Po publikacji o mobbingu w warszawskim Miejskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji (MPWiK) 49 dyrektorów wystąpiło w obronie władz spółki. Nasi informatorzy twierdzą jednak, że list nie był wcale oddolną inicjatywą dyrektorów. W spółce trwa kontrola ratusza. „Tak jak Ona traktuje ludzi, to jest jakiś koszmar” — napisał o prezes były pracownik MPWiK.
W ostatnich dniach dostaję liczne wiadomości w sprawie warszawskich wodociągów. Przede wszystkim z podziękowaniami za to, że opisałam sytuację w MPWiK: rządy twardej ręki, strach i rozpacz pracowników. Dotykają one głównie kadry dyrektorskiej, bo to ona najbliżej współpracuje z panią prezes i jest najbardziej narażona na jej niezadowolenie, niecierpliwość, zmieniające się polecenia i wymagania.
Były pracownik napisał: „Błagam, żeby Pani nie odpuściła i ten koszmar dla tych ludzi się skończył. Żeby ta kobieta nie zniszczyła ani jednej kolejnej osoby. (…) Tak jak Ona traktuje ludzi, to jest jakiś koszmar. Ludzie przepłacają to zdrowiem i czasami utratą rodziny”. Prosił, by nie odpuszczać, „bo Ona niszczy ludzi”.
Był też taki list: „Pani artykuł o mobbingu w MPWiK wcale mnie nie zdziwił, ponieważ ta sytuacja jest wręcz wzorcem postępowania miasta. To działanie systemowe, a nie przypadkowe. Schemat jest ten sam: najpierw nieprawidłowości w jednostce, mobbing w stosunku do niepokornych, zwalnianie sygnalistów i pozorowane kontrole Miasta, które kończą się niczym”.
Podpisują, bo tak zdecydowali
Kilka dni temu przyszedł kolejny — tym razem był to list otwarty kadry dyrektorskiej MPWiK. Dyrektorzy pisali, że nie zgadzają się z tym, jak opisałam ich w tekście: „jako ludzi zastraszonych, którzy podpisują dokumenty pod przymusem, płaczą i boją się odezwać. Autorka nie zapytała o zdanie żadnego z nas. O naszym rzekomym strachu opowiadają wyłącznie osoby anonimowe”.
I dalej: „Jesteśmy dorosłymi ludźmi z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Odpowiadamy za obszary, od których zależy dostęp do wody bieżącej dla ponad dwóch milionów ludzi, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Artykuł robi z nas dzieci, które nie potrafią samodzielnie podjąć decyzji ani powiedzieć, co myślą. To dla nas obraźliwe. Nie czujemy się mobbingowani ani źle traktowani. Atmosferę w pracy kształtujemy my sami i wiemy, że jest ona tworzona dla nas i naszych pracowników jako przyjazne środowisko pracy. Przyjęty w Spółce system compliance, wartości, na których opieramy swoje działania, są w praktyce stosowane, w naszej organizacji towarzyszy nam więc prawda, szacunek czy profesjonalizm oraz etyczne zachowania. Nie zgadzamy się na to, aby wykorzystywać nasze osoby i stanowiska do celów dezinformacji i manipulacji. Nie zgadzamy się więc z treścią tego artykułu” — napisali.
Dodali, że fakty o ich pracy łatwo sprawdzić: miliardy złotych zainwestowane w infrastrukturę w ostatniej dekadzie, setki milionów złotych pozyskane z Unii Europejskiej, zmodernizowane zakłady uzdatniania wody i oczyszczalnie, dostępność usług powyżej 98 proc., certyfikowany system ciągłości działania, pomoc dla Ukrainy i dla terenów dotkniętych powodzią w 2024 r. „To nie jest dorobek firmy sparaliżowanej strachem” — przekonywali.
Zapewniali, że nikt ich o ten list nie prosił, z nikim go nie konsultowali. Podpisują go, bo tak zdecydowali. I rzeczywiście, pod listem podpisało się 49 dyrektorów i zastępców dyrektorów MPWiK wraz z podpisami. Dużo, bo kadra dyrektorska w warszawskich wodociągów liczy około 70 osób.
Skargi nie przyniosły skutku
Już raz dyrektorzy podpisywali taki list w obronie władz spółki. I też w reakcji na poważne zarzuty wobec MPWiK Renaty Tomusiak.
Do warszawskiego ratusza pierwszy donos o sytuacji w MPWiK trafił w 2025 r. Jego autorzy pisali, że prezes zarządu Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji traktuje spółkę „jak swoją własność i swój folwark”. Zarzucali Renacie Tomusiak mobbing, stosowanie przemocy psychicznej, poniżanie pracowników i przeciążanie ich pracą. A przede wszystkim zarządzanie przez strach. Pisali, że wielu pracowników leczy się psychiatrycznie, część wylądowała na długich zwolnieniach z diagnozą: załamanie nerwowe, wypalenie zawodowe, stany lękowe, ataki paniki, nadciśnienie tętnicze.
W liście adresowanym do prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego padały mocne słowa: potwór, nieludzko, gnębi. I mocne oskarżenie: skargi na panią prezes były wcześniej zgłaszane, ale nie przyniosły skutku. Nic dziwnego, skoro osoba, której dotyczyły zarzuty, miała wpływ na postępowania wyjaśniające. „Pani Prezes sama była sędzią w swojej sprawie i przedłożyła tylko Radzie Nadzorczej do podpisu gotowy raport” — tłumaczyli. Domagali się odwołania prezeski ze stanowiska, audytu jej działań i przygotowania planu naprawczego.
To wtedy, jak opowiadali moi informatorzy, jeden z dyrektorów przygotował pismo w obronie pani prezes. A potem dał je do podpisu pozostałym i bacznie obserwował, kto się wyłamie. Wyłamało się niewielu. — Pismo zostało dostarczone radzie nadzorczej spółki, pion prawny napisał razem z nią raport z kontroli i dali radzie nadzorczej do podpisu. Podpisała — mówił jeden z pracowników.
Faktografię potwierdza ratusz: — Wystąpienie, które wpłynęło w 2025 r., zostało zgodnie z zasadami ładu korporacyjnego spółek miejskich przekazane Radzie Nadzorczej spółki. Rada Nadzorcza przeprowadziła postępowanie wyjaśniające. Według informacji przekazanych Miastu zarzuty nie znalazły potwierdzenia. Było to wystąpienie anonimowe, co nie zmienia faktu, że zostało rozpatrzone — wyjaśniła Marzena Gawkowska, rzeczniczka Urzędu M. St. Warszawy.
Kolejny list, tym razem wysłany do prezydenta Warszawy i Głównego Inspektora Pracy, też był anonimowy, ale miał już bardziej formalny charakter. Autorzy alarmowali, że wcześniejsze sygnały o nieprawidłowościach były ignorowane, a osoby zgłaszające problemy nie miały zagwarantowanej ochrony. Mobbing trwa w najlepsze, a przeprowadzone kontrole miały charakter działań pozorowanych.
Co na to ratusz? — Po kolejnym anonimowym wystąpieniu, które wpłynęło w tym roku, Biuro Ładu Korporacyjnego Urzędu m.st. Warszawy zwróciło się do Przewodniczącego Rady Nadzorczej spółki o podjęcie czynności nadzorczych, w szczególności w obszarze spraw pracowniczych, w tym funkcjonowania procedur antymobbingowych, oraz o podjęcie uchwały w sprawie kontroli. Rada Nadzorcza podjęła uchwałę o wystąpieniu do akcjonariusza z wnioskiem o przeprowadzenie w spółce kontroli przez pracowników Biura Kontroli Urzędu m.st. Warszawy. Czynności kontrolne rozpoczęły się i z tego względu nie ma jeszcze ustaleń, o które Pani pyta. O wynikach kontroli będziemy mogli poinformować po zakończeniu prac — poinformowała rzeczniczka Ratusza.
Rządy twardej ręki
Moi informatorzy twierdzą, że rzeczywiście, kontrola w MPWiK trwa. Opowiadają również, że najnowszy list otwarty nie był wcale oddolną inicjatywą dyrektorów. A podpisy pod nim były ściśle weryfikowane, dokładnie tak samo jak poprzednio.
Nie zdziwiła mnie ta informacja. Jedyne, co mnie uderzyło w tym liście otwartym, to wyrażone kilka razy przekonanie, że anonimowe opowieści pracowników są niewiarygodne. Tylko ci, którzy własnym imieniem i nazwiskiem firmują opowieść o pełnej sukcesu miejskiej spółce, mają rację i prawo opowiadania, co się w niej dzieje.
Uderzyło mnie to, bo wiem, że osoby alarmujące o mobbingu właściwie nigdy nie robią tego jawnie. Z bardzo prostej przyczyny: za sygnalizowanie nieprawidłowości zwykle jest natychmiastowa kara. Najczęściej sygnaliści są zwalniani, a jeśli nawet uda im się w firmie przetrwać, to mobbing się nasila.
Tak działa ten mechanizm i jeszcze wiele lat minie, zanim nauczymy się go najpierw rozpoznawać, a potem przełamywać. Jego drugą charakterystyczną cechą jest to, że sygnalista rzadko dostaje wsparcie od kolegów, także tych, którzy na własnej skórze doświadczyli mobbingu. Wręcz przeciwnie, zwykle załoga skupia się nie wokół niego, tylko wokół sprawcy. Powód jest prosty: to, co sygnalista ujawnił, zawstydziło ich. Pokazało w chwilach upokorzenia, słabości i rozpaczy. Nieważne, że to prawda. Liczy się tylko to, że nie chcą być tak widziani. A sprawca mobbingu wciąż nie tylko symbolizuje władzę, ale także realnie ją ma. Sprawuje kierownicze stanowisko, wydaje polecenia i je egzekwuje. Wciąż może zwolnić albo dać premię. Wybór jest prosty, prawda?
Jedyna więc teraz nadzieja w tym, że głos tych najsłabszych, anonimowych, zostanie usłyszany. Że ktoś potraktuje go poważnie i sprawdzi, co się kryje za ich słowami, strachem i płaczem. I nie uwierzy zbyt łatwo w zapewnienia kadry menedżerskiej, że „mają satysfakcję ze swojej pracy i służby, jaką pełnią”. Bo dopóki choć jeden z pracowników cierpi, wszyscy mają obowiązek zapytać, dlaczego i spróbować mu pomóc.
Nawet mogę uwierzyć, że tych 49 dyrektorów, którzy podpisali się pod listem otwartym, nigdy nie zaznało w pracy przykrości. Ale musieli, mieli obowiązek wiedzieć, że są tacy, którzy czuli się gnębieni, upokarzani i niszczeni. To oni opowiadali mi o sytuacji w MPWiK. Owszem, anonimowo, ale to wciąż nie odbiera mocy ich historiom.
I teraz ci wszyscy ludzie, którzy twierdzą, że padli ofiarą przemocy, proszą o to, by ktoś ich skargi usłyszał. Mówią: — Tak dalej nie da się żyć.
Czekamy na wyniki kontroli
Już po publikacji tekstu o warszawskich wodociągach, dostałam odpowiedź z Państwowej Inspekcji Pracy, którą zapytałam, czy przeprowadzała kontrolę w tej miejskiej spółce. A jeśli tak, to jakie były jej ustalenia.
Z odpowiedzi rzecznika Okręgowej Inspekcji Pracy wynika, że od 2024 do 2026 r. przeprowadzono łącznie 4 kontrole w MPWiK w Warszawie. „Wskazane kontrole obejmowały kompleksową ocenę przestrzegania przez pracodawcę przepisów prawa pracy, w tym sprawdzenie wypełnienia przez pracodawcę obowiązku przeciwdziałania niepożądanym zjawiskom w miejscu pracy” — pisze starszy inspektor pracy Przemysław Worek. Jakie były wyniki tych kontroli? Tego już nie podał.
Teraz czekam na wyniki kontroli ratusza w MPWiK. Mam nadzieję, że kontrolerzy potraktują sprawę poważnie. Że to nie będą działania pozorowane, po których powstanie raport, że wszystko jest OK, nie trzeba niczego zmieniać. Mam też nadzieję, że kontroli nie będzie nadzorować wiceprezydent Warszawy Tomasz Mencina, który mówił z uznaniem, że pani prezes trzyma spółkę twardą ręką. Bo właśnie przez te rządy twardej ręki ludzie w warszawskich wodociągach płaczą.
List otwarty kadry dyrektorskiej Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w m.st. Warszawie S.A.
W artykule „Kto jest nękany” („Newsweek” nr 28/2026, w wersji internetowej „Ona niszczy ludzi i jest bezkarna”) opisano nas, dyrektorów warszawskich wodociągów, jako ludzi zastraszonych, którzy podpisują dokumenty pod przymusem, płaczą i boją się odezwać. Autorka nie zapytała o zdanie żadnego z nas. O naszym rzekomym strachu opowiadają wyłącznie osoby anonimowe.
Piszemy ten list, bo nie zgadzamy się na odbieranie nam podmiotowości. Jesteśmy dorosłymi ludźmi z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Odpowiadamy za obszary, od których zależy dostęp do wody bieżącej dla ponad dwóch milionów ludzi, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Artykuł robi z nas dzieci, które nie potrafią samodzielnie podjąć decyzji ani powiedzieć, co myślą. To dla nas obraźliwe. Nie czujemy się mobbingowani ani źle traktowani. Atmosferę w pracy kształtujemy my sami i wiemy, że jest ona tworzona dla nas i naszych pracowników jako przyjazne środowisko pracy. Przyjęty w Spółce system compliance, wartości, na których opieramy swoje działania, są w praktyce stosowane, w naszej organizacji towarzyszy nam więc prawda, szacunek czy profesjonalizm oraz etyczne zachowania. Nie zgadzamy się na to, aby wykorzystywać nasze osoby i stanowiska do celów dezinformacji i manipulacji. Nie zgadzamy się więc z treścią tego artykułu.
Wiemy, że ten list łatwo będzie zbyć: „podpisali, bo musieli”. W tej logice każdy nasz głos z góry potwierdza tezę artykułu, a wiarygodni są wyłącznie anonimowi rozmówcy. Odmawiamy udziału w rozumowaniu, w którym nie mamy prawa do własnego zdania niezależnie od tego, co powiemy. Szanujemy prawo każdego pracownika do krytyki, także anonimowej, jeśli uważa ją za konieczną. My wybieramy podpis z imienia i nazwiska.
Fakty o naszej pracy są publicznie sprawdzalne: miliardy złotych zainwestowane w infrastrukturę w ostatniej dekadzie, setki milionów złotych pozyskane z Unii Europejskiej, zmodernizowane zakłady uzdatniania wody i oczyszczalnie, dostępność usług powyżej 98 proc., certyfikowany system ciągłości działania, pomoc dla Ukrainy i dla terenów dotkniętych powodzią w 2024 roku. To nie jest dorobek firmy sparaliżowanej strachem. Jesteśmy prężnie działającym przedsiębiorstwem i jako kadra menedżerów mamy satysfakcję ze swojej pracy i służby, jaką pełnimy.
Nikt nas o ten list nie prosił. Z nikim go nie konsultowaliśmy. Podpisujemy go, bo tak zdecydowaliśmy.

