— Kiedy miałem sześć czy siedem lat, co noc nawiedzał mnie ten sam koszmar. Nie mogłem opowiedzieć o nim babci, bo istniało przekonanie, że jeśli opowie się o koszmarze, on się spełni. Zapisałem go więc. I nigdy więcej się nie powtórzył — ale też nigdy o nim nie zapomniałem — mówi „Newsweekowi” Georgi Gospodinow, wybitny bułgarski pisarz.

Georgi Gospodinow: Tak. Opowiem o źródłach tego lęku. Pochodzi oczywiście z dzieciństwa. To było w latach 70., mieszkałem z babcią. Czytała Biblię, a w czasach komunizmu Biblia była zakazana, więc zawijała ją w gazetę, która była organem rządzącej partii. I codziennie około godz. 18 zaczynała ją czytać. Siedzieliśmy w małym, ciemnym pokoju: ona przy oknie, ja obok niej. Wie pan, jak czytają starsi ludzie: po kawałku, szeptem. Pamiętam całą Apokalipsę dzięki szeptanemu głosowi mojej babci (Gospodinow szepcze): „Ziemia i niebo zniknęły. Nie było również morza…”. I do dziś ten głos jest w mojej głowie: sprawia, że dla mnie apokalipsa nie jest czymś głośnym i pełnym fajerwerków. To coś niezwykle spokojnego. I dzieje się każdego dnia.

— To pandemia samotności. Szczyt samotności to koniec świata. Wyobrażam sobie, że nie ma z nami rzeczy ani ludzi, których kochamy. Jesteśmy sami. Nie wiemy, gdzie są nasze dzieci, nasi rodzice, żony, przyjaciele. Dla mnie apokalipsa to sprawa bardzo osobista. Próbuję to rozgryźć w jednym z opowiadań: „Twarze w ostatnich dniach”. Doskonale pamiętam, kiedy wpadł mi do głowy ten pomysł o twarzach z ostatnich dni. Przyjechałem do Krakowa. Była niedziela i poszedłem do jednego z kościołów. Trwała jesień, wokół stali ludzie — byli tam bezdomni, były rodziny. Te twarze wyglądały, jakby pochodziły z innej epoki — pełne jakiegoś napięcia. Było w tym coś, co sprawiło, że pomyślałem: „Gdyby coś się nagle wydarzyło, to będą ostatnie twarze, jakie ujrzałem”. Jako dzieci wyobrażaliśmy sobie, że apokalipsa będzie pełna krwi i ognia. Ale tak naprawdę to koniec czasu. W jednej chwili zobaczymy wszystkie twarze z naszej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. I ja tak o tym myślę: apokalipsa opiera się na swego rodzaju schizofrenii, kiedy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość dzieje się jednocześnie. To jeden wielki bałagan.

— Zastanawiałem się nad tym często. I dlatego w „Fizyce smutku” jest instrukcja, co koniecznie trzeba przekazać ludziom, którzy przyjdą po nas. Brzmi tak: jeśli spotkasz kogoś, kto przeżył, powinieneś natychmiast go przytulić. A przytulanie polega na rozstawieniu nóg i utworzeniu kręgu z rąk (Gospodinow pokazuje, na czym polega przytulanie). Chłopiec w mojej książce wyjaśnia szczegółowo choreografię przytulania. I kiedy teraz o tym mówię, przypomina mi się mój ojciec, który niedawno umarł. Zostawił wskazówki, jak dbać o ogród. Opublikowałem ten notes ojca ze wskazówkami, co należy robić niemal każdego dnia roku w ogrodzie. I ludzie wysyłali do mnie wiadomości: „Dzisiaj jest taki a taki dzień lutego, pana ojciec sadził wtedy ziemniaki — ja też zasadziłem”.

— W moim opowiadaniu jest swego rodzaju mroczna ironia. Politycy mówią: „No dobrze, koniec świata nadejdzie. Ale odłóżmy to na później” (śmiech). Myślę, że zmierzamy w kierunku takiej sytuacji, kiedy nikt już nie będzie w stanie podjąć decyzji. To jest najniebezpieczniejsze: kiedy osiągniemy punkt, w którym to nie będzie zależało od żadnego z nas. Ani od polityków, ani od nikogo. I właśnie dlatego w obliczu osobistego lub globalnego końca świata zawsze chodzi o rodzaj człowieczeństwa. Albo miłości, albo empatii, albo innych staroświeckich rzeczy. Staroświeckie rzeczy, takie jak uściski, pamiętanie o tym, że jesteśmy ludźmi, nawet gdy umieramy, to jedyne, co nam tak naprawdę zostaje.

— Bardzo ważne jest, by historia nie wiedziała, że na nią polujesz. Dla pisarza najważniejsze jest po prostu tu być. To jest właśnie ta technika. Powinieneś tu być, ale nie po to, żeby dużo mówić. Musisz być w pewnym sensie niewidzialny. Nie mieć zapachu, twarzy — być częścią stołu, tak jak cukier czy filiżanka kawy. Jeśli rozmawiam z kimś i chcę wysłuchać jego historii, powinienem milczeć. Jestem kimś, kto po prostu chce wysłuchać historii drugiej osoby, nie oceniać jej, nie przerywać — bo wie pan, jak to jest, kiedy sobie przerywamy i mówimy: „Nie, nie, znam lepszą historię na ten temat”. Technika polega na tym, żeby po prostu słuchać z sercem i uchem. To wystarczy. Uwielbiam słuchać opowieści innych ludzi.

— W latach 90. nie przetrwałbym za granicą. Miałem tylko swoje opowiadania, wiersze. To była okropna dekada, ale była też bardzo ważna dla mojego pokolenia. Kocham lata 90. Oczywiście dlatego, że byłem młody. Dlatego że uczyliśmy się prostych rzeczy, które wcześniej były nam zabronione — jak mówić nowym, codziennym językiem, odmiennym od socjalistycznych frazesów. Ale kocham je też dlatego, że byliśmy tacy naiwni. Teraz już nie jest łatwo być naiwnym. Wierzyliśmy, że od tej ­chwili wszystko będzie inaczej. Razem z kolegami brałem udział w protestach. Myśleliśmy, że zmiana zajmie dwa, trzy miesiące, a potem w Bułgarii wszystko będzie w ­porządku. Ojciec jednego z kolegów powiedział, że powinniśmy się liczyć z tym, że może to potrwać pół roku. A my na to: „Jak mamy tyle czekać? To za długo”. I teraz, 35 lat później, czasami spotykam dawnych kolegów ze studiów na ulicach podczas kolejnej demonstracji przeciwko kolejnemu rządowi. Mamy dzieci w wieku, w którym byliśmy wtedy. Ale znowu chodzimy na demonstracje na tej samej ulicy.

— Mieliśmy w czasach komunizmu deficyty wielu rzeczy. Zachodnich książek, oleju, pomarańczy, papieru toaletowego. Kiedy jako dziecko próbowałem przekonać swoją babcię, że Boga nie ma, mówiła mi: „Och, w Bułgarii niczego nie ma. Nawet oleju do smażenia i papryki”. Ale poza brakiem przeróżnych towarów mieliśmy też deficyt prawdy, intymnych rozmów, wolności i deficyt erotyki. Pamiętam nawet doskonale, jak wycinaliśmy żyletką słynną stronę nr 27 z książki „Ojciec chrzestny”, ponieważ Puzo szczegółowo opisywał tam scenę seksu. Każdy z nas próbował odnaleźć erotykę w wielu dziwnych miejscach. Jak o tym wszystkim opowiedzieć?

Poprzez osobiste historie: te, które zostały opowiedziane, i te, które nie zostały opowiedziane. Ja wierzę w osobiste historie i osobiste opowiadanie. Uważam, że jeśli będziemy próbowali wyjaśniać komunizm jako wielki projekt z monumentalnymi strukturami, z tym głupim oficjalnym bełkotem, to nic nie zrozumiemy. Powiemy: „No dobrze, tak, to jest swego rodzaju monumentalny projekt”. Ale najgorsze było to, że był to projekt niszczący ludzkie życie, który wkraczał w naszą codzienność. I to się składało z niezliczonych ilości rzeczy. Na przykład: miałem jakieś 10 lat i wiedziałem, że mój ojciec zamyka się w kuchni i słucha zakazanych stacji radiowych. Wiedziałem, co on i mama myślą o partii komunistycznej etc. Ale wiedziałem też, że nigdy nie powinienem o tym mówić, gdy zapytają mnie o to w szkole czy gdzieś indziej. I to jest obrzydliwe: uczysz się od dzieciństwa, że w domu możesz myśleć w jeden sposób, ale musisz mówić co innego, gdy jesteś wśród ludzi. To niszczy poczucie, że jesteś wolną osobą. A to tylko jedna z wielu rzeczy zakazanych.

— Nie jest łatwo. Nikt nic nie wie o twoim kraju ani nie jest go ciekawy. Gdy „Fizyka smutku” ukazała się w Szwecji, był to pierwszy przekład z bułgarskiego od 47 lat. Z drugiej strony pojawiły się pewne stereotypy na nasz temat — kiedy w latach 90. mówiło się „Bułgar”, ludzie mówili: „Pochodzisz z tego kraju, w którym wszyscy są skorumpowani i rządzi mafia”. Nienawidzę tych stereotypów. Doskonale pamiętam swój pierwszy wieczór autorski w Niemczech. W Berlinie czytałem fragment „Powieści naturalnej”, której styl jest dość postmodernistyczny. I ktoś z publiczności powiedział mi: „Nie spodziewaliśmy się po tobie tego rodzaju historii”. Zapytałem: „Dlaczego?”. I usłyszałem: „Pochodzisz z Bałkanów. Spodziewaliśmy się jakichś historycznych wątków, walk, noży”. Odpowiedziałem: „Ale przecież widzisz, że wyglądam całkiem normalnie. Nie jestem kimś z wielkimi zębami, rogami albo ze skrzydłami nietoperza. W Bułgarii ludzie czasem się zakochują, rozwodzą, czasem nawet umierają śmiercią naturalną. A nie z nożem w piersi. Czego od nas oczekujecie?”. Byłem naprawdę zły.

— Kiedy miałem sześć czy siedem lat, co noc nawiedzał mnie ten sam koszmar. Nie mogłem opowiedzieć o nim babci, bo istniało przekonanie, że jeśli opowie się o koszmarze, on się spełni. Zapisałem go więc. I nigdy więcej się nie powtórzył — ale też nigdy o nim nie zapomniałem. Taka jest cena. I jeszcze jedno: motywacja stojąca za pisaniem tego sześcioletniego chłopca jest taka sama jak moja dzisiaj. Piszę, bo się boję.

Moja najnowsza książka „Ogrodnik i śmierć” opowiada o umieraniu mojego ojca. Wiem, że ona nie zakończy mojego bólu związanego z tą śmiercią, ale sprawiła, że ból i smutek stają się czymś, z czym można się pogodzić. Można z tym żyć. Nie miałem pomysłu, żeby pisać o tym książkę. Mój ojciec umierał, wiedzieliśmy, że pozostało mu bardzo mało czasu. Sprowadziłem go do swojego mieszkania w Sofii i tak rozpoczął się nasz ostatni wspólny miesiąc pełen rozmów i ciszy.

Siedziałem obok ojca i zapisywałem w notatniku wszystkie tabletki, które mam mu podać, wszystkie te przeciwbólowe sztyfty z fentanylem, bo ból był naprawdę potworny. Zapisywałem jego słowa i to, co wtedy czułem. Robiłem to dla siebie, a sześć miesięcy później zdecydowałem, że chcę o tym opowiedzieć. Powiedziałem sobie, że muszę napisać tę książkę, bez względu na to, jak trudne to będzie. Ponieważ opisywanie śmierci bliskiej osoby oznacza ponowne przeżywanie tej śmierci. Chciałem opowiedzieć historię o gasnącym życiu, o tych ostatnich dniach, popołudniach i nocach, o ostatnich rozmowach. To nie jest książka o śmierci. To książka o odchodzeniu mojego ojca.

Chciałem też opowiedzieć zabawne historie, które ojciec powtarzał do samego końca — „pierwszorzędne historie na wypadek nagłej potrzeby”. I tak narodziła się ta książka.

Może to paradoksalne, ale pisanie tej książki to był najszczęśliwszy okres w czasie tego roku po śmierci ojca. To było jak rozmowa z kimś, kto jest tutaj ze mną i razem ze mną pisze tę książkę. I nigdy nie dostałem tak wielu listów ani tak wielu osobistych historii z całego świata, jak po ukazaniu się tej książki. Ludzie w bardzo osobisty sposób opowiadali swoje historie o ojcach i ich umieraniu. Jakby nagle obudziła się jakaś niewidzialna społeczność, niewidzialne bractwo… Ktoś mi napisał: „Nigdy nie udało mi się płakać po swoim ojcu, ale teraz płaczę po twoim ojcu. A poprzez to również po swoim”.

— Nie potrafię tego do końca wyjaśnić. Czuję, że nasi ojcowie nie zawsze byli przy nas w dzieciństwie. Nie byli tacy jak nasze matki, które zawsze były obecne. Interesowały się tym, czego uczymy się w szkole, jak się zachowujemy, co jemy. Nasi ojcowie byli trochę jak Odyseusz, który wyruszył w podróż. Albo Józef, ziemski ojciec Jezusa, którego w ewangeliach właściwie nie ma. Byli ojcami, których brakowało.

W tym patriarchalnym społeczeństwie bułgarskiego komunizmu nigdy nie udawało nam się porozmawiać o najbardziej intymnych sprawach z naszymi ojcami. Uważano wtedy, że nigdy nie powinno się całować dzieci. Jedynie kiedy śpią. Bo całując, rozpieszczamy je. Nie powinny wiedzieć, że je kochamy. To jest całkowicie głupie, ale oni tacy właśnie byli. Nikt nie uczył naszych ojców ani dziadków, jak wyrażać emocje. Patriarchalne normy i wzorce męskości na to nie pozwalały. Ale jednocześnie oni naprawdę byli silnymi ludźmi. Nigdy nie słyszałem, żeby mój ojciec na coś narzekał.

— On żył w zupełnie innym świecie. I ten świat był pod wieloma względami ograniczony. Ale to dawało mu pewną swobodę. W malutkim kręgu wolności mógł się zachowywać, jak chciał. Mógł mieć swoje skromne wygrane. Ludzie go kochali, bo nie był typowym produktem systemu komunistycznego. Miał dwie supermoce, które ratowały go w obliczu wszystkich porażek: talent do opowiadania historii oraz ogrodnictwo. W czasach komunizmu w pewnym sensie wymyślił świat, którego nigdy nie odwiedził. Uwielbiał opowiadać o krajach, w których nigdy nie był. Kiedy po raz pierwszy byłem w Paryżu, zadzwoniłem do niego i powiedziałem: „Wiesz, nie żałuj. To nic specjalnego. To po prostu wielki bulwar”. Powiedziałem mu tak, żeby tego nie żałował. A on był na mnie zły. Powiedział: „Jak możesz coś takiego mówić? Jesteś tam i tak mówisz”. Nasi rodzice wyobrażali sobie ten świat jako o wiele piękniejszy, niż był w rzeczywistości.

Ale było w tym też nieszczęście, bo on nie wierzył, że coś się zmieni. Ludzie z jego pokolenia myśleli, że komunizm będzie trwał wiecznie. Nie wierzyli, że można, zwłaszcza w Bułgarii, obalić reżim. Nie spodziewali się tego, co wydarzyło się w 1989 r. Prawdę mówiąc, ja też w to nie wierzyłem.

— Myślę, że ten deficyt staje się coraz większy. Próbujemy zamienić przeszłość w przyszłość. Jesteśmy jak to plemię w Andach, które kiedy mówiło o przyszłości, wskazywało za siebie. A kiedy mówiło o przeszłości, wskazywało przed siebie. Być może miało ku temu dobry powód, ale my nie mamy powodu, by sprzedawać naszą przeszłość jako przyszłość z second-handu. Te wszystkie obietnice, że znów będziemy wielcy, silni, tacy jak w odległej przeszłości… To jest strasznie męczące, a przede wszystkim głupie, bo to po prostu nie działa. I myślę, że w dzisiejszej sytuacji nie mamy tego luksusu, by rozmawiać o tym, jak będzie za 10, 50 czy 100 lat. Powinniśmy walczyć o przyszłość krok po kroku.

Nie wierzę w odległą przyszłość — to coś pustego i zimnego. Nie chcę mieszkać na Marsie tak jak Elon Musk. Wierzę natomiast w przyszłość naszych córek i synów. Chciałbym walczyć o przyszłość na ludzką miarę. Powinniśmy rozmawiać o tym, co stanie się z tymi dziećmi za kilka lat. Kiedy w moich książkach mówię o przeszłości, nazywam ją „przeszłością wojenną”. Ale jest również przeszłość na miarę człowieka. Istnieje też przyszłość na ludzką skalę. Skupmy się na niej.

Georgi Gospodinow (ur. 1968) jest bułgarskim poetą, pisarzem, krytykiem. Laureatem wielu nagród, w tym Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus i Nagrody Vilenica. W 2023 r. uhonorowany International Booker Prize za powieść „Schron przeciwczasowy”. Jego inne książki to m.in. „Powieść naturalna”, „Fizyka smutku”, „Ogrodnik i śmierć”. W Polsce ukazał się właśnie zbiór jego opowiadań „I wszystko stało się księżycem”

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version