweek
Wnioski? Porażające. Minimalna ustalona pomoc dla klubów Ekstraklasy, którą udało się oszacować, w latach 2016-2024 wyniosła blisko 450 mln zł. Żeby wymienić tylko pierwszą piątkę zestawienia: Wisła Płock – 81 mln zł, Górnik Zabrze – 62 mln zł, Korona Kielce – 53 mln zł, Piast Gliwice – 49 mln zł, Lechia Gdańsk – 45 mln zł.
Warto zaznaczyć, że wymienione kwoty nie uwzględniają sponsoringu spółek skarbu państwa, ulg w postaci niskich kwot najmu czy innej pomocy (jak choćby rolowanych kredytów czy rządowych programów wsparcia). Do klubów będących w świetle prawa komercyjnymi podmiotami podłączono złotą kroplówkę publicznych pieniędzy.
Pierwszy przykład z brzegu – Korona Kielce. Klub w około 200-tysięcznym mieście wojewódzkim ze stadionem (dziś nazywanym Exbud Areną) został od 2016 r. (na drodze podwyższania kapitału zakładowego oraz dotacji) wsparty przez miasto ponad 53 mln zł. W tym samym czasie miastu kilkakrotnie brakowało pieniędzy na bieżącą działalność.
Kiedy w marcu tego roku klub udało się sprzedać, samorządowcy odetchnęli. – Nie dość, że władze Korony ciągle domagały się kolejnych dotacji, to jeszcze musieliśmy zajmować się infrastrukturą. Opłać im energię, podgrzej murawę, wywieź śmieci, opłać transport. Nie boję się powiedzieć, że klub po prostu żerował na publicznych pieniądzach, którymi dysponowało miasto – słyszymy od wysokiego urzędnika z Kielc.
Inny przyznaje, że finansowanie klubów sportowych to dzisiaj w Polsce „czystej wody patologia”. – Jednak samorządowcy są między młotem a kowadłem. Kluby sportowe są ważnym elementem robienia lokalnej polityki. Właściciele klubów są więc już na tyle bezczelni, że potrafią przyjść na sesję rady miasta i powiedzieć: na jutro potrzebuję kilku milionów złotych, i zagrozić, że w innym przypadku trzeba będzie złożyć klub do grobu, a ty będziesz jego grabarzem. Nie zagłosowałbyś za? – pyta retorycznie.
Duma miasta chce pieniędzy
Żądając pieniędzy, właściciele klubów zręcznie uderzają w tony lokalnego patriotyzmu. Tak jest chociażby w Szczecinie, gdzie o Pogoni jej włodarze rzadko mówią inaczej niż o „Dumie Pomorza” (w ostatnich latach klub faktycznie może się poszczycić sukcesami).
Jak wynika z dysertacji Bartłomieja Gawreckiego, w ciągu ostatnich dziewięciu lat Pogoń zawarła z miastem 17 umów na łączną kwotę ponad 32 mln zł. Miasto finansowało właściwie wszystko: sztab trenerski pierwszej drużyny oraz młodzieży, stypendia sportowe czy organizację meczów.
Jakby tego było mało, miasto wzięło na siebie remont stadionu, co kosztowało blisko 390 mln zł, a obiekt służy wyłącznie Pogoni. Dziś cena dzierżawy obiektu została urealniona, ale do czasu oddania nowego stadionu Pogoń płaciła za czynsz dzierżawny… od 1000 do 1500 zł miesięcznie. Miasto brało też na siebie koszty eksploatacyjne (dbanie o murawę, wyposażanie boisk w bramki, siatki czy ławki oraz zapewnienie telebimu i nagłośnienia). Gdyby się z tego nie wywiązało, klub mógł od niego zażądać zwrotu kosztów.
– Zawsze powtarzam, że to trochę tak, jakbym postanowił produkować maszyny, miasto postawiłoby mi w tym celu fabrykę i jeszcze dopłacałoby mi, żebym je produkował – mówi „Newsweekowi” Szymon Osowski, szczeciński działacz lokalny i prezes zarządu Sieci Obywatelskiej Watchdog, który wielokrotnie krytykował miejskie wydatki na Pogoń (jak chociażby wtedy, kiedy miasto zgodziło się, aby kibice za darmo jeździli komunikacją miejską).
– Wielokrotnie zadawałem pytanie, dlaczego zamiast wspierać sport młodzieżowy, pompujemy środki w sport zawodowy, prywatne przedsięwzięcia biznesowe. Nigdy nie usłyszałem rzetelnej odpowiedzi – mówi. I dodaje, że w tym samym czasie w mieście brakuje boisk do piłki nożnej – te, które są, okupują akademie piłkarskie albo trzeba za nie płacić.
Jego zdaniem pytania budzi też przejrzystość finansowania. W przypadku Szczecina istnieje jeszcze rejestr umów zawieranych przez miasto, ale aby sprawnie w nim się poruszać, trzeba znać nazwy spółek oraz spółek córek, przekopywać się przez gąszcz umów oraz postanowień. Potwierdza to też doświadczenie opisywane przez Bartłomieja Gawreckiego, któremu samorządy i kluby odmówiły udostępnienia niektórych umów.
Przetargi, o ile są organizowane, to w ten sposób, aby mógł wygrać tylko jeden klub. Tak było chociażby w Częstochowie, gdzie z miejskiego wsparcia korzysta Raków (siódme miejsce w Ekstraklasie w sezonie 2023/2024, jego głównym właścicielem jest przedsiębiorca Michał Świerczewski). W latach 2016-2024 miasto zawarło z klubem osiem umów na promocję – łącznie na blisko 13,5 mln zł. Miasto organizowało przetarg nieograniczony, ale w przedmiocie zamówienia wskazywano, że wykonawca będzie świadczył usługi promocyjne w „rozgrywkach polskiej Ekstraklasy, Pucharze Polski, europejskich pucharach oraz innych międzynarodowych i ogólnopolskich zawodach”. W Częstochowie nie ma innego zespołu, który spełniałby takie kryteria.
Stypendium dla piłkarza
Wyciągając rękę po publiczne pieniądze, kluby mają cały zestaw narzędzi – od umów promocyjnych, przez dokapitalizowanie, kredyty, których spłata odwlekana jest na wieczne nigdy, czy stypendia. Tak jest chociażby w Radomiu.
Klub należący do biznesmenów Sławomira Stempniewskiego oraz Pawła Redestowicza (w sezonie 2023/2024 drugie miejsce w Ekstraklasie) miasto wspiera stypendiami dla piłkarzy. Tylko od stycznia 2022 do czerwca 2024 r. w ramach stypendium przekazano prywatnej spółce ponad 9 mln zł.
Co ma z tego samorząd? Promocyjną chwałę. W ramach umowy Radomiak zobowiązał się do umieszczania logotypu „marki Radom” na materiałach promocyjnych, strojach sportowych oraz stronie internetowej. Sami piłkarze nie musieli w ramach przekazanych świadczeń nawet kiwnąć palcem.
Na głos śmieje się z tego ekspert od marketingu sportowego od lat działający w branży. – Przecież to jakiś absurd, takie kluby jak Radomiak czy Korona i tak mają miasto w nazwie. Dlaczego samorząd ma jeszcze za to płacić grube miliony? – kpi.
Rozwiązanie krytykuje też Bartłomiej Gawrecki. – Moim zdaniem to kompletne wypaczenie idei stypendiów, które powinny wspierać ludzi działających lokalnie. Tutaj wystarczy być pracownikiem klubu, można nawet ani razu nie zagrać, a i tak otrzymać stypendium. Świadczenie nie jest żadną nagrodą za osiągnięcia, przyznaje się je za sam fakt podpisania umowy z klubem, nie można nawet złożyć samemu wniosku o jego przyznanie – mówi w rozmowie z „Newsweekiem”.
„Bo możemy i chcemy”
Kielce, Szczecin czy Radom to tylko kilka przypadków, które badacz wziął pod lupę. W zestawieniu umieszczonym w jego pracy doktorskiej znajdziemy kilkanaście klubów piłkarskich (łącznie z Lechem Poznań czy Legią Warszawa), ale też kluby żużlowe. Wszystkie łączy jedna rzecz – jak dowodzi prawnik, większość opisywanej pomocy można w świetle unijnych przepisów uznać za nielegalną. Gdyby chciała im się przyjrzeć Komisja Europejska, zapewne uznałaby, że dotacje wypaczyły ideę równej konkurencji. W świetle przepisów nie jest więc tak, jak chciał kiedyś radny Płocka Michał Sosnowski, pisząc: „Przesuwamy dziś 4 mln zł dla Wisły Płock. Dlaczego? Bo możemy i chcemy”.
Wisła Płock była jednym z klubów, którym przyjrzał się Gawrecki. Jak wynika z jego analizy, miasto wsparło klub w latach 2017-2022 pięcioma pożyczkami na łączną kwotę 8 mln zł. Do tego podjęło decyzję o dokapitalizowaniu Wisły (6 mln zł) oraz podpisało z klubem umowę promocyjną (676 tys. zł rocznie).
Jeden z samorządowców z dużego wojewódzkiego miasta przyznaje w rozmowie z „Newsweekiem”, że umowy sponsorskie podpisywane z klubami to niejednokrotnie fikcja. Nikt ich nie kontroluje, nie zastanawia się, czy naprawdę spełniają funkcję promocyjną. Nikt nie rozlicza świadczeń, z których powinien się wywiązać klub. To po prostu zasłona dymna dla kolejnych transz finansowania.
Niewidzialny pieniądz
Jak zwracają uwagę nasi rozmówcy, problem finansowania polskiego sportu jest jeszcze większy, bo na dobrą sprawę nie znamy kwot, które w poszczególne kluby wpompowują spółki skarbu państwa. Kiedy Gawrecki zwrócił się do tych firm z pytaniami o taki rodzaj pomocy – odesłano go z kwitkiem. Zresztą spółki odmawiały informacji nawet organom państwowym. Jak pisaliśmy w „Newsweeku”, Najwyższa Izba Kontroli złożyła do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa po tym, jak szefowie m.in. PKN Orlen, Energi, Sigmy Bis czy PGNiG odmówili wpuszczenia na teren swoich firm kontrolerów wysłanych przez NIK. Te, które dały się skontrolować (m.in. PZU, Tauron czy KGHM), wydały w latach 2017-2021 na sponsoring polskich zespołów łącznie niemal 800 mln zł.
– Podtrzymanie tego stanu będzie dalej wypaczało rywalizację – konkluduje nasz rozmówca od rynku sportowego. – Jeżeli wiesz, że te pieniądze będą, to nie umrzesz. Miasto ci pomoże, spółki skarbu państwa pomogą, jak dobrze rzucisz kostką w tej losowej lidze, to może nawet wygrasz tabelę. Nie skorzystasz? Zostaniesz jak ostatni frajer.
Błędne koło
Czy ktoś będzie w stanie ukrócić tę finansową patologię? Zdaniem naszych rozmówców musiałyby tutaj zadziałać państwo albo Komisja Europejska. Ale nie bardzo w to wierzą. – Krokiem w dobrą stronę byłoby wykonanie krajowego audytu dotyczącego pomocy państwa przeznaczanej na sport, podobnie jak zrobiła to Holandia w 2002 r. Pozwoli nam to ustalić realną skalę wsparcia polskiego sportu profesjonalnego – proponuje Bartłomiej Gawrecki.
– Nie ma tak odważnych polityków, którzy by się na to zdobyli – mówi Szymon Osowski. A jeden z polityków samorządowych, który z nami rozmawia, dodaje, że najzdrowiej byłoby zabronić samorządom posiadania udziałów w klubach.
– Podtrzymywanie działalności klubu to nie jest wcale – wbrew temu, co niektórzy twierdzą – zadanie własne gminy. Tam, gdzie może nam zależeć na realizacji pewnych zadań i chcemy je scedować na klub, jak np. w kwestii szkolenia młodzieży, podpisujemy po prostu konkretną umowę, z której klub musi się wywiązywać. Jeśli tego nie zrobi, może być pociągnięty do odpowiedzialności.
Potrzebę zmian widzą nawet niektórzy uczestnicy rozgrywek. Jak słyszymy, temat przewinął się na ostatnim kongresie Sport, Biznes, Polska organizowanym w warszawskim Hiltonie 18 marca, a patologię systemu, który zaburza konkurencję, krytykował już m.in. Jarosław Królewski, właściciel Wisły Kraków. Kiedy pojawiły się doniesienia medialne o ewentualnym wsparciu miasta Gdańska dla Lechii (w wysokości 10 mln zł) na sezon 2024/2025, Królewski napisał na Twitterze/X: „Rywalizacja w tym sporcie i udział w nim prywatnego kapitału traci jakikolwiek sens. Demotywacja małych i średnich sponsorów, którzy często poświęcają dużo dla swoich klubów, by je wspierać, jest ogromna”.
– Sęk w tym, że odcięcie kroplówki z prywatnym finansowaniem byłoby nie w smak samej Ekstraklasie – mówi „Newsweekowi” ekspert rynku proszący o anonimowość. – To by się skończyło kompletnym przetasowaniem w tabeli. Wypadłyby z niej pewnie takie kluby jak Śląsk Wrocław, a pojawiła się w nich taka całkiem zdrowo zarządzana Nieciecza. Nikt nie powie tego głośno, ale władze Ekstraklasy wolą mieć w portfolio klub z wielkiej dolnośląskiej metropolii, a nie kilkutysięcznej miejscowości ze słoniem w herbie – opowiada.
