Profil polityczny Telewizji Polskiej był zwykle w mniejszym lub większym stopniu uzależniony od zmieniających się ekip rządzących, ale na ogół nie miało to wpływu na kulturę — mówi Grażyna Torbicka, dyrektorka artystyczna Festiwalu Dwa Brzegi.

Grażyna Torbicka: Mogłabym żyć bez tego i bez tego. To nie są rzeczy, które warunkują mój wewnętrzny dobrostan.

— Nie, to było naturalne w sytuacji, która zaistniała. Oglądałam w domu „Kocham kino”, mój autorski program, i nagle zobaczyłam, że bez konsultacji ze mną została do niego dołączona dyskusja o filmie „Ida” Pawła Pawlikowskiego. Taka ingerencja i takie ograniczanie niezależności dziennikarskiej były dla mnie zaskoczeniem.

— Ty też tego doświadczyłaś, byłaś w telewizji, też miałaś różnych prezesów, więc wiesz doskonale, że profil polityczny Telewizji Polskiej był zwykle w mniejszym lub większym stopniu uzależniony od zmieniających się ekip rządzących, ale na ogół nie miało to wpływu na kulturę. Nie robiłam nigdy programów politycznych. Zajmowałam się kulturą i nigdy nikt nie ingerował w to, jakie tematy mam podejmować.

— Kultura zawsze może być narzędziem propagandy, oczywiście, ale, jak mówię, nigdy wcześniej nie miałam sytuacji, żeby w jakikolwiek sposób ingerowano w tematy, które podejmuję, czy to w programie „Kocham kino”, który robiłam przez 20 lat, czy w innych moich programach.

— No tak, ale też nigdy nie zarzuciłam nurtu, który był dla mnie bardzo ważny, czyli właśnie nurtu poświęconego kulturze. A telewizja biesiadna, jak ją nazwałaś, to jednak była rozrywka na dobrym poziomie, którego gwarancją byli tacy wykonawcy jak Zbyszek Wodecki, Beata Rybotycka, Maryla Rodowicz, Piotr Wójcicki, orkiestra Zbigniewa Górnego i inni. Była między mną a moją szefową, czyli Niną Terentiew, niepisana umowa, że uczestniczę w rozrywkowym profilu Dwójki, ale też mogę robić niszowe „Kocham kino” dla zdecydowanie węższego grona odbiorców.

— Tak bym tego nie nazwała. To po prostu była praca. Mogłam się sprawdzić w różnych formułach i jak życie pokazało, umocniłam się w tym, co było mi najbliższe. Dowodem na to 20. edycja Festiwalu Filmów i Sztuki BNP Paribas Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, którą będziemy świętować od 1 do 9 sierpnia.

— Od początku założyliśmy, że realizujemy festiwal na wysokim poziomie artystycznym i nie stosujemy taryfy ulgowej wobec widzów. Nasza publiczność z roku na rok się powiększa, co oznacza, że formuła festiwalu się sprawdza. Przez pierwsze lata widzowie bywali zaskoczeni moimi propozycjami, np. gdy zrobiliśmy retrospektywę Carla Theodora Dreyera, ciekawego duńskiego reżysera z przełomu kina niemego i dźwiękowego, nie wszyscy byli przygotowani na taki rodzaj kina, ale esencją Dwóch Brzegów jest zmniejszanie dystansu między artystą a odbiorcą, rozmowa, dzielenie się wrażeniami, emocjami.

Wierzę, że zawsze jest publiczność, która szuka w kulturze czegoś, co jest może trudniejsze, może wymagające chwili zatrzymania, ale w efekcie dające coś na kształt katharsis. Trzymałam ten kurs przez 20 lat w programie „Kocham kino” i trzymam na festiwalu. Zdarza się, że widzowie wychodzą z kina, bo nie rozumieją jakiegoś filmu, jest dla nich za trudny w odbiorze. Ale po roku wracają do Kazimierza i mówią, że ten film siedział w nich przez cały ten czas. Tak więc dojrzewaliśmy z widzami do tego, żeby budować coraz bardziej ambitny program.

— Nie jestem przekonana, że kino tak bardzo się zmieniło. Najważniejszym wskaźnikiem dla mnie jest wrażliwość i prawda, jaka płynie z kontaktu dzieła sztuki z odbiorcą. Czy to będzie melodramat, czy film z gatunku science fiction, jeśli tam jest prawda emocjonalna, to te dwa brzegi, czyli artysta i widzowie, się spotkają. Kino używa dziś innych środków, ale ważne jest to, żeby artysta używał ich adekwatnie do historii, którą chce opowiedzieć.

Niedawno jeździłam po Polsce z dyrektorem Festiwalu w Cannes i zarazem z dyrektorem Instytutu Braci Lumière w Lyonie Thierrym Frémaux. Zebrał on krótkie filmy zrealizowane przez braci Lumière (wynalazców i pionierów kinematografii) ponad sto lat temu, by pokazać, jak konstruowali obraz, pierwszy, drugi plan, stosowali ujęcia diagonalne, uczyli się, co to znaczy budować opowieść filmową. Do dziś to są główne zasady sztuki filmowej. „Lumière! Przygoda się zaczyna” będzie można obejrzeć w tym roku na Dwóch Brzegach.

— I znowu powiem: i tak, i nie. Dlaczego przewrót? Może raczej otwarcie, odwaga, bezkompromisowość.

W sztuce, także filmowej, od zawsze pojawiają się zjawiska, które dla wielu będą nie do przyjęcia ze względu na światopogląd lub zasady moralne. Ważne jest, żeby umieć się otworzyć na różne opowieści, nawet na te, które nie są moje. Może nawet te są ciekawsze, bo poszerzają nasze horyzonty. Dla mnie kluczowa jest prawda w filmie. Sztuka filmowa jest tym ciekawsza, im odważniej z niej korzystasz. Jeżeli artysta nie boi się swojej wyobraźni, nie ogranicza się z lęku przed tym, jak jego pomysły zostaną odebrane, to znajdzie swoją widownię.

— Jeśli mówimy o nieograniczaniu własnej wyobraźni, na pewno to będą Agnieszka Smoczyńska, Tomasz Wasilewski, Janek Komasa, Łukasz Ronduda, Xawery Żuławski. Janek Komasa jest w tym roku na festiwalu bohaterem retrospektywy pod hasłem „Mój wiek XXI”. Chcę prezentować twórców, którzy swoją artystyczną, dojrzałą drogę rozpoczęli w XXI w. Są wciąż młodzi, opisują nasz świat inaczej niż na przykład moje pokolenie, z innym bagażem doświadczeń.

— Oczywiście też. Rozmawiałyśmy o zmianie pokoleniowej w kinie, dlatego wymieniłam nazwiska młodszych reżyserek i reżyserów.

Ale jeśli cofniemy się w wiek XX, to oczywiście przychodzi mi na myśl Marek Koterski. Kiedy zobaczyliśmy pierwsze filmy Marka Koterskiego, byliśmy zszokowani. Trzeba było się na chwilę zatrzymać, żeby odnaleźć się w jego spojrzeniu np. w „Dniu świra” i zrozumieć, że czujemy bardzo podobnie jak on.

— To był bardzo dobry film i zarazem komunikat dla naszych widzów: to jest nasza droga. Chcemy wam pokazywać niekonwencjonalne debiuty twórców, którzy szukają nowych sposobów opowiadania. Nie poszło jak z płatka, bo kopia dojechała z opóźnieniem. To były czasy, kiedy film przyjeżdżał w wielkich metalowych puszkach i trzeba go było przewinąć na wielką szpulę projektora. Pamiętam doskonale, jak przez 45 minut opowiadałam publiczności różne historie, udając, że wszystko idzie zgodnie z planem. Tymczasem jak na zbawienie czekałam na znak od kino­operatora, że szpula jest na projektorze i możemy ­startować.

— Jeśli chodzi o skalę trudności z pokazaniem filmu, to na pewno „Prorok” Jacques’a Audiarda, nagrodzony Złotą Palmą w Cannes. To był rok 2009. Mieliśmy go pokazać na festiwalu absolutnie premierowo i, co więcej, był to film zapisany w cyfrowej kopii DCP (Digital Cinema Package). Oznaczało to, że do Kazimierza Dolnego, w którym nie ma kina, musieliśmy na jeden pokaz sprowadzić projektor DCP. Tak zresztą reklamowaliśmy tamtą edycję festiwalu, że w Kazimierzu Dolnym odbędzie się pierwsza w Polsce cyfrowa projekcja. Wtedy kopie przyjeżdżały zaszyfrowane. Otrzymywałaś tajny klucz do odszyfrowania walizeczki, trzeba było do projektora wprowadzić ten szyfr i przerzucić z walizeczki film do pamięci projektora.

— I okazało się, że to jest bomba, tylko z opóźnionym zapłonem. U nas jak zwykle otwarcie odbywa się w sobotę. W piątek wieczorem przyjeżdża walizeczka. Kinooperator uruchamia proces przetworzenia i okazuje się, że klucz, który dostaliśmy, nie pasuje do kopii. Zaczyna się lekka panika. Próbujemy rozszyfrować, o co chodzi, i już wiemy, że zamówiliśmy film francuski bez napisów, a dostaliśmy kopię filmu z napisami angielskimi. W związku z tym klucz nie pasował. Jest piątek wieczorem. Następnego dnia jest 1 sierpnia, w Paryżu wszyscy wyjeżdżają na wakacje. I wtedy przekonałam się, co to znaczy mieć przyjaciół poznanych w związku z tym, że przez lata jeździłam do Cannes i robiłam tam „Kocham kino”. Mój francuski producent pomógł mi dotrzeć do osoby, która musiała zawrócić z drogi na wakacje do paryskiego biura i wygenerować dla nas nowy klucz. Dostaliśmy go chyba około 13 w sobotę. I od razu ruszyło przepisywanie na projektor, które wtedy trwało tak długo jak film, czyli w tym przypadku około trzech godzin. Zdążyliśmy. Takie historie niesamowicie jednoczą zespół.

— To niełatwy wybór, bo to dobre dwie dekady w polskim kinie. Na pewno znalazłby się na nim któryś z filmów Wojtka Smarzowskiego. Na pewno byłby Paweł Pawlikowski, który pokazuje nam kino niezwykle ascetyczne, zminimalizowane i bardzo piękne. Odważne „Płynące wieżowce” Tomka Wasilewskiego ze znakomitymi rolami Bartosza Gelnera i Mateusza Banasiuka oraz „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej z Gabrysią Muskałą. Mogłabym wymieniać jeszcze sporo tytułów.

— Bardzo trudna sprawa. To jest przykre, że takie sytuacje zdarzają się w naszej filmowej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak nie chciałabym wykreślać twórczości Krzysztofa Krauzego. Cenię jego filmy i uważam, że są ważne dla naszej kinematografii. Nie powinny być ­zapomniane.

— Polańskiego bym nie wyrzuciła. Jego zachowanie było absolutnie naganne, ale znamy tę sprawę. Nie zaprzeczał, był w więzieniu, znamy wypowiedzi jego ofiary, wiemy, że zawarł z nią ugodę, że mu wybaczyła. Wydaje mi się, że mam wystarczająco dużo wiarygodnych informacji, by sobie wyrobić pogląd na tę sprawę. I mając tę wiedzę, nie skreślam Romana Polańskiego, nie wyrzucam do kosza jego ­twórczości.

— Tak, ale w czterech ścianach.

— Staram się nie wciągać bliskich w swoje zawodowe problemy, aczkolwiek Adam jest na pewno oparciem. Pomaga mi znieść sytuacje nie do zniesienia.

— Tak, ale nie można się im dać zjeść. Ja się nie daję.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version