Kiedy trzeba przekonać kogoś do współpracy, każda zachęta może okazać się przydatna. A szczególnie taka, której elementem jest uczucie – mówi Robert Michniewicz, pisarz i były oficer wywiadu, autor książki „Dolina szpiegów”.

Robert Michniewicz: Oczywiście. Choć dla mnie to nie jest kultowy serial, to chętnie oglądałem go w młodości i z przyjemnością robię to dziś. Zresztą śledziłem nie tylko przygody Hansa Klossa, bo w tym czasie telewizja pokazywała jeszcze drugi serial, choć skierowany chyba bardziej do koneserów tego rodzaju produkcji. Mam na myśli „Siedemnaście mgnień wiosny” o agencie radzieckiego wywiadu von Stirlitzu, działającym w Berlinie, w kancelarii III Rzeszy.

– Służba w Abwehrze to jedyny wspólny element, którego można się tu dopatrzyć. Zacznijmy od tego, że Kloss był Polakiem, a Carl von Wedel to Niemiec. Kloss pracował dla wywiadu polskiego, ale po sowieckiej stronie, natomiast von Wedel jest agentem rządu londyńskiego. Poza tym Kloss był trochę takim Jamesem Bondem w niemieckim mundurze, przewijało się obok niego wiele pięknych kobiet. Natomiast mój bohater jest stały w uczuciach, wierny wybrance swego serca, córce niemieckiego generała. Nie będę za wiele zdradzał z wątku miłosnego, żeby nie zepsuć czytelnikom przyjemności, zwłaszcza że moim zdaniem ten wątek łamie jedną z konwencji książek szpiegowskich. Także postać mojego bohatera to działanie wbrew utartym schematom polskich powieści tego typu. Gdybym się ich trzymał, musiałbym uczynić go Polakiem.

– Długo zastanawiałem się, jakim człowiekiem powinien być bohater „Doliny szpiegów”. Doszedłem do wniosku, że jeśli ma być Niemcem, to podstawą powinna być rodzina. Najlepiej rozległa, szlachecka i zamożna, co stwarzałoby mi możliwości swobodnego poruszania się po różnych nietypowych sytuacjach. Chciałem również, aby miejscem jego urodzenia były obecne ziemie polskie albo tereny położone w pobliżu dawnych granic, gdzieś na styku między Polską a Niemcami. Pomyślałem o Pomorzu Zachodnim. Tam znalazłem rodzinę von Wedelów, o której pierwsze wzmianki pochodzą z XIII w. W pomorskim Korytowie, gdzie w mojej książce urodził się Carl, mieli posiadłość z pałacem. Była to rodzina pełna wybitnych postaci – politycy, generałowie, a nawet as myśliwski z czasów I wojny światowej. Stanowiła znakomitą podbudowę dla mojego bohatera.

– Werbunek Carla opierał się nie tylko na śmierci ojca, ale na jego przekonaniu o słuszności walki z faszyzmem. Pomysł na wykreowanie postaci Brytyjczyka, który zdradza własne państwo i zgadza się na współpracę z nazistami, wziął się z pewnego schematu znanego z historii działań wywiadów. Mam na myśli historię najnowszą, kiedy służby brytyjskie miały naprawdę potężne problemy z powodu swoich funkcjonariuszy pracujących dla sowieckiej Rosji, ale również dla hitlerowskich Niemiec.

– Tak, to dobre skojarzenie. Ale wracając do postaci Thompsona, w Wielkiej Brytanii nie brakowało osób wspierających ideologię faszystowską, sympatyzujących z Niemcami przed wojną, zwłaszcza w kręgach arystokracji. Tu warto przypomnieć choćby księcia Edwarda, który przez niemal rok – do abdykacji – był królem Edwardem VIII. Jego sympatia dla nazistów nie była żadną tajemnicą. Thompson nie ma arystokratycznego pochodzenia, wywodzi się z biednej rodziny i zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie awansować w brytyjskim społeczeństwie. Dlatego argument finansowy jest dla niego tak bardzo przekonujący. Moim zdaniem on mógłby zdradzić Wielką Brytanię dla każdego, kto by mu odpowiednio dużo zapłacił. Niekoniecznie musieliby to być Niemcy.

– Przede wszystkim korzystałem ze źródeł ogólnodostępnych. Musiałem bardzo dokładnie przestudiować życiorysy bohaterów, żeby nie okazało się, że rozjeżdżają się gdzieś z fabułą. Ale mogłem jednocześnie pozwolić sobie na instrumentalne wykorzystanie postaci historycznych. Dodawałem im pewne cechy potrzebne mi w danym momencie, umieszczałem w sytuacjach zupełnie fikcyjnych, dorzucałem dialogi. Z tym wiąże się anegdota, dotycząca właśnie majora Żychonia. W mojej książce – jako oficer tzw. dwójki, czyli Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego zajmującego się wywiadem – Żychoń werbuje Carla von Wedela. Chciałem w ten sposób podkreślić ogromne zasługi, jakie „dwójka” miała w pozyskiwaniu Niemców do współpracy przed wybuchem II wojny światowej. W pewnym miejscu „Doliny szpiegów” pojawia się rozmowa drugoplanowych bohaterów o Żychoniu i jeden z nich stwierdza, że „Janek chyba zginął w trzydziestym dziewiątym”. No więc zadzwonił do mnie kolega, którego bardzo cenię, i powiedział: „Słuchaj, czytam właśnie twoją książkę i wydaje mi się, że tym Żychoniem strzeliłeś sobie w stopę”. Zacząłem dopytywać, dlaczego tak uważa, więc wyjaśnił, że Żychoń walczył w 1944 r. pod Monte Cassino i tam zginął. Musiałem mu wytłumaczyć, że dla mojej fabuły to, co spotkało Żychonia w roku 1944, nie miało znaczenia. Choć rzeczywiście historia majora była bardzo interesująca, w wielu miejscach pełna niedopowiedzeń i przesycona plotkami.

– Zwrócił na to uwagę także mój wspomniany kolega. Powiedział: jeśli słyszałeś jakieś negatywne informacje na jego temat, to najpewniej jest to nieprawda. Wynikało to między innymi z tego, że jeden z kolegów majora – także z „dwójki”, tylko działający na kierunku wschodnim – zazdroszcząc sukcesów Żychoniowi, rozpuszczał o nim bardzo nieprzychylne plotki. To m.in. z powodu tego oficera Żychoń poprosił o przeniesienie do oddziałów liniowych i tak trafił pod Monte Cassino.

– Nic z tych rzeczy. Nie było moją intencją włączać się do dyskusji na temat Goralenvolku czy problemu kolaboracji z Niemcami. Ja tylko buduję fabułę z prawdziwą historią w tle. Podhale okazało się idealnym miejscem na umiejscowienie tytułowej „Doliny szpiegów”. A prawda historyczna? Moim zdaniem broni się sama, o ile jej nie przeszkadzamy. Zresztą mam wrażenie, że kwestia współpracy mieszkańców Podhala z nazistami została wyolbrzymiona przez lata, bo większość górali nie zgadzała się na nią, tymczasem nieliczna grupa z Wacławem Krzeptowskim na czele rzuciła cień na wszystkich. Przypomnę tylko, że tamtejsze społeczeństwo samo dokonało oceny ich czynów, bo Krzeptowski i jego współpracownicy zostali powieszeni.

– Rzeczywiście, przyznaję – przeniosłem do książki część dobrze znanych mi realiów pracy w służbach z początku lat 80., ponieważ nie różniły się za bardzo od realiów funkcjonowania służb w czasie II wojny światowej. Ogromny rozwój zaplecza technicznego ma miejsce dopiero od lat 90., ale i tak pewne kanony pozostały niezmienione. Na przykład konieczność odbywania tzw. tras sprawdzeniowych czy zasada, że w samochodzie obserwacji powinno być przynajmniej dwóch, a najlepiej trzech agentów, żeby w razie potrzeby można było wysiąść z auta i pójść za śledzoną osobą, a potem jeszcze zmienić się z kolegą, by obserwowany nie spostrzegł, że idzie za nim wciąż ten sam człowiek. Kiedy np. Carl von Wedel pisze depeszę, to albo zanosi ją radiotelegrafiście, albo zostawia w skrytce na cmentarzu, skąd radiotelegrafista ją podejmuje, a potem jeszcze musi nadać. To trwa, a wiemy, że powieść szpiegowska nie lubi dłużyzn. Ale musi trwać, bo tak to właśnie wyglądało. Przemycam w książce takie elementy, bo chcę pozwolić czytelnikowi zajrzeć za kulisy działalności wywiadów.

– Niekoniecznie. Może wzbogaciły się o lepszą technikę operacyjną. Zasady pozostają niezmienne – kiedy trzeba dotrzeć do osoby, która nas interesuje, i przekonać ją do współpracy, każdego rodzaju zachęta może okazać się przydatna. Zwłaszcza taka, kiedy nawiązuje się więź uczuciowa – wówczas jest o wiele łatwiej pozyskać przydatne informacje.

– Obiecałem czytelnikom, że decyzja co do ewentualnej kontynuacji zapadnie w lipcu. Ale mogę zdradzić, że mam przynajmniej trzy całkiem dobre pomysły, jak sprawić, żeby Carl von Wedel wrócił do swojej działalności. Kusi mnie, żeby ciąg dalszy tej historii umieścić tuż po zakończeniu wojny na Pomorzu Zachodnim. Pod względem realiów i bezpieczeństwa przypominało ono wtedy Dziki Zachód. Niby były tam już polskie władze, ale Polacy nie mieli wiele do powiedzenia. Rosjanie robili, co chcieli, wszędzie kręcili się jeszcze Niemcy, partyzanci nazistowscy, bandy Werwolfu. A żeby było ciekawiej, uciekający gestapowcy ukryją tam coś bardzo interesującego.

– Tego nie mogę ujawnić. Zwrócę tylko uwagę na pewną scenę z „Doliny szpiegów”, gdzie do jednego z berlińskich hoteli przyjeżdża wuj ukochanej Carla, pracujący na co dzień w laboratorium na Dolnym Śląsku, gdzie ma powstawać niemiecka broń atomowa. Więcej nie zdradzę, choć jak wspomniałem, mam jeszcze inny pomysł i może okazać się, że to on finalnie stanie się fabułą kontynuacji „Doliny szpiegów”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version