Na ciele 16-latki ujawniono ponad 40 ran kłutych zadanych długim, cienkim narzędziem. Obok nich biegli odnotowali również rany cięte — było ich siedem oraz otarcia naskórka, wskazujące na gwałtowną i wieloetapową sekwencję dramatycznych zdarzeń. Po 25 latach śledztwo zostało wznowione.
Na miejscu znalezienia Izy Maszczyk, mieszkanki Żarek-Letniska, zabezpieczono szereg śladów i dowodów. Wśród nich znalazł się nawet materiał genetyczny ujawniony pod paznokciami nastolatki, a mogący pochodzić od osoby lub osób biorących udział w zdarzeniu. Przesłuchano dziesiątki świadków. Przeprowadzono testy porównawcze DNA — będące w tamtym czasie sporą nowością. Mimo tak rozbudowanego z pozoru materiału dowodowego zabójstwo Izy Maszczyk od 25 lat pozostaje niewyjaśnione. Sprawa, która w momencie ujawnienia wydawała się mieć potencjał do szybkiego rozwiązania, z biegiem lat stała się jedną z tych, które wymknęły się jednoznacznym odpowiedziom. Zapoznając się z materiałami zebranymi przed laty, trudno mi pozbyć się wrażenia, że choć liczba policyjno-prokuratorskich czynności była ogromna — akta sprawy udostępnione mi przez rodzinę Izy liczą dziesiątki stron — to czynności śledcze były bardzo chaotyczne, bez konkretnych analiz, tak jakby ktoś nad tym materiałem nie do końca potrafił panować.
Kim była ofiara?
Iza Maszczyk z jednej strony była zwyczajną nastolatką, ale jednocześnie kimś, kto wyróżniał się ambicją i dojrzałością. Żarki-Letnisko to była jej rodzinna miejscowość — znane ulice, znajome twarze, ale przede wszystkim kochający dom, rodzice i starszy brat Adrian. Iza była w klasie licealnej, codziennie dojeżdżała do cieszącej się wówczas renomą jednej z najlepszych szkół średnich w pobliskiej Częstochowie, Liceum im. Adama Mickiewicza. I choć duże miasto przyciągało możliwościami, jakie roztaczało przed młodymi ludźmi, to jednak w rodzinnych Żarkach Iza czuła się najlepiej.
Newsweek Kryminalny, szukaj w salonach Empik i na Literia.pl
Foto: Newsweek
Z relacji jej bliskich nie wynika, żeby życie Izy odbiegało od tego, co typowe dla nastolatki w jej wieku. Jednocześnie nie było żadnych sygnałów, które mogłyby sugerować, że cokolwiek jej zagraża. Nie miała podejrzanych znajomości, była lubiana przez koleżanki i kolegów, w 2001 r. miała nawet jedną ze swoich pierwszych, młodzieńczych sympatii.
Feralny wieczór
Ten wieczór początkowo wyglądał jak wiele innych letnich wieczorów w Żarkach-Letnisku. Młodzież spotykała się w dobrze znanym sobie miejscu, w barze Tropicana. Lokal, a mówiąc dokładnie blaszany barak, był jednym z głównych punktów spotkań w miejscowości. Obok znajdował się kolejny bar Alba, gdzie również często przesiadywali młodzi ludzie. Obie miejscówki dzieliło zaledwie kilka kroków i to dosłownie. Wokół były rozstawione ogródki piwne, była to więc przestrzeń, w której latem gromadzili się zarówno mieszkańcy, jak i osoby przyjezdne, spędzające wakacje u rodziny albo w letniskowych domkach czy pensjonatach.
10 sierpnia 2001 r. Iza spędzała czas z bratem, swoim chłopakiem i znajomymi. Nic nie wskazywało na to, że będzie to ostatni wieczór jej życia. Według relacji znajomych i rodziny Iza nie była z nikim skonfliktowana. Opis ostatnich godzin jej życia, odtworzony na podstawie zeznań tych, z którymi po raz ostatni miała kontakt, nie wskazuje absolutnie na jakiekolwiek niepokojące sygnały.
Około 21.40 nastolatka postanowiła wrócić do domu, obiecała to rodzicom, zresztą codziennie wraca do domu przed 22. Do przejścia ma niespełna 900 m.
Droga, którą Iza wraca do domu, jest jej doskonale znana, przecież chodziła tamtędy setki razy. W dzień, idąc trasą Izy, można spotkać po drodze sporo osób, wieczorem ta sama droga staje się cichsza i mniej uczęszczana, miejscami nieoświetlona, ale dla kogoś, kto pokonywał ją codziennie, a nawet kilka razy dziennie, zapewne nie stanowiło to żadnego problemu. Tym bardziej że Iza wyszła z baru Tropicana przed 22, nie była to zatem głęboka noc.
Droga, którą Iza Maszczyk wracała do domu, Żarki-Letnisko
Foto: YouTube/DidaskaliaZbroni
Z relacji świadków, a wśród nich brata Izy, wynika, że nastolatka szła w kierunku domu sama. W aktach sprawy, które udostępniła mi rodzina, nie ma wzmianki, aby ktoś jej towarzyszył albo żeby wyszedł tuż za nią. Dlatego nie wiadomo dokładnie, w którym momencie doszło do pierwszego kontaktu z napastnikiem lub napastnikami.
Faktem jest jednak, że na wpół żywą Izę znaleziono na 704. metrze jej trasy. W miejscu, które od baru Tropicana dzieliło zaledwie kilka minut marszu.
Leżąca Izę zauważył jej sąsiad, nastoletni chłopak, który przechodził ulicą Kąpielową. Z jego relacji wynika, że pokonywał tę trasę dwukrotnie w krótkim odstępie czasu. Za pierwszym razem, gdy kierował się w stronę baru Tropicana, czyli miejsca, z którego wyszła Iza, nie zauważył ani nie usłyszał niczego niepokojącego. Dopiero kiedy wracał tą samą drogą, sytuacja miała się zmienić. Właśnie wtedy jego uwagę miały zwrócić niepokojący dźwięki, które trudno było od razu zidentyfikować. Nastolatek dostrzegł leżącą na trawie w pobliżu drogi dziewczynę. W pierwszych chwilach, jak wynika z jego relacji sprzed 25 lat, nie wiedział, kim dokładnie ona jest. Uznał, że może to być „jakaś pijana dziewczyna”. Dopiero po chwili zorientował się, że to jego sąsiadka — Iza Maszczyk. Chłopak opowiadał później policjantom, że w chwili znalezienia dziewczyna była przytomna, ale nie mogła się poruszać. Miała mu powiedzieć, że nie jest w stanie wstać ani zmienić pozycji.
Iza w chwili znalezienia nie miała na sobie spodni ani bielizny. Poźniej okazało się, że ktoś je po prostu z niej zdarł.
Przerażony chłopak pobiegł najpierw po swoją mamę, a następnie po rodziców Izy. W rodzinnym domu dziewczyny był w tamtym momencie tylko jej tata, który najpierw przez telefon stacjonarny, nie wiedząc jeszcze, co dokładnie się wydarzyło, wezwał służby i pobiegł ratować swoje dziecko.
„Nie powiem, bo mnie zabije…”
Kiedy ojciec Izy dotarł na miejsce, jego córka była w bardzo ciężkim stanie, ale wciąż był z nią kontakt, była przytomna. Według pierwszych relacji, które pojawiają się w jego zeznaniach oraz w wypowiedziach osób obecnych w pobliżu, ojciec próbował dowiedzieć się, co się wydarzyło, kto napadł na Izę. Widział przecież, że jego dziecko leży we krwi. Iza ponownie powiedziała, że nie może się podnieść, nie mogła też ruszać rękami. Na pytanie swojego taty: „Kto ci to zrobił?” odpowiedziała: „Nie powiem, bo mnie zabije”.
To były jej ostatnie świadome momenty. Chwilę później straciła przytomność. Mimo prób reanimacji przez sąsiadkę, zawodową pielęgniarkę, a następnie ekipę pogotowia ratunkowego, Izy nie udało się uratować.
Ale ostatnie słowa, które wypowiedziała, stały się później elementem analiz, pytań i dodatkowych wątpliwości.
Z jednej strony wskazują bowiem na silny strach przed sprawcą, z drugiej — sugerują, że prawdopodobnie nie wiedziała, że umiera. I po trzecie, najważniejsze, zdaniem śledczych Iza musiała prawdopodobnie sprawcę bądź sprawców znać. — Opis ostatnich słów Izabeli Maszczyk jest dla nas bardzo istotny, z dużym prawdopodobieństwem możemy na ich podstawie podejrzewać, że sprawca nie był Izabeli obcy, a ona nie była przypadkową ofiarą — wyjaśnia funkcjonariusz Zespołu ds. Przestępstw Niewykrytych Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, który ponownie po latach analizuje zebrany w sprawie materiał dowodowy.
To jedno zdanie wypowiedziane przez umierającą Izę rodzi kolejne pytania. Czy sprawca mógł być przekonany, że ofiara nie przeżyje na tyle długo, by móc cokolwiek ujawnić? Czy zdawał sobie sprawę, że zostawia ją na wpół żywą zaledwie kilkadziesiąt metrów od jej rodzinnego domu, czy wiedział, że zadał Izie śmiertelne ciosy?
W świetle obrażeń, które ujawniono podczas sekcji zwłok, trudno jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, ponieważ przebieg zdarzenia pozostaje nieodtworzony. Prokuratorzy zajmujący się w 2001 r. tą sprawą nie wystąpili z pytaniem do biegłych o opis szczegółowego mechanizmu powstania poszczególnych ran na ciele Izy. Nie wystąpiono o ustalenie, czy np. ślady na tylnej części jej głowy mogły powstać po uderzeniu skutkującym np. chwilową utratą przytomności nastolatki. Z dokumentów posekcyjnych wynika natomiast, że nie doszło do gwałtu, choć zerwane z nastolatki spodnie i bielizna sugerują jego próbę i możliwy motyw seksualny.
Błędy śledztwa
Po pierwsze — ślady opon. Na miejsce zdarzenia już po północy ściągnięto policjanta z psem tropiącym. To była jedna z pierwszych czynności wykonanych w tej sprawie. Pies, który wraz z opiekunem pojawił się na miejscu znalezienia Izy, podjął natychmiast trop z miejsca, gdzie znajdowały się rzeczy należące do ofiary, a konkretnie z zabezpieczonych na trawie spodni. Z dokumentu opisującego tę czynność wynika, że pies ruszył w jednym, wyraźnie określonym kierunku. Trop prowadził przez wąską leśną przecinkę o długości kilkudziesięciu metrów. To przejście łączące do dziś dwie ulice, Kąpielową i Słoneczną. W praktyce była to skrócona trasa między dwiema częściami miejscowości, często używana przez mieszkańców. Z protokołu użycia psa nie wynika, żeby zwierzę zmieniało kierunek lub gubiło ślad zapachowy. Zwierzę doprowadziło policjantów do konkretnego miejsca — to pobocze ulicy Słonecznej, na którym były widoczne, odbite na piaszczystym podłożu ślady opon samochodowych. Policja nie ustaliła do jakiego pojazdu należały. To rodzina na własną rękę zajęła się tą kwestią.
Dokumentacja fotograficzna z akt sprawy
Foto: Marta Ludwiczek / Reprodukcje z akt sprawy
Po drugie — telefon komórkowy. Jednym z niewystarczająco pogłębionych wątków w tej sprawie pozostaje również kwestia telefonu Izy. 16-latka otrzymała go kilkanaście dni przed zdarzeniem.
W momencie, gdy doszło do ataku, jej mama przebywała poza Żarkami-Letniskiem. Kiedy tylko dotarła do niej dramatyczna informacja o tym, że zaatakowano Izę, natychmiast ruszyła w stronę miejscowości, próbując jednocześnie skontaktować się z córką.
Będąc w drodze, wykonała dwa połączenia ze swojej komórki na numer córki. Było to około 23.
Co szokujące, telefon Izy został odebrany. Po drugiej stronie nie padły jednak żadne słowa. Z relacji mamy Izy wynika, że w słuchawce słychać było jedynie zakłócenia, trzaski oraz pojedyncze słowa. W tamtym momencie kobieta była przekonana, że słyszy odgłosy związane z działaniami ratunkowymi, pani Elżbieta myślała, że to odgłosy z karetki. Dopiero później okazało się, że Iza w tym czasie już nie żyła. Ten szczegół sprawił, że pojawiły się pytania, na które do dziś nie ma odpowiedzi, właśnie dlatego, że śledczy nie pochylili się nad tym istotnym dowodem.
Co stało się z telefonem Izy po zdarzeniu? Czy został zabrany przez sprawcę lub sprawców? Skoro połączenie odebrano, kto znajdował się po drugiej stronie?
Z telefonem Izy wiąże się jeszcze jedna relacja. Dotyczy ona chłopaka Izy, który nie pochodził z Żarek, na stałe mieszkał w innej części województwa śląskiego, do Żarek przyjeżdżał do swojej babci na wakacje. Tego wieczoru początkowo przebywał razem z Izą i jej znajomymi. W pewnym momencie oddalił się na krótko, o czym Iza wiedziała. Gdy wrócił w okolice Tropicany, okazało się, że jego dziewczyny już tam nie ma. Iza nie czekała na niego, poszła do domu. Z relacji chłopaka wynikało wówczas, że próbował ustalić, gdzie dokładnie jest Izabela. Korzystając z telefonu kolegi, zadzwonił do niej na komórkę, było około 22, gdy w słuchawce usłyszał trzaski i trudne do identyfikacji odgłosy i dźwięki w tle. Co i kogo słyszał? Tego do dziś nie ustalono.
— Oni bardzo chcieli mieć mordercę — powiedziała mi rodzina jedynego jak dotąd oskarżonego o zabójstwo i jednocześnie uniewinnionego mężczyzny — Mariusza B.
Zdjęcie śladów pozostawionych na miejscu zbrodni, 10 sierpnia 2001 r.
Foto: Siripak Pason / iStock
W 2002 r. prokuratura, mówiąc bez ironii, miała w tej sprawie „gotowego sprawcę”, a sprawstwo to oparto na zeznaniach świadka, który sam przyznał, że w chwili, gdy miał widzieć Mariusza B. atakującego Izabelę Maszczyk, znajdował się w stanie silnego upojenia alkoholowego. Mimo to jego relacja została uznana za wiarygodną podstawę do dalszych działań procesowych, czyli wystosowania do sądu aktu oskarżenia. Jednocześnie pominięto szereg innych okoliczności, które podważały wersję rzekomego świadka i wskazywały, że mężczyzna nie mógł mieć związku z zabójstwem, bo nie było go wówczas w kraju. W tej sprawie, zdaniem rodziny oskarżonego, od samego początku istniały inne zeznania świadków potwierdzające, że Mariusz B. w tym czasie przebywał w Niemczech. Mimo tych rozbieżności i braku bezpośrednich dowodów prokuratura zdecydowała się skierować do sądu akt oskarżenia, a sprawa toczyła się przez lata. Mariusz B. spędził w areszcie siedem miesięcy. Po tym czasie sąd nie zgodził się na dalsze przedłużenie jego izolacji, co ciekawe, zrobił to mimo toczącego się już procesu, a ostatecznie postępowanie zakończyło się uniewinnieniem mężczyzny, który w kolejnych latach wygrał nawet sprawę odszkodowawczą od skarbu państwa za niesłuszne zatrzymanie i pozbawienie wolności.
Choć formalnie po oczyszczeniu z zarzutów mógł odetchnąć z ulgą, to jednak to, czego doświadczył w areszcie, odcisnęło trwałe piętno na jego psychice, z czym nigdy w pełni się nie uporał. W minionym roku Mariusz B. odebrał sobie życie.
25 lat później
Żaden z prokuratorów, którzy w tamtym czasie prowadzili lub nadzorowali postępowanie w sprawie zabójstwa Izy Maszczyk, nie pracuje już w Prokuraturze Rejonowej w Myszkowie. Przez lata zmieniły się możliwości operacyjne, które obecna prokurator rejonowa Anna Chowańska-Trela — we współpracy z Archiwum X — postanowiła wykorzystać, bo jak się okazuje, mimo upływu lat sprawa nie została zapomniana.
— Potwierdzam, że tutejsza prokuratura, przy udziale funkcjonariusza policji KWP w Katowicach z Zespołu ds. Przestępstw Niewykrytych, asystenta prokuratora oraz prokuratora rejonowego w Myszkowie, począwszy od dnia 15 września 2025 r. przeprowadza intensywne czynności procesowe zmierzające do takiego zakończenia śledztwa, które nie tylko da satysfakcję naszej jednostce, ale przede wszystkim pozwoli rodzicom Izabeli Maszczyk na poznanie prawdy — wyjaśnia prokurator Chowańska-Trela. Choć o przeprowadzonych nowych czynnościach w sprawie zbyt wiele powiedzieć na tym etapie nie można przez wzgląd na dobro prowadzonego postępowania. — W toku dotychczasowych czynności przesłuchano kilkunastu świadków, powołano biegłych z różnych dziedzin, a co najistotniejsze, współczesne możliwości kryminalistyczne umożliwiły pozyskanie, z uprzednio zabezpieczonych dowodów rzeczowych, śladów, które aktualnie poddawane są szczegółowej analizie. Ta sprawa nigdy nie została zapomniana, ale to właśnie rozwój nauki pozwolił nam na wznowienie śledztwa. Jednocześnie podkreślenia wymaga fakt, że uprzednio prowadzący sprawę prokuratorzy oraz funkcjonariusze policji działali w zupełnie innej rzeczywistości, w której możliwości wykrywcze były w stopniu znacznym ograniczone w stosunku do dzisiejszych możliwości. Z uwagi na dobro postępowania przygotowawczego na obecnym etapie nie będą jednak przekazywane szczegółowe informacje.
Rodzice Izy Maszczyk odzyskali nadzieję na poznanie prawdy o mordercy lub mordercach ukochanej córki.





