Ruch administracji Donalda Trumpa, która nagle wstrzymała rotację amerykańskich żołnierzy nad Wisłę, wstrząsnął naszą sceną polityczną. Sprawa może się jeszcze wyjaśnić pomyślnie dla Polski, jeśli jednak będzie inaczej, stracą wszyscy. A prezydentowi Nawrockiemu i PiS grozi szczególna kompromitacja.
Liderzy PiS oskarżają Tuska, że na zlecenie Niemiec popsuł relacje z Trumpem i domagają się wyjaśnień „co z Polskim bezpieczeństwem”. Tusk z kolei odpowiada, że „Kaczyński próbuje zrzucić na Polskę winę za decyzje Waszyngtonu o zmniejszeniu amerykańskiego zaangażowania w Europie”.
Ministerstwo Obrony Narodowej uspokaja, że „Polska jest i będzie kluczowym sojusznikiem USA w Europie. Amerykańskie zaangażowanie w Polsce jest bardzo wysokie. Nie została podjęta żadna decyzja o zmniejszeniu zaangażowania”. W podobnym tonie prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego pisze: „W ocenie BBN doniesienia o wstrzymaniu rotacji i zmniejszeniu obecności USA nie dotyczą bezpośrednio i docelowo Polski”.
Oba ośrodki wydają się przy tym dość zaskoczone decyzją Amerykanów. Żaden z nich nie potrafi też powiedzieć, jak ma teraz wyglądać obecność amerykańskich sił w Polsce. W mediach krążą różne spekulacje, w tym te przewidujące, że być może zamiast żołnierzy z Teksasu do Polski trafi część sił dziś stacjonujących w Niemczech — bo Stany zapowiadają redukcję przebywających tam swoich wojsk.
To zamieszanie może wywoływać zrozumiały niepokój opinii publicznej, który nie służy ani rządowi ani partii, z której poparciem został wybrany obecny prezydent. Bardziej jest jednak kłopotliwy dla partii prezydenckiej.
Czy prezydent nie może po prostu zadzwonić do Trumpa?
PiS jeszcze w kampanii przekonywał przecież, że ich kandydat cieszy się doskonałymi relacjami z obozem MAGA i prezydencką administracją. Z Donaldem Trumpem Karol Nawrocki spotkał się jeszcze przed wyborami. Jego prezydentura miała być gwarancją tego, że sojusz polsko-amerykański pozostanie niezachwiany i gwarantować bezpieczeństwo naszego kraju. Gdy więc dziś czołowi politycy PiS atakują Tuska o to, że popsuł relacje z Trumpem, osłabiając w ten sposób gwarantowane tylko przez sojusz ze Stanami bezpieczeństwo Polski, wyborca ma prawo zapytać „zaraz, zaraz, ale przecież obiecywaliście, że prezydent Nawrocki uchroni nas przed takim scenariuszem?”.
Tymczasem ośrodek prezydencki wydaje się równie zaskoczony decyzją Pentagonu, co rząd. BBN wydaje komunikat, w którym przedstawia swoją „ocenę” amerykańskiej decyzji. Sugeruje to, że wie równie wiele co zwykły obywatel analizujący otwarte źródła. Pojawia się pytanie, dlaczego Karol Nawrocki nie może skontaktować się ze stroną amerykańską i wyjaśnić, o co właściwie chodzi? Nie powinno to być problemem, skoro prezydent ma tak doskonałe relacje z Trumpem.
Marcin Przydacz zapewnia na portalu X, że pozostaje w kontakcie z Białym Domem i że Nawrocki rozmawiał z Trumpem o obecności „wojsk sojuszniczych w Polsce” kilka dni temu. Ustalenia z tej rozmowy „pozostają w mocy”. Jednocześnie wzywa MON, by wykazał wreszcie „proaktywną postawę”, bo to „Pentagon wysyła niepokojące sygnały”. Trudno uznać to za komunikat, który opinia publiczna mogłaby zinterpretować: „spokojnie, prezydent ogarnia sprawę”.
Cios w kluczową narrację PiS
Informacje o wstrzymaniu rotacji pokrywają się w mediach z informacjami o kulisach ucieczki za ocean Zbigniewa Ziobry. Kluczową rolę mieli odegrać w niej czołowi politycy PiS, wykorzystując swoje kontakty w ruchu MAGA i prezydenckiej administracji. Wyłania się z tego bardzo niekorzystny dla PiS obraz. Wygląda, jakby partia miała w Waszyngtonie kontakty dość dobre, by zapewnić schronienie ukrywającemu się koledze. A jednocześnie wpływy PiS nie są wystarczające, by zabezpieczyć kluczowe polskie interesy. Jeśli wyborcy tak odczytają ostatnie wydarzenia, to Prawo i Sprawiedliwość może mieć problem.
Być może ostatecznie amerykański kontyngent w Polsce się nie zmniejszy, a o całym zamieszaniu wkrótce zapomnimy. Jeśli jednak administracja Trumpa faktycznie zacznie zmniejszać liczebność wojsk USA w naszym regionie, to decyzja ta uderzy w kluczową dla tożsamości PiS narrację o polsko-amerykańskim sojuszu jako podstawie naszego bezpieczeństwa, ważniejszym niż europejscy partnerzy.
PiS zawsze przekonywał, że Niemcy chcą nam „odebrać państwo”, sojusznicy z Europy są albo bezsilni, albo niegodni zaufania i tylko Trump nas nigdy nie zdradzi. Jeśli ta narracja się posypie pod wpływem decyzji amerykańskiego prezydenta, których nie da się przedstawić jako służących polskiemu bezpieczeństwu, to PiS zostanie ośmieszone w kwestiach bezpieczeństwa i polityki zagranicznej.
Rząd też ma problem
Oczywiście, zamieszanie, nie mówiąc już o faktycznej redukcji sił amerykańskich w naszym regionie, nie pomaga też rządowi. Podważa jego narrację, że niezależnie od politycznych różnic, nasz sojusz ze Stanami jest głęboki i trwały, a tacy ministrowie jak Radek Sikorski czy Władysław Kosiniak-Kamysz mają doskonałe relacje ze swoimi amerykańskimi odpowiednikami. Po ucieczce Ziobry, kwestia rotacji wojsk to kolejny zgrzyt w relacjach między obecnym rządem a administracją Trumpa. Zmusza do pytań, jak tak naprawdę wyglądają dziś polsko-amerykańskie stosunki.
Obawy o przyszłość sojuszu kluczowego dla bezpieczeństwa państwa nie służą żadnemu rządowi ubiegającemu się o reelekcję. Zwłaszcza w warunkach toksycznej polaryzacji, w której opozycja gotowa jest instrumentalizować sprawy bezpieczeństwa do bardzo agresywnej politycznej walki.
Jednocześnie, w przeciwieństwie do PiS, partie tworzące obecny rząd nigdy nie budowały swojej tożsamości na kulcie MAGA ani całej doktryny bezpieczeństwa narodowego na bliskich ideologicznych więzach z radykalizującą się republikańską prawicą. W jakimś sensie to, co dzieje się teraz wokół wojsk amerykańskich, potwierdza słuszność kierunków polityki obecnego rządu: inwestycje w obronności dzięki programowi SAFE, wzmacnianie europejskiego filaru polskiego bezpieczeństwa i europejskiej flanki NATO.
Trump i jego polityka są też w Polsce coraz mniej popularne. Zarzut PiS, że Tusk popsuł relacje z amerykańskim przywódcą, będą trafiać w próżnię. Wielu Polaków winą za ewentualne zmniejszenie obecności amerykańskiej w Polsce obarczy raczej nieprzewidywalność Trumpa i chaos w jego administracji niż politykę Tuska.
W takich warunkach polaryzacja staje się szczególnie niebezpieczna
Jednocześnie cała sprawa pokazuje, jak nie tylko toksyczna, ale i niebezpieczna w obecnych warunkach jest dzieląca nas w Polsce polaryzacja. Wewnętrzny konflikt pozwala nas bowiem łatwo rozgrywać na arenie międzynarodowej i utrudnia wypracowywanie odpowiedzi na coraz większe wyzwania przynoszone przez nasze międzynarodowe otoczenie.
Polityczne elity nie muszą zgadzać się ze wszystkim w kwestiach polityki bezpieczeństwa czy międzynarodowej. Byłoby jednak wysoce wskazane, by poważne sprawy — a taką jest bez wątpienia obecność amerykańskich wojsk w Polsce — nie były wykorzystywane do najbardziej prymitywnej partyjnej młócki. Nie możemy niestety wykluczyć, że w nieodległej przyszłości będziemy musieli szukać rozwiązań bezpieczeństwa Polski w warunkach coraz mniejszego zaangażowania Stanów w naszym regionie. Nie da się poważnie o tym rozmawiać, gdy jedna strona ma do powiedzenia tylko „to wszystko wina Tuska!”.