Podcaster Joe Rogan stał się wyrocznią dla mediów z obu stron barykady. Nie dlatego, że jest wybitnie mądry, lecz za sprawą niebywałych zasięgów.
Kiedy Joe czegoś nie wie, pyta. Cecha chwalebna, zwłaszcza gdy pytamy osoby mające rzetelną wiedzę. Niestety, najpopularniejszy podcaster globu, autorytet amerykańskich facetów nie łaknie wiedzy. Woli, żeby było ciekawie, nieszablonowo, kontrowersyjnie. W sumie nic dziwnego. Każdy woli. Tyle że Rogan nie bierze przykładu z Reagana, który powtarzał: „ufaj, ale weryfikuj”. Pozwala gościom pleść androny i bezkarnie wodzić słuchaczy na manowce rozumu.
Nie każdy musi być intelektualistą. Urok Joe polega na tym, że właśnie nie jest i bynajmniej nie pretenduje do owego miana. Z równym zainteresowaniem słucha każdego. Przytakuje, dopytuje, podsuwa nowe wątki, lecz nie sprawdza. Często wręcz podchwytuje i krzewi bzdurne teorie rozmówców. Bardziej niż książkową wiedzę ceni bowiem swój wrodzony zdrowy rozsądek. Czy jak kto woli: chłopski rozum.
Jak Nawrocki u Mentzena
Joe krytykuje brutalność ICE i porównuje bojówkarzy Trumpa do gestapo — cieszyli się dwa miesiące temu prezenterzy MS NOW (dawniej MSNBC). Teraz pieją, że nie podoba mu się wojna z Iranem. Dlaczego kanał, przy którym TVN24 to konserwa, cytuje polityczne opinie byłego komika estradowego i speca od mieszanych sztuk walki (MMA)? Bo jest on barometrem nastrojów tej części społeczeństwa, do której tradycyjne media nie docierają ani czynnie, ani biernie. Konkretnie: publiczności w 80 proc. męskiej, z czego połowa to panowie między 18. a 34. rokiem życia.
Słuchany regularnie przez 15 mln subskrybentów na Spotify i 21 mln na YouTubie Rogan wyrobił sobie taką pozycję, że nie podskoczy mu nawet Trump, odruchowo mieszający z błotem każdego, kto śmie go skrytykować. Także papieży, koronowane głowy, słynnych mężów stanu, ekspertów, którym pod względem wiedzy o świecie mógłby buty czyścić. I to za dużo mniejsze wykroczenia przeciw jego zarozumialstwu. Podcaster nazwał atak na bliskowschodniego kolosa „szaleństwem” i orzekł, że Trump „zdradził Amerykę”. Przypomniał obietnice zakończenia „idiotycznych, bezsensownych wojen”, podkreślając, że obecnej „prezydent nawet nie stara się klarownie uzasadnić”.
Popularność Rogana trudno precyzyjnie przeliczyć na głosy elektoratu, jednak obecny lokator Białego Domu niewątpliwie sporo mu zawdzięcza. Tuż przed wyborami Joe zaprosił Trumpa na trzygodzinną, przyjacielską pogawędkę. Taką samą propozycję złożył Kamali Harris, lecz dzieci we mgle zwane jej sztabem wyborczym postawiły warunki nie do przyjęcia: najwyżej godzina, poza studiem podcastera w Austin, gdzieś na trasie kampanii między dwoma wiecami. Mimo że rozmowa pomogłaby kandydatce znacznie bardziej niż dziesięć robionych na jedno kopyto wieców, które wyborcę niezdecydowanego guzik obchodzą.
To była okazja, której żaden doradca przy zdrowych zmysłach nie powinien przepuścić. Jedyna pozwalająca Kamali dotrzeć bezpośrednio do kierowców ciężarówek czy taksówkarzy umilających sobie wywiadami Joe czas za kółkiem, robotników odwalających zmianę ze słuchawkami w uszach. Sprytniejszy Trump wolał spóźnić się parę godzin na spotkanie z wyborcami w Michigan, ale dowieść męskiej publiczności Rogana, że jest równym gościem. Nie odrzucił pomysłu zastąpienia podatku dochodowego cłami, wykazał się wiedzą o sztukach walki, spekulował, czy na Marsie istnieje życie.
Kamala postąpiła niczym Trzaskowski bojkotujący debaty nieprzychylnych mediów, jej przeciwnik — jak Nawrocki u Mentzena. Przy czym jeszcze dwa lata wcześniej gospodarz odmawiał zaproszenia Trumpa do programu, uznając, że „stanowi egzystencjalne zagrożenie dla demokracji”. Zdanie zmienił po nieudanym zamachu na życie kandydata w Pensylwanii. Znaleźli wspólny język, ponieważ — według podcastera — obaj zostali niesłusznie zaszufladkowani jako oszołomy. Jemu przyczepiono łatkę antyszczepionkowca, republikaninowi — wyborczego pieniacza, a przecież stawiali tylko trudne pytania, do czego każdy ma prawo. Podobnie jak do prezentowania szerokiego spektrum poglądów.
Handel kłamstwem
Pogląd Rogana brzmiał, że młodzi ludzie nie muszą się szczepić przeciw COVID-19, bo silny organizm poradzi sobie z wirusem, a nowe, eksperymentalne preparaty mogą mieć szkodliwe skutki uboczne. Tezę ową podyktował mu zdrowy rozsądek, nie pytał o zdanie specjalistów. Jednak zdrowy rozsądek niewsparty wiedzą podpowiada również, że Ziemia jest płaska, stalowy okręt zatonie, przeziębienie zaś — jak sama nazwa wskazuje — to efekt zimna, a nie kropelkowego zarażenia rinowirusami. Powiedzmy to babci, która uporczywie zmusza nas do prewencji przy użyciu szalika i czapki.
Jesienią 2021 r. prezenter złapał covid. Leczył się m.in. iwermektyną — środkiem na robaki stosowanym głównie u zwierząt, szczegółowo informując słuchaczy o postępach terapii. Wielu fanów poszło w jego ślady, a ponieważ lekarze odmawiali przepisywania im substancji o zupełnie innym przeznaczeniu, zażywali wersję weterynaryjną, czyli dosłownie końskie dawki, po czym trafiali do szpitala. Zjawisko osiągnęło takie rozmiary, że Urząd Kontroli Żywności i Leków ostrzegł ludność przed uleganiem „dezinformacji na temat iwermektyny”. A Rogan, podobnie jak w przypadku szczepionek, stwierdził, że nie jest lekarzem i wygłasza opinie, których nie należy traktować jak rzetelnych porad medycznych.
Kłamstwo obiegnie świat, nim prawda włoży buty — mawiał Mark Twain. Poza tym wielu słuchaczy nie wierzy, że nie powinni wierzyć. Myślą, że Joe puszcza do nich oko. Wydaje samokrytyczne oświadczenia, aby tajemne siły rządzące światem i produkujące szczepionki nie odebrały mu programu. Zwłaszcza że pięć miesięcy po aferze zaprosił do studia biochemika Roberta Malone’a, który stracił konto na Twitterze, promując teorie spiskowe o nowym Holokauście dokonywanym przy użyciu immunizacji.
Protest przeciw „fałszywym i społecznie szkodliwym” enuncjacjom Rogana podpisało 270 naukowców, ale zarząd Spotify zignorował biadolenia jajogłowych. Nie ugiął się, nawet gdy Neil Young i Joni Mitchell „w ramach solidarności ze społecznością akademicką i medyczną” odebrali platformie prawo rozpowszechniania ich twórczości. Cóż, rachunek ekonomiczny wypadł na korzyść podcastera. W 2020 r. Spotify zapłacił mu za wyłączność 200 mln dol. YouTube pokazuje jedynie gęsto przetykane reklamami fragmenty — choć obszerne — materiałów wideo. Rolę listka figowego pełni emitowane na początku każdego odcinka zastrzeżenie, że przedstawiane opinie niekoniecznie odzwierciedlają naukowy konsensus w danej kwestii. Niejako potwierdzające konkluzję Younga: „Zarabiają ogromne sumy na handlu kłamstwem”.
Ataki ze strony ikon lewicy wskazywałyby, że Rogan to ikona prawicy, ale sprawa jest bardziej skomplikowana. On sam przestał się ideologicznie definiować, co jest niewątpliwie mądrą strategią, jeśli chodzi o zasięgi. Półtorej dekady temu mówił, że najbardziej ceni libertarianizm, i poparł startującego pod tym sztandarem w wyborach prezydenckich kongresmena Rona Paula. Politykę uznał wówczas za rodzaj wrestlingu — „dostarcza uciechy, ale wynik jest z góry przesądzony”. Od Partii Republikańskiej dzieli go liberalizm w kwestiach społecznych.
Wspiera małżeństwa jednopłciowe, pełne równouprawnienie gejów i kobiet, legalizację marihuany, powszechną opiekę medyczną, bezwarunkowy dochód podstawowy (BDP) — gwarancję, że każdy obywatel, niezależnie od sytuacji materialnej, dostawałby od państwa jednakową, określoną ustawowo kwotę za nic. BDP zapewniłby bezrobotnym minimum egzystencji, umożliwił swobodę realizacji życiowych celów, wyrównał pozycję przetargową pracowników i pracodawców, ograniczył skrajne ubóstwo, zmniejszył nierówności, a zarazem nie zniechęcał do zawodowego rozwoju. Za takim rozwiązaniem opowiadał się również Elon Musk.
Woda z mózgu
Z prawicą łączy Rogana miłość do broni palnej i niezwykle szeroka interpretacja drugiej poprawki konstytucyjnej, która gwarantuje Amerykanom prawo jej posiadania. Joe kocha wolność słowa, nienawidzi kultury ostracyzmu (cancel culture), którą utożsamia z lewackim aktywizmem. Przypomina Trumpa — ma takie zdanie, jak ostatnia osoba, z którą rozmawiał. Kiedyś lubił Justina Trudeau. Gdy wybuchła pandemia, nazwał go „jeb**** dyktatorem” rządzącym „komunistycznym pierdolnikiem”, przyznając zarazem, że „posiada zerową wiedzę” o kanadyjskim systemie politycznym.
W 2020 r. wsparł walczącego o Biały Dom socjalistę Berniego Sandersa. Cztery lata później — Trumpa. Pod adresem Wołodymyra Zełenskiego skierował tyradę: „Pier*** się, koleś! Czy was wszystkich równo popier*****? Chcecie wywołać trzecią wojnę światową?”. Twierdził, że Izrael dokonuje w Gazie ludobójstwa, póki tydzień później lewicowy filozof i podcaster Coleman Hughes nie przekonał go, że jednak nie. W poglądach Joe próżno by szukać spójności czy konsekwencji. I to samo można rzec o wywiadach. Gada, co mu ślina na język przyniesie, a ponieważ ma charyzmę, poczucie humoru i zapewne mówi szczerze, zyskał poklask równie zdezorientowanych facetów, którzy od dawna czują się spychani na margines, uważają, że patriarchalizm to babski wymysł, a kultywowanie „tradycji” gwarantuje społeczną stabilność.
„Joe Rogan Experience” stanowi znakomity przyczynek do debaty o wolności słowa, którą różni demagodzy, szarlatani i manipulanci wykorzystują jako parawan do robienia ludziom wody z mózgu. Bynajmniej nie w jakichś diabolicznych celach, lecz z przyczyny starej jak świat, by żerując na ludzkiej naiwności, tłuc kasę. Dawniej debatę publiczną kontrolowali dziennikarze — mniej lub bardziej, ale jednak przestrzegający pewnych zasad etycznych. Dziś kontrolują ci, którzy nie wstydzą się krzyczeć najgłośniej, najwulgarniej, najkłamliwiej, a zarazem chytrze kadzić publice.
Sam przez ćwierć wieku pracowałem w radiu i telewizji. Kiedy rozmówca zaczynał pleść — moim zdaniem — od rzeczy, przerywałem i prostowałem. Jednocześnie miałem świadomość, że wiele osób myśli podobnie jak on, a tym samym rodził się dylemat: kto mi dał prawo decydowania o przepływie treści, arbitralnego osądzania, po czyjej stronie leży racja. Pamiętam absurdalne plotki, od których trzęsła się rodzinna Warszawa. Bez Facebooka, Twittera, Spotify i YouTube’a. Ulubioną lekturę większości mieszkańców mojego osiedla stanowiły brukowce epatujące sensacją, konfabulacjami, uproszczeniami.
Wyjeżdżając do Stanów, myślałem, że zamieszkam w ojczyźnie Boba Woodwarda i Carla Bernsteina. Wkrótce poznałem tutejszych kolegów po fachu i przekonałem się, że daleko im do ideału. Poznałem też historię amerykańskiej prasy ze szczególnym uwzględnieniem „żółtej” (coś między tabloidem a inforozrywką), której patronował nie kto inny, jak Joseph Pulitzer, obecnie patron najbardziej prestiżowej nagrody w branży. Nie będę oryginalny, powtarzając tezę, że „ambitne” dziennikarstwo przechodzi kryzys. Ale może stanowiło jedynie krótki epizod w odwiecznym zalewie bredni, które chętniej bierzemy za dobrą monetę niż banalne, przykre, nudne fakty.
Mózg to wspaniałe, potężne urządzenie, które bez rzetelnych danych wyjściowych zaczyna pracować na jałowym biegu, wytwarzając fantomy, pokraczne i wynaturzone. Większym problemem od nierzetelnego informowania jest nierzetelne edukowanie. Osobom, które nie przyswoiły podstawowej wiedzy o świecie, a zwłaszcza umiejętności logicznego interpretowania realiów, nie pomogłoby narzucenie wszystkim mediom tradycyjnym tudzież społecznościowym standardów „New York Timesa” czy „Wall Street Journal”. Umiłowanie prawdy brzmi pięknie i może być drogowskazem dla jednostek, ale generalnie nie leży w ludzkiej naturze.

