„Została pani skazana na karę śmierci za zdradę państwa polskiego, wyrok zostanie wykonany natychmiast”. Kim byli likwidatorzy, którzy z ramienia AK egzekwowali wojenną sprawiedliwość?
Mieli zwykle 20-30 lat i należeli do bojowej elity podziemia. Część walczyła wcześniej w kampanii wrześniowej, niektórzy przeszli szkolenia wywiadowczo-dywersyjne w alianckich bazach i wrócili do kraju jako cichociemni. Większość uczyła się zabijać dopiero w konspiracji. Odważni, pełni nienawiści do wroga, czasem brawurowi, wykonywali bez skrupułów wyroki śmierci podziemnych sądów, a czasem „likwidowali prewencyjnie” wskazane osoby, gdy sprawa była pilna i dowódcy z ZWZ-AK nie mogli czekać na decyzję sędziów.
Przez ponad pięć lat okupacji pozbawili życia około 2500 mężczyzn i kobiet, w samej Warszawie — blisko 350. Ich ofiarą padli głównie Polacy, oskarżeni o zdradę, współpracę z niemieckim okupantem, szmalcownictwo czy zwykły bandytyzm. Podczas akcji specjalnych „C” (Czyszczenie), „Topiel”, „Wrzód” czy „Kośba” brali na cel dziesiątki ludzi rozpracowanych przez akowski kontrwywiad. W czerwcu 1944 r. padł rekord — z rąk egzekutorów zginęło 278 kolaborantów, konfidentów, agentów i nazistowskich funkcjonariuszy. Była to reakcja na wzmożony terror okupacyjnych władz. Poza odwetem i karą chodziło o ochronę podziemnych struktur, zastraszenie nazistów i pokazanie społeczeństwu, co czeka każdego za kolaborację z hitlerowskim reżimem.
Czy pan Igo Sym?
„Wykonywanie wyroków śmierci na prowokatorach i zdrajcach jest koniecznością, od której nie wolno się uchylać” — brzmi fragment „Wytycznych działań sabotażowo-dywersyjnych”, które płk Stefan Rowecki „Grot” (wkrótce przed awansem na generała) sporządził wiosną 1940 r. jako komendant Związku Walki Zbrojnej (przemianowanego dwa lata później na Armię Krajową). Wtedy też zaczęły działać Sądy Kapturowe, przemianowane następnie na Wojskowe Sądy Specjalne. Ich statut dokładnie określał procedurę podziemnych postępowań karnych. Dochodzenie wszczynał prokurator na wniosek komendanta głównego lub komendanta okręgu. Po zebraniu dowodów przez konspiracyjny kontrwywiad sprawa trafiała przed trzyosobowy skład sędziowski (złożony z reguły z doświadczonych, przedwojennych prawników). Wyroki zapadały na jednej maksymalnie trzygodzinnej rozprawie. Następnie były zatwierdzane przez właściwego komendanta, który zlecał wykonanie.
Pierwsze egzekucje zdrajców czy kolaborantów przeprowadzali członkowie różnych podziemnych formacji, zanim jeszcze powstały podziemne sądy. Latem 1940 r. kontrwywiad okręgu Warszawa-Miasto stworzył kilkuosobową grupę likwidacyjną. Nosiła znamienny kryptonim ZOM (Zakład Oczyszczania Miasta). 7 marca 1941 r. przeprowadziła swoją najgłośniejszą akcję. Celem był Igo Sym, przedwojenny aktor z polsko-austriackim rodowodem, który współpracował z niemieckim wywiadem. Artysta z urodą amanta filmowego po klęsce wrześniowej podpisał volkslistę i robił karierę u boku gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera. Kierował m.in. kinem dla Niemców i przedwojennym Teatrem Polskim, który przemianowano na niemiecki Theater der Stadt Warschau. Groźbami i obietnicą wysokich zarobków werbował polskich aktorów do udziału w nazistowskim, propagandowym filmie „Heimkehr” (Powrót do ojczyzny).
— Nie przejmuj się pan tym. Ja dostałem już trzy wyroki śmierci i żyję. Ale, oczywiście, jak już będzie gorąco, to zwieję na stałe do Wiednia i niech mnie tam pocałują w dupę z ich wyrokami — mówił do aktora Bogusława Samborskiego, który zgodził się zagrać w antypolskiej produkcji. Rozmowę słyszał Roman Niewiarowicz, aktor i reżyser teatralny, a zarazem oficer podziemnego wywiadu (ps. Łada), który obserwował Syma. „Akcję wyrokową” przeprowadziła trójka żołnierzy ZOM. Musieli się spieszyć, bo Sym był już spakowany i faktycznie szykował wyjazd do Austrii. Dowódca grupy ppor. Bohdan Rogoliński, ps. Szary ubezpieczał dwójkę podkomendnych na parterze kamienicy przy ul. Mazowieckiej 10. Do mieszkania na czwartym piętrze poszli ppor. Roman Rozmiłowski, ps. Zawada i kpr. Wiktor Klimaszewski, ps. Mały.
— O godzinie 7.10 zapukaliśmy do drzwi. Otworzyła służąca. „Czy pana dyrektora Syma możemy prosić?”. W tej chwili ukazał się Sym. „Czy pan Igo Sym?”. „Tak. Czym mogę panom służyć?”. W tej chwili wystrzeliłem, mierząc z Visa prosto w serce. Strzał był celny. Szpicel upadł na twarz bez jęku. Ze schodów zbiegliśmy pędem. Później spokojnie rozeszliśmy się do domów — tak ppor. Rozmiłowski relacjonował egzekucję w powstańczej gazecie pod koniec sierpnia 1944 r. (kilka dni później został ciężko ranny i zmarł).
Igo Sym, portret w płaszczu i kapeluszu. Rok 1933
Foto: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji / Narodowe Archiwum Cyfrowe
Rozmiłowski nie wiedział, że drzwi otworzyła bratowa Syma, a nie służąca. Kobieta była tam z mężem, którego gospodarz mieszkania wyciągnął z obozu jenieckiego dzięki swoim koneksjom. Egzekutorzy nie zastrzelili jej, uciekli po zabójstwie, zanim niemiecka policja przybyła na miejsce. Nigdy nie zostali wykryci. Tego samego dnia gubernator Fischer ogłosił żałobę w mieście. Zagroził rozstrzelaniem zakładników, jeśli w ciągu trzech dni nie znajdzie się zabójca. Zatrzymano 118 osób, z których część wysłano do Auschwitz, a 21 zgładzono podczas egzekucji w Palmirach. Specjalna niemiecka komisja śledcza (Mordkommision Igo Sym) podejrzewała o zabójstwo aktora Dobiesława Damięckiego, który publicznie odgrażał się kolaborantowi w teatralnym barze. Zdołał jednak opuścić z żoną Warszawę i przeżyć w ukryciu do końca wojny.
Żadnej euforii i żadnych rozterek
Kilka miesięcy później podjął działalność oddział likwidacyjny kontrwywiadu Komendy Głównej ZWZ-AK. Początkowo był to właściwie duet pod kryptonimem Wapiennik. Dowódca, por. Leszek Kowalewski ps. Twardy, i zastępca, kpr. pchor. Tadeusz Towarnicki ps. Naprawa, mieli po 31 lat i spore doświadczenie w konspiracji. Obaj walczyli w kampanii wrześniowej. Kowalewski uciekł z transportu do obozu jenieckiego. W 1940 r. razem z Towarnickim wstąpił do oddziału partyzanckiego na Lubelszczyźnie, który — jak się później okazało — zorganizował niemiecki agent-prowokator. Ukryci pod słomą zdołali ujść z zasadzki i wrócić do Warszawy. Kowalewski był zastępcą dowódcy ZOM i prawdopodobnie przygotowywał egzekucję Syma. Razem z Towarnickim stworzył zabójczy tandem. Jego partner słynął z odwagi i niespokojnego ducha. Przed wojną pływał na statkach handlowych po świecie. Z Niemcami — jak mawiał — prowadził „prywatną wojnę”. Pod pseudonimem De Vran zorganizował nawet własny oddział partyzancki, czym zwrócił uwagę kierownictwa konspiracji. Podziemny sąd badał jego sprawę, ale wyrok nie zapadł z uwagi na patriotyczną postawę Towarnickiego i wejście w struktury ZWZ-AK.
Tadeusz Towarnicki ps. „Naprawa” (z lewej)
Foto: Raczkowskie Archiwalia
W Wapienniku nosił już nowy pseudonim — Naprawa. Razem z „Twardym” przeprowadził dziesiątki akcji likwidacyjnych. W grudniu 1941 r. wykonali m.in. wyrok na kpt. Edwardzie Metzgerze i por. Edwardzie Goli z lwowskiego kontrwywiadu ZWZ-AK, których skazano na śmierć za współpracę z niemieckimi służbami. Obaj oficerowie przyjechali do Warszawy po zajęciu Lwowa przez Niemców, aby nawiązać kontakty z Komendą Główną ZWZ-AK. W dniu egzekucji umówili się za pośrednictwem znajomego z konspiracji na spotkanie w barze w sprawie sprzedaży obrazu. Kupcem i jego rzeczoznawcą-plastykiem byli „Twardy” i „Naprawa”. Golę zastrzelili w jego mieszkaniu, gdy poszli zobaczyć malarskie dzieło. „Naprawa” wrócił następnie do baru, gdzie czekał Metzger. Zaprosił go do restauracji przy ul. Marszałkowskiej, aby dokonać transakcji. „Twardy” wyszedł im naprzeciw. Po drodze „Naprawa” strzelił do Metzgera. Nie stracili zimnej krwi, gdy pojawił się patrol niemieckiej policji zaalarmowanym wystrzałem. Wzięli ofiarę pod ręce i udając pijanych ruszyli prosto na Niemców. Zrobili to tak wiarygodnie, że patrol nie zorientował się, z kim ma do czynienia. Ciało zastrzelonego agenta porzucili następnie w sieni jednej z kamienic.
Od jesieni 1942 r. twórcy Wapiennika werbowali ludzi do swojego oddziału, który zmienił nazwę na 993/W (W — Wykonanie). Funkcjonowali jako referat Wydziału Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu KG AK. Większość składu stanowili młodzi warszawiacy z rodzin robotniczych i rzemieślniczych. Niektórzy służyli wcześniej z Towarnickim w oddziale sabotażowo-dywersyjnym Madagaskar (przemianowanym na Garłuch), czasem wykonywali wyroki podziemnych sądów (m.in. na komendanta niemieckiej policji Kripo w Pruszkowie). Poznali się przypadkiem, kiedy ojciec jednego z przyszłych egzekutorów przyszedł wyremontować piec w pokoju, który Towarnicki wynajmował w ich dzielnicy. W następnych miesiącach oddział 993/W zwiększył liczebność do około 30 osób i został podzielony na kilka patroli. Pierwszy nazywano „Ptakami”, ponieważ członkowie nosili ptasie pseudonimy.
— Twardy powiedział nam, że będziemy musieli strzelać z bliska do ludzi. Żebyśmy się zastanowili — wspominał akcję werbunkową najmłodszy Lucjan Wiśniewski, ps. Sęp. — Rodzicom nic nie mówiłem, żeby ich nie denerwować. Matka by to przeżywała — powiedzmy — na gruncie wiary katolickiej. Mogła mieć problemy z tym, że odbieram życie.
Porucznik Leszek Kowalewski, ps. Twardy
Foto: Facebook
Likwidacji dokonywał już jako 17-latek, choć kierownictwo podziemia oficjalnie wymagało, aby wyroki śmierci wykonywały osoby powyżej 19. roku życia. Zwykle nie wiedział, kim są ofiary. — Żadnej euforii, żadnej przyjemności i żadnych rozterek. Rozkaz, spełnienie obowiązku. Nerwy i napięcie — opowiadał. — Był cel, był dowódca i koniec. Cała machina była tak skonstruowana, że mieliśmy po prostu ufać szefom i nie wnikać.
Trzy lata starszy kolega z patrolu Zygmunt Szadokierski ps. Puchacz też bez większych emocji opisywał egzekucje. — Pan w okularach podszedł do jednego z przechodniów i poprosił go o ogień, był to dla nas sygnał i wskazanie delikwenta. Ja z „Naprawą” poszliśmy tuż za wskazanym i na rozkaz „Naprawy” oddałem do niego kilka strzałów z nagana. Naprawa do leżącego już też kilka razy strzelił. Po akcji znalazł się zaraz Tomasz, który wziął od nas broń.
Po pierwsze — brak litości
W oddziale 993/W służyło m.in. czterech braci Bąków. Bolesław (ps. Szlak), Hipolit (ps. Sosna), Leon (ps. Doktur) i Stanisław (ps. Burza) pochodzili z Góry Kalwarii. Zagrożeni aresztowaniem za działalność konspiracyjną przenieśli się do Warszawy, gdzie mieszkali na fałszywych dokumentach. Najstarszy miał 34 lata, najmłodszy — 23, gdy dołączyli do grupy podziemnych egzekutorów. Dwaj przed wojną służyli w wojsku, wszyscy walczyli w kampanii wrześniowej. Mieli jeszcze jednego brata — Edwarda, który został zamordowany przez Wehrmacht, gdy leżał w szpitalu. Walkę z Niemcami i polskimi zdrajcami traktowali więc jako patriotyczny obowiązek i osobistą zemstę. Z zimną krwią rozprawiali się z osobami, które wskazywało podziemne dowództwo. — Ja nie tylko nie leczę, lecz przeciwnie… — tłumaczył żartem Leon błędną pisownię swojego pseudonimu Doktur. Bolesław słynął z brawury. Potrafił strzelić do celu ponad głowami pasażerów stłoczonych w tramwaju na ul. Marszałkowskiej. Hipolit dorabiał między akcjami, aby zapewnić rodzeństwu skromne utrzymanie. Z tego też względu na początku 1943 r. otrzymał zgodę na urlop od konspiracji. Reszta braci nie próżnowała. Stanowili m.in. trzon grupy egzekucyjnej podczas akcji w barze Za Kotarą, która zakończyła się masakrą. Lokal prowadził Józef Staszauer, oficer AK żydowskiego pochodzenia, który poszedł na współpracę z Gestapo. Często gościł gestapowców, volksdeutschów i konfidentów. Tak też było 8 października 1943 r.
— Do wnętrza pierwszy wkroczył „Doktur”, z jego rozpiętego płaszcza wychylał się sten, za nim szedł „Burza” i zaraz przy wejściu natknął się na kierownika zakładu z roześmianą twarzą i lokajskim ukłonem. Tą niesłychaną grzecznością starał się zaabsorbować Stacha, sięgając jednocześnie do telefonu wiszącego na ścianie. Ten odruch kosztował go życie. „Burza”, nie czekając, otworzył ogień w łysy czerep agenta — opowiadał Bolesław Bąk. — Łoskot strzałów zlewał się w jeden nieprzerwany grzmot. Ja z „Burzą”, przywarci do siebie, tworzyliśmy zwarty monolit strzelający z obu rąk, uzbrojonych w Visy.
Akcja, w której uczestniczyło ponad 20 konspiratorów, zakończyła się śmiercią 11 osób, w tym kilku Niemców, konfidentów i czterech przypadkowych osób (m.in. żony Staszauera i polskiej aktorki dorabiającej jako kelnerka). Bracia Bąkowie wyszli bez szwanku, podobnie jak większość akowskiej grupy. Uciekając zabrali ranną łączniczkę Danutę Hibner ps. Nina, która pomagała w przeprowadzeniu egzekucji.
Podziemny kontrwywiad prowadził specjalne szkolenia egzekutorów, aby eliminować błędy, własne straty i ewentualną samowolę. Opracował nawet instruktaż, jak likwidować skazane osoby.
„Jeśli oddział drugi przesyła wyrok do wykonania, to daje b. dokładne dane, ale d-ca oddziału wykonawczego jeszcze sprawdza te dane. Musi być całkowita pewność, co do identyczności osoby skazanej, to tak zwane typowanie/rysopis, tryb dnia skazanego wykonują łączniczki przez obserwację w ciągu całego dnia na zmianę, jedna 2 godz. D-ca wybiera miejsce najdogodniejsze przy najmniejszym narażaniu ludu. Wyrok musi się udać za pierwszym razem (…)” — brzmi fragment szkoleniowego dokumentu.
Tyle teoria. Praktyka wyglądała zwykle inaczej. Likwidatorzy działali w ekstremalnych warunkach, w których łatwo było o pomyłkę lub przesadną reakcję w przypływie adrenaliny. Sytuacja nierzadko wymykała się spod kontroli i wymagała improwizacji. Strzelano do ofiar na oczach ich rodzin, czasem ginęły niewinne osoby, które przypadkiem znalazły się w miejscu egzekucji. Podstawową zasadą był brak litości, nawet gdy wyrok należało wykonać na wdowie po przedwojennym generale, ojcu kilkorga dzieci czy zakonniku.
— Zdrajca musiał wykopać sobie grób. Potworne. Potem ktoś go zastrzelił — wspominał Stanisław Likiernik ps. Machabeusz egzekucję konfidenta Czesława Janickiego, z którym zginęła matka jadąca tym samym autem zatrzymanym przez akowców.
Stanisław Likiernik podczas okupacji niemieckiej. Był jednym z pierwowzorów postaci „Kolumba” z głośnej powieści Romana Bratnego „Kolumbowie, rocznik 20”
Foto: Dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera
Lubiłem patrzeć na przerażone twarze
Ofiary ginęły zwykle od kul z pistoletów i rewolwerów. Czasem sięgano też po inne metody egzekucji. Dziennikarz i kolaborant Stanisław Brochwicz został zasztyletowany na schodach Mostu Poniatowskiego w Warszawie. W suterenie kamienicy na ul. Krochmalnej powieszono Eugeniusza Świerczewskiego (oficera ZWZ-AK i agenta Gestapo, który zadenuncjował kilkuset żołnierzy podziemia, w tym prawdopodobnie gen. Stefana Grota Roweckiego). Na świerku zawisł Wacław Krzeptowski, przywódca kolaboranckiej organizacji górali Goralenvolk.
Likwidatorzy żyli ze świadomością ciągłego zagrożenia. Na akcje brali zwykle porcję trucizny (cyjanku), aby zażyć w razie zatrzymania przez Niemców. Po egzekucjach wracali, jak gdyby nigdy nic, do codziennych zajęć. Bali się, ale nie okazywali strachu. Niepokój maskowali pewnością siebie, żartami rzucanymi do kolegów. — Lubił z siebie robić czasem takiego spokojniaka, choć czuło się, że gra mu każdy nerw, że jakaś mściwość ogarnęła go, chęć straszliwej pomsty na wrogu — wspominał jednego podkomendnych Józef R. Rybicki, szef warszawskiego Kedywu AK.
— W pewnym okresie byłem dumą całego oddziału. Ponieważ nie robiło mi różnicy, czy żyję, nie dbałem zupełnie o to, czy żyją inni. Strzelałem do ludzi jak do tarczy na ćwiczeniach, bez żadnych emocji. Lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed likwidacją, lubiłem patrzeć na krew tryskającą z rozwalonej głowy — wspominał po latach Stefan Dąmbski ps. Żbik, egzekutor AK na Podkarpaciu. Gdy kończyła się wojna, miał niespełna 20 lat i na koncie wiele wykonanych wyroków śmierci. Najbardziej zapamiętał nastoletnią Jadzię Pierożankę. Urodziwa dziewczyna z wioski pod Rzeszowem doniosła Gestapo na swojego byłego chłopaka, że poszedł do partyzantki. W ślad za tym karna ekspedycja wymordowała całą rodzinę partyzanta. Dwa tygodnie później los Jadzi przypieczętował Dąmbski.
Stefan Dąmbski, zdjęcie z 1947 r.
Foto: Wikimedia commons / Domena publiczna
— „Jadzia Pierożanka?”. „Tak, to ja”. Słyszę, jak drży jej głos, próbuje zachować zimną krew do końca. Jej młodsza siostra stoi jak skamieniała, matka leci zemdlona na ziemię. Czytam wyrok. „Została pani skazana na karę śmierci za zdradę państwa polskiego, wyrok zostanie wykonany natychmiast. Daję pani dziesięć minut na modlitwę i pożegnanie z rodziną (…)”. Zniżyłem lufę i równocześnie pociągnąłem za spust. Byle nie w głowę — pomyślałem — jak ona będzie wyglądać w trumnie. Długa seria… i koniec wszystkiego! Jadzia Pierożanka przestała istnieć… I dlaczego? Było to pytanie, które później dręczyło mnie tygodniami.
Korzystałem m.in. z książek: „Przeciw konfidentom i czołgom: oddział 993/W Kontrwywiadu Komendy Głównej AK i batalion AK Pięść w konspiracji i Powstaniu Warszawskim 1944 roku” Robert Bielecki, Juliusz Kulesza, „Egzekutor” Stefan Dąmbski, „Wielka Księga Armii Krajowej” praca zbiorowa, „Ptaki drapieżne. Historia Lucjana »Sępa« Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK” Emil Marat, Michał Wójcik



