Kto kazał mnie zabić? — gangster Rafał Ł., ksywa Zwierzak, pyta swych kumpli, gdy siedzą przy piwie w nowodworskim klubie EB. Jest ostatni dzień lipca 2005 r. — Ten Z., diler narkotykowy od „Karego”, chwali się na mieście, że on wie. Dostał nawet do przechowania broń, z której do ciebie strzelano — donosi Maciej Ś., ksywa Młody Śledź.
Dwa dni później bandyci przebrani za antyterrorystów wpadają świtem do mieszkania Artura Z. we wsi koło Nowego Dworu Mazowieckiego. — Otwierać, policja! — kopnięcie wysadza drzwi. Po chwili prowadzą Artura Z. i jego ciężarną narzeczoną ubraną jedynie w krótką koszulkę. Oboje zostają wywiezieni do parku w twierdzy Modlin.
Porwana para musi wykopać sobie grób. Kiedy torturowany Z. wpada do dołu po ujawnieniu, że zamach na Rafała Ł. zlecił „Kary”, błaga o śmierć. Wtedy jeden z bandytów oddaje w jego kierunku strzał, ale broń się zacina, zabijanie odbywa się na raty.
Dziewczynę oprawcy najpierw zmuszają, aby patrzyła na konanie narzeczonego, potem „Zwierzak” zakłada jej na głowę kominiarkę i pokazuje „Śledziowi” taki gest: palec na ustach, ręka na gardle. Tamten siada na ofierze okrakiem i dusi ją sznurówką. Na koniec przecina krtań nożem…
Powiem, żeby zostać „sześćdziesiątką”
Ochroniarze twierdzy modlińskiej (w jej murach, pamiętających czasy Napoleona, znajdują się dziś różne magazyny) słyszą wołanie o pomoc i odgłos strzału. Kiedy dobiegają na miejsce, widzą tylko sylwetki uciekających mężczyzn, a w dole nagie zwłoki mężczyzny i kobiety. Po kilku dniach nazwisko zastrzelonego jest już znane policji dzięki badaniom daktyloskopowym. To Artur Z., notowany w kartotekach kryminalnych. Handlarz narkotykami.
Śledczy namierzają posługującego się telefonem komórkowym zamordowanej kobiety.
Jest nim 25-letni Krzysztof M. z Warszawy, kryminalista z wieloma odsiedzianymi wyrokami. Aparat ukradł koledze Józkowi M., którego odwiedził w Modlinie.
Podejrzany szeroko i chętnie opowiada, w jakich okolicznościach wchodził w konflikt z prawem, bo chce zostać małym świadkiem koronnym, tzw. sześćdziesiątką, i skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary. Wtajemnicza prokuratora w szczegóły walki dwóch band na terenie Nowego Dworu i okolic. Jest grupa braci K. — Grzegorza, ps. Gieno, i Dariusza „Karego” — oraz niedawno utworzona banda Rafała Ł., „Zwierzaka”. Człon tej drugiej stanowią: Józef M., Maciej Ś., „Śledź”, Marcin O., „Orzech”, Piotr T., „Skwara” i Piotr K., „Kopany”.
Również Krzysztofowi M. bliżej pod komendę Rafała Ł., choć nie jest tam pełnoprawnym członkiem bandy, nie dostaje wypłaty ze wspólnego kotła. Ale zabierają go na akcje. Głównie na porwania.
Na przykład do miejscowości pod Olsztynem. Uprowadzony Tadeusz W. miał stację benzynową. Po porwaniu zawieźli go do Nowego Dworu i związanego, z zaklejonymi oczami, ukrywali ponad tydzień w opuszczonym budynku. Rozmowy o wykupie (600 tys. zł) były prowadzone z synem uprowadzonego Tomaszem. Chłopak zbierał pieniądze od rodziny, a sposób dostarczenia okupu nadaje się na scenariusz filmowy.
Porywacze kazali Tomaszowi jechać w stronę Gdańska. W pewnej chwili otrzymał polecenie zaparkowania przy najbliższej restauracji. Następnie dostał telefon z informacją, że w koszu na śmieci leży komórka Nokii, od tej chwili ma się z nimi kontaktować tylko tym aparatem. Kolejny rozkaz brzmiał: podjechać pod dworzec Warszawa Gdańska, kupić bilet do Legionowa, wsiąść do pierwszego wagonu. Gdy pociąg ruszył, zadzwonił telefon: ma przez okno wystawić reklamówkę z pieniędzmi. Zrobił to, do wagonu od strony torów podbiegli dwaj mężczyźni w kapturach, porwali torbę. Tomasz nie widział ich twarzy.
Tadeusz W. nie przeżył porwania. Zmarł uwięziony w specjalnie wykopanej ziemiance w lesie, gdzie był bity i pozbawiony nawet wody. Jego ciała nie odnaleziono. Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie wymuszenia rozbójniczego z powodu niewykrycia sprawców.
W czasie kolejnego przesłuchania podejrzany Krzysztof M. przyznaje się do napadu wspólnie z Ł. na hurtownię komputerów: — Szybko nam poszło. Właściciel był akurat sam w pokoju. „Zwierzak” wycelował do niego z pistoletu, krzyknął: „Na podłogę!”. Faceta skrępowaliśmy taśmą, klucz do kasy miał w kieszeni.
Osadzony w areszcie „Kopany” zaczyna mówić, co się działo ostatniego dnia lipca w Twierdzy Modlin. Zastrzega — on nie ma na rękach krwi ofiar — brał tylko udział w uprowadzeniu tej pary. K. krok po kroku przedstawia tragiczne wydarzenie…
Pozostali sprawcy się ukrywają. Policjanci nie mają złudzeń, że tropią bezwzględnych gangsterów, którzy od lat terroryzują mieszkańców Nowego Dworu również dlatego, że po skłóceniu się utworzyli dwie walczące ze sobą bandy. Starcia kosztują ludzkie życie.
Mowy końcowe oskarżonych w procesie gangu modlińskiego Rafała Ł., ps. Zwierzak, i siedmiu innych osób, Warszawa, 16 czerwca 2008 r.
Foto: JAKUB OSTALOWSKI / Forum
Śmierć za śmierć
Tak się zdarzyło w czerwcu 2000 r. Z okazji końca roku szkolnego na tarasie pubu EB mają wystąpić uczniowie. Rano właściciel lokalu ze swymi pracownikami sprawdza, czy wszystko jest przygotowane. Pod jednym ze stolików zauważa poluzowaną kostkę brukową. Gdy jej dotyka, następuje potężny wybuch. Mężczyzna ginie na miejscu, a wraz z nim trzech chłopców z obsługi. Dochodzenie wykazało, że zamach przygotowali kierujący gangiem nowodworskim bracia K. Bomba miała zabić najważniejszych mafiosów z bandyckiego odłamu tzw. modlińskich. Grupy walczyły między sobą o pieniądze z agencji towarzyskich, sprzedaży narkotyków, napadów i uprowadzeń.
Do eksplozji miało dojść wieczorem, kiedy w pubie spotkają się Paweł G., pseudo Głębik, i Krzysztof B., „Szczurek”, gangsterzy z mafii modlińskiej, którzy nie chcieli uznać władzy braci K. Oskarżeni o eksplozję w nowodworskim pubie EB nie przyznali się do zarzutów. Twierdzili, że ze sprawą nie mieli nic wspólnego.
Cztery miesiące później „Głębik” i „Szczurek” grają na automatach w miejscowym pubie Tartak. Jest późny wieczór, w lokalu palą się tylko świece na stolikach. Mężczyźni wiedzą, że mieli zginąć w EB, dlatego noszą kamizelki kuloodporne. Nagle do lokalu wpada dwóch zamaskowanych kilerów z bronią maszynową. To „żołnierze” braci K., którzy dostali wsparcie „Wołomina”. „Modlińscy” nie mają żadnych szans na przeżycie. Ich kamizelki kuloodporne nie chronią przed 34 pociskami. Kiedy gangsterzy leżą na podłodze, mordercy obracają ich butami, aby się upewnić, że są martwi. Po czym, przez nikogo niezatrzymywani, wsiadają do stojącego w pobliżu Forda Sierry. Odjeżdżają. Wkrótce zostaną złapani.
W trakcie śledztwa wychodzi na jaw, że zamknięty w areszcie w Białołęce Grzegorz K., ps. Gieno, bez przeszkód kieruje swoim gangiem zza krat. Wysyła dziennie nawet dziesięć grypsów — wydaje w nich polecenia swoim „żołnierzom” rozprawiania się z konkurencyjną bandą, obrzucania jej członków granatami. Namawia do uprowadzenia świadka, który zeznawał na jego niekorzyść.
W 2003 r. do Sądu Okręgowego w Warszawie trafia akt oskarżenia przeciwko liderom nowodworskiej grupy przestępczej. Na rozprawę przyprowadzono dziewięciu gangsterów. Są wśród nich dwaj bracia K. „Kary” ma m.in. zarzut kierowania grupą przestępczą, usiłowania zabójstwa liderów rywalizującej grupy i posiadania materiałów wybuchowych. Natomiast jego młodszy brat odpowiada za zlecenia zabójstwa. I porywanie z ulicy nastolatków, których zmusza do napadów na tiry. Obu grozi dożywocie.
„Gieno” uniknął wyroku w sprawie śmiertelnych ofiar w pubie EB z całkiem innego powodu. Po prawie pięciu latach tymczasowego aresztu został decyzją sądu zwolniony i miał odpowiadać z wolnej stopy. Któregoś dnia wyszedł z domu prosto pod lufę zabójcy, nie przeżył. Podejrzenie padło na „młode wilczki”, czyli próbującą się usamodzielnić grupę Rafała Ł.
Bo kiedy oskarżeni bracia K. siedzą w celach — jest rok 2004 — w Nowym Dworze trwa ostra walka o pozbawienie ich władzy. Dla dotychczas posłusznych „żołnierzy” obu mafiosów to okazja, aby przejąć kontrolę nad zyskami z przydrożnej prostytucji, wymuszania haraczy, napadów na tiry. Pierwsi sięgają po władzę Andrzej B., ps. Broda, i Mariusz S., „Skowron”. Aby zamach się udał, przeciągają na swoją stronę liczącego się gangstera Konrada O., ps. Obój. I wtajemniczają w swój plan „Zwierzaka”, znanego w modlińskim gangu z nieprawdopodobnego okrucieństwa. Na mieście mówiło się, że zamordowanie człowieka było dla niego jak splunięcie.
Rafał Ł. zapewnia „Brodę” oraz „Skowrona”, że razem pozbawią władzy siedzącego w więzieniu „Karego”. Szczegóły uzgadniają w restauracji. Po opuszczeniu lokalu nowi wspólnicy „Zwierzaka” w szampańskich nastrojach wsiadają do samochodu, którym kieruje Andrzej B. Obok niego zajmuje fotel „Obój”, kolejny chętny do opuszczenia mafii osamotnionego już (brat nie żyje) Dariusza K. „Zwierzak” siedzi z tyłu. W pewnej chwili „Obój” zaczyna symulować, że zbiera mu się na wymioty, muszą się zatrzymać. Samochód skręca w stronę lasu. Tam Rafał Ł. strzela do „Brody” i „Skowrona” przez oparcia foteli. Ciała zamordowanych zostają pod gałęziami. — Głupki, myśleli, że podzielę się z nimi władzą — mówi do Konrada O.
Niespełna miesiąc później wtajemniczony w plany „Zwierzaka” 26-letni O. traci życie od kuli w Szpitalu Bielańskim, gdzie leczono mu nogę zranioną podczas gangsterskiej potyczki. Bandyci w maskach po wycelowaniu pistoletów w klatkę piersiową unieruchomionego pacjenta, uciekli z czwartego piętra po linie. Nigdy ich nie znaleziono.
Rafała Ł. obciąża jeszcze inna zbrodnia. Kiedy miał 20 lat, razem z Konradem O. porwał żoliborskiego gangstera Artura H., ps. Czacha. Wyrok wydali bracia K. (wtedy „Zwierzak” był jeszcze ich podwładnym), bo „Czacha” miał za duże roszczenia co do podziału zysków z haraczy pobieranych z agencji towarzyskich, od przydrożnych prostytutek i z handlu narkotykami. Artur H. został zwabiony na spotkanie i zabity dwoma strzałami w plecy i głowę. Zwłoki w daleko posuniętym rozkładzie zostały odnalezione po latach w parku przy modlińskiej twierdzy. Mężczyzna był nagi, owinięty w namiotowy brezent.
Basior nie przeprasza
Rafał Ł., ogłaszając się w 2004 r. przywódcą, stawia warunek: wszyscy „żołnierze” muszą mieć na sumieniu co najmniej jedno zabójstwo, aby nie mogli się starać o status świadka koronnego. Na wieść o tym, że Dariusz K. wyszedł na wolność, postanawia zlikwidować swego dawnego szefa. Nie jest to proste, gangster chodzi z obstawą. Ł. uparcie poluje na swą ofiarę. Ale „Kary” też wydaje wyrok na swego dawnego przybocznego. Kiedy „Zwierzak” wraca do domu z nadzorowanej przez siebie dyskoteki, na klatce schodowej ktoś wita go strzałami. Przywódca „młodych wilków” ma szczęście — broń się zacięła. Niedoszła ofiara chce poznać nazwisko zabójcy. Podobno zna je Artur Z. I tak dochodzi do brutalnego zamordowania dilera narkotyków i jego narzeczonej w ciąży.
Późną jesienią 2005 r. ukrywający się gangsterzy odpowiedzialni za podwójne zabójstwo na terenie Twierdzy Modlin trafiają do aresztu. Policji pomaga przypadek. W nocy olsztyńscy policjanci uzyskali informację, że dwóch mężczyzn z Warszawy planuje napad na kantor. Zapadła decyzja o ich zatrzymaniu. Do mieszkania jednego z bloków weszli antyterroryści. Osaczeni Rafał Ł. i Józef M. próbowali uciekać, ale zatrzymały ich ostrzegawcze strzały. Po sprawdzeniu obu w policyjnej bazie informatycznej okazało się, że są poszukiwani przez wydział do walki z terrorem kryminalnym Komendy Głównej jako ci, którym 22 listopada 2005 r. udało się zbiec z Nowego Dworu przed obławą 130 antyterrorystów.
Do sądu trafiły dwa akty oskarżenia: przeciwko członkom bandy modlińskiej i osamotnionemu ich wrogowi Dariuszowi K., ps. Kary. Mafioso starej gwardii nowodworskiego półświatka odpowiadał za zabójstwo w klubie EB oraz udział w brutalnym morderstwie dokonanym na obciążających go świadkach: Andrzeju M. i jego matce Eugenii S. Dariusz K. został prawomocnie skazany na podwójne dożywocie.
W osobnym procesie 24-letniego Rafała Ł. na ławie oskarżonych siedziało jeszcze siedmiu innych gangsterów, uczestniczących w mafijnych zbrodniach. Postawiono im 45 zarzutów, z czego połowa dotyczyła przestępstw popełnionych przez „Zwierzaka”.
Szef modlińskiej mafii twierdził, że nie planował morderstwa narzeczeńskiej pary, chciał tylko nagrać oświadczenie Artura Z. o zbrodniczych planach braci K. Sąd mu nie uwierzył.
— Jedyną zasadą działania grupy był brak jakichkolwiek zasad. Skazany Rafał Ł. odnosi się do swych najcięższych zbrodni cynicznie. Podczas wizji lokalnej, wskazując miejsca, gdzie jego banda zakopywała ofiary, zapowiada, że w więzieniu napisze książkę, do której ma już tytuł „Grabarze z Modlina” — zauważa w uzasadnieniu wyroku dożywocia sędzia Janusz Jankowski z Sądu Okręgowego Warszawa-Praga.
Ostatnie słowo Ł. nie zawiera pokajania. „Zwierzak” nadal uważa się za basiora „młodych wilków”. Nie zna słowa „przepraszam”. Co innego drugi skazany — napakowany sterydami Piotr T., ksywa Skwara. Czyta z kartki, głośno płacząc: „Przysięgam, że choć brałem udział w porwaniu i karę za to przyjmę z wielką pokorą, nie wiedziałem, że to się tak skończy”.
Rafał Ł., Krzysztof M. i Józef M. zostali skazani na dożywocie. Kara dla Piotra T. to 25 lat pozbawienia wolności. Ojciec Rafała Ł., palacz w klubie garnizonowym, wyznał dziennikarzom na sądowym korytarzu: — Straciłem swoje dziecko od czasu, gdy pierwszy raz go aresztowali. Chłopak miał wtedy siedemnaście lat. Odsiedział półtora roku i zza krat wyszedł całkiem inny człowiek. Zepsuty. Nigdzie nie pracował, a miał pieniądze na wszystko. Potem trafiał do więzienia jeszcze pięć razy. Wynajął pokój przy tej samej ulicy, gdzie mieszkaliśmy, ale udawał, że nie zna rodziców. Jeździł luksusowym samochodem, choć zabrano mu prawo jazdy. Potem zmienił adres, już nie miałem okazji go zobaczyć.
Wśród skazanych nie było Macieja Ś., ps. Młody Śledź, który skutecznie ukrywał się przed policją. Był poszukiwany listem gończym w całej Europie. W policyjną zasadzkę wpadł na Malcie, dwa miesiące po zakończeniu procesu przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga. Początkowo podawał się za kogoś innego. Na dożywocie został skazany w osobnym procesie.
Genotyp zbrodni
Wraz z „wyeliminowaniem gangsterów ze społeczności”, jak to się określa w uzasadnieniach najcięższych wyroków, historia gangów w Nowym Dworze dobiegła końca. Młodzi mieszkańcy odwiedzający dziś miejscowy cmentarz 1 listopada na ogół nie wiedzą, co się kryje za napisem na pomniku: „Zginął tragicznie” obok zdjęcia bardzo młodego mężczyzny. Ukwiecone groby ofiar mafijnych zbrodniarzy przylegają do grobów ich morderców.
Odeszła w niepamięć legenda okrutnego „Zwierzaka”, choć ten nadal żyje w więziennej celi. Nigdy nie napisał zapowiadanej autobiografii, a jego jedyny kontakt z zewnętrznym światem odbywa się wówczas, gdy jest doprowadzany jako świadek na wznowione procesy o przestępstwa sprzed kilkudziesięciu lat. Ostatnio w takich okolicznościach widziałam go w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga. Nie wyglądał na załamanego swoim losem.
Kiedy we wrześniu 2009 r., rok po skazaniu Rafała Ł. na dożywocie, mafijny bandyta, 27-letni Piotr O., ps. Otto, usiłował zamordować poznaną w nowodworskiej dyskotece Justynę i napisały o tym gazety, w telewizji wystąpił ktoś z miejscowej władzy. Z oburzeniem zdementował medialne informacje, że gwałciciel mieszka w Nowym Dworze. Właściwy adres gangstera to Pomiechówek, odległy od powiatowego Nowego Dworu 4,5 km.
Odżegnywanie się od tej zbrodni wywołało odwrotny skutek. W internecie przypomniano tragedię 22-letniej Justyny, która około godz. 2 w nocy wyszła na dwór z nieznanym jej bliżej partnerem od tańców. Piotr O. powiedział, że chciałby zapisać numer telefonu dziewczyny, ale komórkę zostawił w samochodzie. Niczego nie podejrzewając, kobieta wsiadła do auta. Kiedy zorientowała się, że mężczyzna jedzie w nieznanym kierunku, zaczęła krzyczeć, wzywając pomocy. Ale kierowca zablokował drzwi i tak dojechali nad Wisłę. Tam Piotr O. brutalnie zgwałcił i pobił dziewczynę. Następnie zaciągnął na most i z wysokości 20 m zrzucił do wody. Justynie udało się wydostać na brzeg i z pomocą kierowcy, który przejeżdżał tamtędy, dotrzeć do komendy policji. Ścigany przez drogowy patrol „Otto”, pomimo blokady drogi, staranował dwa radiowozy i usiłował rozjechać policjantów. Funkcjonariusze zmuszeni byli do użycia broni. Strzały w koła skutecznie zatrzymały sprawcę. Gwałciciel trafił do policyjnego aresztu. Miał już bogatą kartotekę karną: kradzieże, włamania, rozboje, wymuszenia rozbójnicze i pobicia.
Został skazany na dożywocie. Prokurator w ostatnim słowie wyraził się o Nowym Dworze jako mieście od pokoleń naznaczonym zbrodnią i przypomniał zbiorowe gwałty grupy nastolatków z tej miejscowości na początku lat 80.
Mamo, załatw mi alibi
18 wyrośniętych nastolatków nie mieściło się na ławie dla oskarżonych warszawskiego sądu. Trzeba było ich posadzić na miejscu dla publiczności i oddzielić kordonem milicjantów. Jednego funkcjonariusze wzięli pod szczególną opiekę. Podczas konwojowania koledzy chcieli „dać mu łomot”.
Nie pomagały nawoływania funkcjonariuszy o spokój. Co chwilę ktoś na sali krzyczał: „Faja, trzymaj się”. Albo: „Sikawica, siemano”. I zaraz głośny śmiech, pogardliwe miny, wypinanie się, że wszystko jest git.
Ten chroniony, Bolesław Z., ps. Wapniak, miał powód do strachu. Gdyby w czasie przesłuchania nie wygadał się o zgwałceniu i utopieniu Grażyny B. (jak się wyraził, popłynęła do Gdańska), w ogóle nie byłoby procesu. Dziewczyna zaginęła przed rokiem i śledztwo szybko umorzono.
Ale na skutek gadulstwa Bola, podejrzanego o włamanie w nocy do pawilonu Samopomocy Chłopskiej i kradzież zegarków, milicja złapała trop i herszt młodocianej bandy z Nowego Dworu Zygmunt S. został oskarżony o zamordowanie Grażyny. W sumie siedemnastu mieszkańców Nowego Dworu Mazowieckiego otrzymało zarzuty wielokrotnych zbiorowych gwałtów na 13-14-letnich uczennicach. Byłoby ich na ławie oskarżonych osiemnastu, ale najmłodszy po usłyszeniu diagnozy, że jest zarażony syfilisem, rzucił się pod pociąg.
Jak straciła życie 18-letnia Grażyna? W majowy wieczór 1970 r. wracała do domu ze szkoły. Z krzaków koło twierdzy modlińskiej wyszedł Z. — Przejedziemy się? — zaproponował. Po chwili dołączyli jego koledzy. Dziewczyna znała ich z podstawówki. Na wale przeciwpowodziowym S. chwycił ją za rękę i ściągnął na dół, nad rzekę. Tam trzymaną za włosy gwałcili po kolei. — Przez cały czas nóż S. tkwił wbity w piasek koło głowy ofiary. Kiedy podczas drugiej tury dziewczyna traciła przytomność, nastolatek polewał ją wodą z zardzewiałej puszki po konserwach. Wreszcie pozwolili jej się podnieść. Wtedy zagroziła im: — Pójdę na komendę. — Nigdzie k… nie pójdziesz, nikomu już nic nie powiesz — odpowiedział S. i pchnął ją sprężynowym nożem w okolice serca. Przyciągnął starą łódź, wrzucili tam konającą i wypłynęli na Narew. Zwłoki ofiary wyłowiono z Wisły tydzień później.
Po roku aresztu gwałciciele już się nauczyli od starszych więźniów odwoływać wyjaśnienia jako rzekomo wymuszone biciem w śledztwie. Ale przemycanie grypsów jeszcze im nie wychodziło. Wszystkie zostały przechwycone.
— Jeśli oskarżony twierdzi, że przyznał się do gwałtów pod przymusem, dlaczego wziął udział w wizji lokalnej? — zapytał prokurator.
— Bo Nowy Dwór — odpowiedział „Sikawica”, rozglądając się z porozumiewawczym uśmiechem po sali.
Młodocianej publiczności nie trzeba było więcej tłumaczyć. Oskarżony chciał się przejechać z aresztu do rodzinnego miasta, aby go podziwiali wystający na chodnikach kumple. Dla nich był git-człowiekiem. Należał przecież do „bandy byków” (wszyscy mieli takie zwierzę wytatuowane na ramieniu), terroryzującej Nowy Dwór i okolice. A także podmiejskie pociągi, z których wyrzucali konduktorów i „niepodchodzących” im pasażerów. Tylko frajer mógł nie wiedzieć, kto się kryje za pseudonimami: Faja, Wapniak, Sikawica, Halibut, Kolor czy Saba.
W połowie procesu (trwał osiem tygodni) oskarżeni wyraźnie stracili rezon. „Kochana mamo — napisał w grypsie 18-letni »Sikawica« — wyślij mnie list ekspres polecony, przez który dasz znać czy załatwiłaś mnie świadków do tego morderstwa na Grażynie oraz czy te dziewczyny, co podałem ich adresy zmienią swoje zeznania, że ja ich nie gwałciłem. Jeżeli mnie to załatwisz, to znaczek przyklej na kopercie w rogu a jak nie to normalnie a będę wiedział, co robić czy już zacząć jechać wariata. I przyślij mi paczkę masz przecież talon. Twój kochający syn”.
Ten gryps i kilka innych, np.: „Mamo załatw mi z tymi dziewczynami gdyż już miałem z jedną konfrontacje i ta kurwa mnie rozpoznała. To, co zeznaliśmy z Fają o użyciu noża można odwołać że nas psy pobiły i sprawa upadnie, ale ty wyrób mi alibi”, sędzia odczytał na rozprawie.
Główny oskarżony został skazany na 25 lat więzienia — była to najwyższa kara w kodeksie karnym przewidziana dla młodocianego. Pozostali nastolatkowie wyszli na wolność wcześniej. Kilku z nich dołączyło z czasem do bandy braci K.




