Nudzi mnie polska polityka. Szczerze piszę, jak jest. Wszystko się tu powtarza, wciąż mielą to samo, wahadło się wychyla raz bardziej w tę, raz w tamtą stronę. Ale przecież są wakacje. Siedzę w Górach Stołowych, patrzę na łąkę, pole, las, skałę i krowy, i myślę sobie, że ja w takiej ponurości chociaż przez chwilę być nie chcę.

Ciągle te same zagrania, słowa, argumenty. Czasem jesteśmy w szoku, bo ktoś coś zrobi mocniej albo bardziej, czasem rolę odegra przypadek, zdarza się, że niebezpiecznie rozkręcona maszyna narracyjnej eskalacji doprowadzi do pojawienia się zdarzenia radykalnie wykraczającego poza na ogół dostępną codzienność.

Mam dość myślenia o tej repetycji, jeszcze się zdążę tysiąc razy przerazić narastaniem podłości, sianiem wiatru, zbieraniem burzy, brakiem rozumu i cynizmem, który można oczywiście nazywać pragmatyzmem, ale po co aż tak kłamać. Realpolitik to nie jest rozkręcanie nienawiści, to nie jest wyrzucanie na bruk matek z dziećmi, to nie jest wzmacnianie płotu na granicy, to nie jest wypychanie obcych ludzi siłą za ten płot, to nie jest wpychanie swoich ludzi w kolejkę do szpitala. Nudzi mnie to, jak u Leca, który taką piękną myśl nieuczesaną napisał, wracającą do mnie, kiedy na to wszystko patrzę: „Przeżyłem okres straszliwej nudy, którą tylko groza łagodziła”. Wszystko się zgadza, nuda upiorna, a i groza niemniejsza, bo konsekwencje tej powtarzalności chocholego tańca będą najprawdopodobniej fatalne.

Ale przecież są wakacje. Siedzę w Górach Stołowych, patrzę na łąkę, pole, las, skałę i krowy, i myślę sobie, że ja w takiej ponurości chociaż przez chwilę być nie chcę. I Państwa też w niej nie chcę zanurzać, więc może bym sobie zamiast tego po prostu pobyła, popatrzyła, pomyślała o tym, że kosmos oznacza ład. Chciałabym znaleźć trochę sensu, którym się podzielę. Stoicy mówili o umiłowaniu losu, amor fati, i w związku z tym bardzo szanowali wróżby, wieszczki i wróżbitów. Zamawiali analizy u wróżących ze zwierzęcych wnętrzności haruspików oraz u wpatrzonych w gwiazdy astrologów. Interpretowali omeny, ślady, kształty chmur. Słuchali wyroczni. Świat daje znaki, trzeba je tylko odczytać.

Widzę przed sobą niewielki rój kłębiących się chaotycznie malutkich muszek. Są to owady z mojej ludzkiej perspektywy nerwowe, żyją raczej krótko, ale wprowadzają wielki zamęt. Bliżej centrum roju jest ich więcej, choć niektóre ruch cyrkularny wynosi na odleglejsze orbity. Powiew wiatru przesuwa rozedrganą gromadkę niezależnie od ich woli. Dlaczego te brunatne istotki miotają się akurat tutaj? Ciekawe, czy gryzą. Trochę się ich boję. W tle głośno grają świerszcze.

Kiedy oglądasz je z bliska, trudno uwierzyć, że może istnieć coś tak precyzyjnie zrobionego. Z daleka tylko je słychać. Czy wiedzą Państwo, że jeśli się spowolni dźwięki wydawane przez świerszcze tyle razy, ile razy te owady żyją krócej od ludzi, to ich pieśń brzmi jak majestatyczne gregoriańskie chorały? Naprawdę, znajdźcie to sobie w internecie, ich pieśń ma w sobie ogromny ładunek spokoju. Oprócz świerszczy słyszę krowy, delikatnie muczące podczas schodzenia z pastwiska do obory. Głosy tych przepięknych rudych gigantów są głębokie, mają w sobie nutę nostalgii, można w nich wyczuć zadowolenie po całym dniu żucia trawy i pracowitego przerabiania jej na mleko. Słychać też ptaki, które do chóru cykad dodają swoje trele, jak soliści, idealnie współpracujący z ogromną orkiestrą symfoniczną. Drzewa są zielone, nie ma teraz wiatru, na polu nie drgnie ani źdźbło, ani trawka na łące się nie poruszy. Niebo jest jeszcze niebieskie, chmury już łapią różowe refleksy, słońce skłania się ku zachodowi, ale złota godzina jeszcze trwa. Na to wszystko patrzą góry, w tej okolicy skały są czerwone.

Nie ma w tym krajobrazie niczego politycznego. Nie ma nudnej powtarzalności pogardy, przeplatającej się z krzywdą. Jest odwieczny porządek, który nie nuży, ale wzmacnia, bo uświadamiam sobie nagle, że jestem częścią całości, wiecznego kosmosu. Dostrzegam w tym rytm. Widzę konieczność. Ulgę przynosi mi myśl, że my wszyscy — ludzie, śmiertelnicy — jesteśmy tylko pasażerkami i pasażerami na statku kosmicznym Ziemia i że cokolwiek byśmy próbowali zrobić, to mimo wszystko dłużej planety niż nas. Czytam sobie ostatnio sporo Marka Aureliusza i myślę, że coś jest w pomyśle, żeby ukojenia nie szukać na zewnątrz, ale we własnej duszy. Trzeba zadbać o to, by panował w niej spokój.

Więc ja sobie biorę tę złotą godzinę. Chcę umieć się wsłuchać w pieśń świerszczy zamiast w polityczne bredzenie, chcę kontemplować nieruchomy majestat drzewa, zamiast szukać sensu w demagogii. Dzielę się tym, jak umiem. Nigdy nie widziałam piękniejszego świata.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version