W połowie grudnia 1975 r. jest to temat numer jeden w kolejkach przed warszawskimi sklepami. Kobiety stojące od świtu po rąbankę i jajka umilają sobie czas opowiadaniem, jak luksusowo żyli ci, którzy jeszcze przed świętami usiądą w ławie oskarżonych.
Stolica zieje nienawiścią do złotogłowych, co znajduje wyraz w listach do redakcji „Expressu Wieczornego”. To dziennikarze nazwali tak złośliwie oskarżonych, w analogii do modnego wówczas socjologicznego określenia amerykańskich intelektualistów jako jajogłowych.
Na mieście opowiada się o czerwonym BMW, którym do niedawna jeździła osadzona w areszcie żona głównego oskarżonego Witolda M. O jej szubie z szynszyli, opisanej w „Życiu Warszawy”, jako siódme futro Europy. Awanturze, jaką ta kobieta wywołała na swym przyjęciu urodzinowym, gdy dostała od męża pierścionek z dużym brylantem. Rzucając biżuterię na podłogę wysyczała: — Takie badziewie daje się służbie, a nie ukochanej kobiecie!
Kolejka podnieca się plotkami o hazardowych nocach przemytników, spędzanych przy zielonym stoliku w utajnionych klubach, gdzie za jednym posiedzeniem można stracić pół miliona złotych.
Kiedy ruszy proces, dziennikarze napiszą, że Danuta i Witold M., wykupywali całą widownię, żeby podczas oglądania filmu mieć tylko dla siebie salę kinową. A gdy chcieli popływać po Zalewie Zegrzyńskim, wynajmowali cały statek.
Amfora majolikowa i zegary kominkowe zabezpieczone w sprawie Witolda Mętlewicza
Foto: fot. archiwa AIPN
Mafijna paczka
Oskarżonych jest dziesięcioro. Najważniejsi z nich: Witold M. Syn przedwojennego właściciela reprezentacyjnego w Warszawie hotelu, od 1945 r. prowadzącego antykwariat. Zaopatrywał się w nim ambasador USA, ale też minister Bezpieczeństwa Publicznego, gdy chciał zawieźć Stalinowi do Moskwy srebrną paterę.
Oskarżony to podporucznik Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego. Po wojnie najpierw pomagał ojcu w prowadzeniu antykwariatu, potem otworzył szwalnię bielizny i krawatów. To oficjalne CV.
Prokurator wie więcej. Głównym źródłem dochodów M. od 20 lat jest przemyt dolarów i wysyłka do Wiednia ocalałych po wojnie cennych dzieł sztuki. Aby wyjechać na Zachód, oskarżonemu potrzebny jest paszport, który leży w szafie MSW. W siedzibie organów ścigania nie jest tajemnicą, że Witold M. od 1964 r. współpracuje z bezpieką, jest zarejestrowany jako kontakt służbowy „Witold”. Za donoszenie na pochodzącego z Polski wiedeńskiego antykwariusza B., który skupuje z kraju nad Wisłą cenne dzieła sztuki, M. może bezkarnie uprawiać szmuglowanie dziedzictwa narodowego. Interes polega na tym, że wywożone z Polski stare obrazy, meble i porcelana, są wymieniane w Wiedniu na złoto, które w stosunku do dolara jest tam dużo tańsze. Sztabki cennego kruszcu po wwiezieniu do kraju zamieniane są na „zielone”, za które przemytnicy kupują następne antyki, przeznaczone na szmugiel.
Razem z M. trafia do aresztu jego żona Danuta, jako że opływa w nielegalnie zdobyte luksusy. Kolejny oskarżony to były ksiądz Leon D. Kiedy został dyrektorem właśnie tworzonego muzeum diecezjalnego w Łodzi, wykorzystał tę funkcje do szukania eksponatów w całej Polsce. Cenne dzieła kupował za grosze lub wyłudzał od wiernych, nieświadomych wartości posiadanych przedmiotów. Nie chodziło o wzbogacenie zasobów diecezjalnego muzeum. Najcenniejsze zabytki przemycał na czarny rynek za granicą.
U oskarżonego znaleziono w czasie rewizji ponad 250 obrazów (dużo z XV-wiecznej szkoły flamandzkiej), 617 wyrobów ze srebra, 73 rzeźby i wyroby z porcelany, 124 starodruki. Biegli wycenili kolekcję na 11 mln zł.
D. działał w strukturze mafijnej. O tym, gdzie można coś „ustrzelić”, jak się wyrażał w szyfrowanych rozmowach, informował go głównie Włodzimierz Ch., starszy radca Ministerstwa Komunikacji, kryjący się pod ksywą „Szwagier z Warszawy”. Jeśli kroił się interes, ministerialny urzędnik rzucał hasło: „Jest do przeczytania książka”. Włodzimierz Ch., ważne ogniwo w przemycie na Zachód dzieł sztuki z Polski, miał za współpracownika dyrektora Polresu (zmarł w trakcie śledztwa), który korzystając z uprzywilejowanej pozycji na kolei, zajmował się przemytem ukrytych w wagonach sypialnych dzieł sztuki. W takich warunkach wysłał np. do Wiednia wazę z serwisu króla Augusta II, wartą milion ówczesnych złotych.
Podczas rewizji w mieszkaniu krewnych Włodzimierza Ch. w Bydgoszczy, znaleziono w szafie przygotowane do transportu za granicę paczki. Zawierały cenne 18-wieczne portrety oraz stare srebra.
Wywóz narodowego dziedzictwa do Wiednia w bagażu dyplomatów (co było najczęściej stosowanym sposobem) organizował Mieczysław M., tłumacz w ambasadzie Brazylii. Syn polskich chłopów, którzy w latach 30. wyjechali za chlebem do Ameryki Łacińskiej. Po wojnie 20-letni Mieczysław M. wrócił do Polski. Kręcił się przy hotelu Bristol w Warszawie, bo mieszkali tam Brazylijczycy organizujący siedzibę poselstwa. Znajomość portugalskiego otworzyła mu drogę do ambasady. Zza biurka tłumacza namówił kilku zaufanych dyplomatów do udziału w przemytniczych interesach. Biznes prosperował przez wiele lat, bo bagaże tego rodzaju urzędników nie były sprawdzane na granicy. A poza tym… nad M. trzymały parasol bezpieczeństwa tajne służby.
Na ławie oskarżonych posadzono też pierwszą żonę Witolda M., Wandę D., której restauracja w Sopocie była tylko parawanem do legalizowania dochodów z handlu złotem i obcą walutą. W przestępczym procederze gorliwie pomagał cioci jej siostrzeniec Roman M., znany nadmorski lowelas tak stroniący od wszelkiej pracy, że mówiono o nim: „ten z piaskiem w rękawach”. Jego z kolei wspierała w nielegalnych interesach kochanka Bożena L.
Starodruki i rękopisy
Foto: fot. archiwa AIPN
Akcja o kryptonimie Porządek
— Grabież narodowego dziedzictwa kultury przez oskarżonych okazała się większa, niż dokonana przez hitlerowców — stwierdził wojskowy prokurator Kazimierz Radomski, odczytując w sądzie akt oskarżenia. Na dowód oskarżyciel publiczny podał kilka liczb, które swoją wielkością poraziły publiczność.
Głównemu oskarżonemu Witoldowi M. zarzucono nielegalny wywóz z Polski dzieł sztuki o wartości co najmniej 8,6 mln zł (w roku 1975 średnia pensja to 2 tys. zł). Sam przyznał się do przeszmuglowania na Zachód 103 obrazów polskich, holenderskich i niemieckich malarzy, 22 naczyń z XVIII-wiecznej porcelany, wyrobów światowej sławy rosyjskiego jubilera Petera Carla Fabergé oraz rozprowadzenia poza kontrolą celną ponad 3 ton złota.
Księdzu Leonowi D. (potem suspendowanemu) postawiono zarzut przeszmuglowania na Zachód unikalnych dóbr kultury, wycenionych na co najmniej 10 mln zł. Padł też zarzut przemytu z Polski 16 ton złotych dwudziestodolarówek, carskich rubli i austro-węgierskich dukatów.
Włodzimierzowi Ch. zarzucono przekazanie do Wiednia dzieł sztuki za, licząc po cenach zakupu w Polsce, około 1,5 mln zł. Na Zachodzie ich rynkowa wartość urosła co najmniej trzykrotnie.
Początkiem złotego gangu była sprawa braci I., właścicieli składu karmy dla zwierząt hodowlanych w Warszawie, oskarżonych o spekulację w obrocie paszami i nielegalny handel walutami. Proceder opierał się na wykupywaniu z państwowych i spółdzielczych mieszalni tanich pasz dotowanych przez państwo, a następnie, po zafałszowaniu ich składu, sprzedaży na wolnym rynku po cenach wielokrotnie wyższych.
Ale to był tylko pretekst. Po dojściu Gierka do władzy również w MSW zmieniła się ekipa. Nowy minister Franciszek Szlachcic chciał się wykazać walką z waluciarzami. Biznes braci I. mógł być okazją do pokazowego procesu sądowego. W sierpniu 1971 r. milicja i ORMO rozpoczęły akcję o kryptonimie Porządek — miała ukrócić przemyt oraz nielegalny obrót walutą i złotem. W ramach tej operacji milicja trafiła na sopocką restauratorkę Wandę D., o której oskarżeni mówili, że handluje złotem. Początkowo kobieta usiłowała wprowadzić przesłuchujących na fałszywy trop. Twierdziła, że złoto w sztabkach dostarczał jej kuzyn Roman M.; niestety, on nie może potwierdzić, bo wyjechał na stałe do Australii. Tymczasem stroniący od jakiejkolwiek roboty jej krewny nie znalazł pieniędzy na antypodach i wkrótce wylądował na Okęciu. Doszło do konfrontacji; ciocia przyznała się do pomówienia kuzyna. Tak naprawdę, złoto dostarczał jej Witold M. Podczas rewizji znaleziono w jej mieszkaniu kilka skrytek (m.in. w specjalnie spreparowanej książce — pamiętnikach generała Montgomery’ego) na złote bransolety i sztabki z tego kruszcu. Oskarżona przyznała się, że pozostałe złoto — w sumie 1285 kg — poutykała w różnych punktach na mieście.
Kiedy oficer śledczy przeczytał odmawiającemu wyjaśnień Witoldowi M. zeznania Wandy D., podejrzany milczał. Ale gdy się dowiedział o aresztowaniu byłej pierwszej żony, poszedł prokuratorowi na rękę. Ujawnił mechanizm penetrowania Polski pod kątem cennych dzieł sztuki, wskazał drogę ich przemytu i orientacyjnie podał, ile można na tym zarobić. Protokół z przesłuchania miał 600 stron maszynopisu.
Z Bolkiem na ty
W Wiedniu głównym odbiorcą cennego towaru był antykwariusz Czesław B. Żyd z pochodzenia, nowe nazwisko przybrał w czasie hitlerowskiej okupacji. Wtedy też zdecydował się na operację plastyczną twarzy. Zaraz po wojnie został zastępcą kierownika wydziału kwaterunkowego w Warszawie, co umożliwiło mu szybkie wzbogacenie się z łapówek. Część tych pieniędzy przeznaczył na postawienie willi koło skoczni narciarskiej na Mokotowie.
Po stracie posady w kwaterunku otrzymał jeszcze lepszą — rzeczoznawcy dzieł sztuki w państwowym komisie z antykami przy ul. Marszałkowskiej. Podlegał mu też antykwariat na rogu Brackiej i pl. Trzech Krzyży, gdzie pracował brat Witolda M., Tomasz. Zaprzyjaźnili się. W 1960 r. B. wyjechał legalnie z Polski do Wiednia i otworzył tam duży antykwariat. Sam przekraczał granicę tylko z walizką. Podążająca za nim żona wywiozła dwa wagony dzieł sztuki i antycznych mebli oraz złotą biżuterię odkupioną z zyskiem od emigrantów żydowskich, którzy po 1956 r. jechali przez Polskę do Izraela. Na granicy celnej kobieta pokazała kupione zezwolenie Urzędu Konserwatorskiego. Miała je dzięki kontaktom męża z wojewódzkimi konserwatorami zabytków, którzy w zakresie wydawania stosownych zezwoleń dysponowali niemal nieograniczonymi uprawnieniami.
Jak twierdzili przesłuchiwani w śledztwie oskarżeni, Czesław B. wywiózł z Polski co najmniej 100 cennych obrazów, a także część sławnego serwisu łabędziego, wykonanego w 1737 r. w jednym egzemplarzu w manufakturze miśnieńskiej dla królewskiego ministra Henryka Brühla. Po opuszczeniu kraju również przez Tomasza M. zorganizowaniem dopływu wartościowych rzeczy dla B. zajmował się jego brat Witold.
W Polsce M. został bossem przemytniczej mafii. Wydłużył łańcuch rodzimych pośredników, ciągnących zyski z odsprzedaży złota, nabywanego jako lokata. Procederem objął brazylijskich dyplomatów w randze cudzoziemskich kurierów. Nie gardził też wspólnikami z półświatka, takimi jak cinkciarze, krążący po Bazarze Różyckiego z dolarowymi dwudziestkami.
Prokurator miał okazję poznać bliżej tych tuzów czarnego rynku. Sędziwy już waluciarz „Bolek”, dla urzędu pracy kelner, chwalił się, że po dźwięku i barwie odróżni fałszywą złotą monetę od prawdziwej, a także jej pochodzenie: ze Szwajcarii, z Ameryki Południowej lub z prywatnego banku Rotschilda.
Nikomu nie ufaj
Kodeks karny z 1969 r. przewidywał za wielką aferę dewizową więzienie od 8 do 25 lat i astronomiczne grzywny. Wobec takiej perspektywy wystraszeni aresztowani podjęli współpracę z organami ścigania. Bez oporów sypali w śledztwie członków gangu. W czasie konfrontacji często dochodziło do ostrych spięć, wyzwisk, bo podejrzani dowiadywali się, że nie tylko sprzedawali podróbki, ale i byli oszukiwani przez wspólników.
Szczególny talent w produkowaniu falsyfikatów miał były ksiądz Leon D. Dzieła rzekomego Rembrandta sporządzał, przyciemniając falsyfikaty syropem na kaszel. W śledztwie chwalił się swym talentem:
— Podrobiony obraz „Kąpiące się kobiety” szwedzkiego malarza portrecisty Andersa Zorna (1860-1920) sprzedałem wysoko się ceniącemu ginekologowi, który potraktował to płótno jako lokatę kapitału!.
Jeśli klient był szczególnie nieufny, mafia przedstawiała mu certyfikat. W tym celu wykorzystywano podpisane in blanco, a pozostawione w testamencie atesty pewnego profesora z Krakowa, rzeczoznawcy dzieł sztuki.
Największym sukcesem duchownego było spieniężenie za granicą fałszywki obrazu francuskiego impresjonisty Edgara Degasa. Oskarżony uraczył tą anegdotyczną historią sądową publiczność. — Na pytanie kolekcjonera, jak to możliwe, że ksiądz z Łodzi posiada dzieło tak znanego malarza, które nie widnieje w żadnych katalogach, odpowiedziałem bez mrugnięcia powieką, że jestem krewnym Degasa, ale z powodów politycznych musiałem spolszczyć nazwisko, zmieniając w nim jedną literkę.
Inny członek mafii Jan T., z zawodu ślusarz, specjalizował się w produkcji antycznych sreber. Miał do tego świetne narzędzia — zostawione mu w spadku przez wytrawnego fałszerza o ksywie „Senator” imitacje XVIII-wiecznych puncy do znakowania sreber. Potrafił też bardzo udanie podrobić złote koszulki rzekomo XVI-wiecznych ikon.
Podczas śledztwa członków mafii szczególnie bulwersowało, że niekiedy sami byli ofiarami oszustw kompanów.
Na przykład Witold M. kupił do spółki z innym handlarzem Janem T. (również oskarżonym), XVI-wieczną rzeźbę Madonny za 160 tys. zł. O takiej cenie mówił jego partner w interesach. W śledztwie wyszło, że tak naprawdę dzieło kosztowało 100 tys. zł.
Leon D. nabrał Włodzimierza Ch. na rzekome płótno Rembrandta za 2 mln zł. Kiedy kazano mu rozpoznać wyłożone na biurku prokuratora falsyfikaty własnej produkcji, polecane szefowi mafii jako oryginały, zasłonił się przytępieniem w areszcie pamięci.
Pokajanie się
W grudniu 1975 r. na ławę oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Warszawie doprowadzono 10 złotogłowych. Brakowało Czesława B., któremu organy ścigania nie zdołały niczego udowodnić ani też namówić go do współpracy. Oficerowie SB usiłowali podejść antykwariusza, pokazując mu podrobione oświadczenia czterech głównych aresztantów, upoważniające B. do przekazania polskim władzom haseł ich szwajcarskich rachunków bankowych. B. nie tylko odmówił, ale opowiedział o tej ofercie dziennikarzowi tygodnika „Der Spiegel”, co zostało potem opublikowane na łamach wydawanej w Polsce „Polityki”.
Nie stanął też przed sądem Roberto Chalu P., sekretarz w ambasadzie Brazylii, choć z wyjaśnień Witolda M. było wiadomo, że przerzucił przez granicę 1,1 tony złota. Za transport swoim Dodge’em, w którym potrafił ukryć 150 kg tego kruszcu, brał 15 proc. prowizji.
Dyplomatów brazylijskich w Warszawie chroniły immunitety. Jednakże w 1975 r. prezydent Brazylii powołał komisję śledczą do zbadania udziału pracowników warszawskiej ambasady w przemycie dzieł sztuki. Oskarżeni zostali wydaleni z dyplomacji.
— Jak można było dopuścić do takiego zmarnowania narodowego dziedzictwa! — oburzali się wezwani na świadków tzw. bezeci, czyli właściciele znacjonalizowanych majątków, którzy po wojnie z powodów materialnych wyzbywali się swych ukrytych przed władzami dzieł sztuki.
Nie znaleźli zrozumienia u przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości.
— Czy naprawdę świadek, tak wykształcony, z herbem w nazwisku, nie domyślał się, pertraktując z handlarzem dziełami sztuki, jaki będzie los pokątnie sprzedawanego zabytku? — pytał sędzia.
Oskarżeni przedstawiali się jako koneserzy sztuki. Kupowali kolekcjonerskie unikaty, bo jak tłumaczyli, mierzi ich pospolitość, chcieli się otaczać pięknymi rzeczami. Jedna z podsądnych w czasie przerwy w rozprawie oburzyła się, że herbatę do popicia lekarstwa konwojentka przyniosła jej w blaszanym kubku. „Jakby nie można było w porcelanowym!”. Dzieła sztuki wywozili za granicę z powodu życia w ubóstwie, ale obchodzili się z narodowym dziedzictwem pieczołowicie, starodruki czy wiekowe obrazy wkładali do samochodu brazylijskiego dyplomaty w białych rękawiczkach.
Kajali się, że gromadzili złoto, ale dzięki temu mogli żyć jak na Zachodzie, choć wokół było tak siermiężnie. Witold M. ten inny świat zobaczył, kiedy pierwszy raz wyjechał do Wiednia, zaproszony przez Czesława B.
— Jadłem z gospodarzem w najlepszych restauracjach. Gdy wchodziłem, orkiestra dla mnie grała „Czerwone maki”. Czesław podarował mi samochód. Przed wyjazdem zapytałem, jak się mogę zrewanżować. Usłyszałem, że drobnostką — mam się zgłosić do kilku osób w Krakowie i je pozdrowić. Podczas następnej wizyty B. sporządził listę przedmiotów, które kupię mu w Polsce. Były to XVI-wieczne rzeźby, obraz Wyczółkowskiego i porcelana miśnieńska. Rzeczy miałem dobrze schować i czekać na okazję wysyłki do Wiednia.
Włodzimierz Ch., przyznając się do zarzucanych mu czynów, tłumaczył, że wciągnął się w hazard, bo skusiło go, że nie ponosił kosztów. Jako pracownik resortu kolei miał bezpłatne bilety na przejazdy, mógł więc przeszukiwać salony i strychy w całej Polsce.
Leon D. usprawiedliwiał się amokiem kolekcjonera. — Na początku — wyjaśniał — naprawdę szukałem eksponatów do muzeum diecezjalnego. Na złą drogę sprowadził mnie Włodek. Teraz myślę, że był to diabeł w ludzkiej postaci.
W głębokiej ciszy na sali rozpraw oskarżony opowiedział dziwną historię: Siedział na ławce przy kościele w Pabianicach, gdy podszedł do niego starszy zaniedbany mężczyzna w płaszczu wypuczonym na plecach widocznym garbem. Zapytał, czy jako duchowny mógłby mu ułatwić spotkanie z księdzem Leonem D. Kiedy D. potwierdził swoją tożsamość, nieznajomy opowiedział o sobie. Miał duży majątek, ale wojna, a potem komuniści wszystko mu zabrali. Pozostał tylko herb. Przez sentyment do młodości mimo nędzy, w jaką popadł, szuka w przebraniu (w rzeczywistości nie był garbaty) drobiazgów z dawnych dworów i pałaców. Zapytał, czy może ksiądz wie, gdzie można jeszcze coś znaleźć.
Podczas następnego spotkania Włodzimierz Ch., bo to on był rzekomym nędzarzem, wyznał, że jest radcą w Ministerstwie Komunikacji. A jeździ po plebaniach, bo gromadzi dzieła sztuki. Przekonał księdza, że może się na tym szybko dorobić.
Zagrajcie „Czerwone maki…”
Po ponad roku toczącego się procesu przyszedł czas na mowy adwokatów. Żaden nie odważył się kwestionować restrykcyjności ustawy dewizowej — obrońcy skupili się na sugestiach, że na sali brakuje osoby, dla której podsądni wyciągali kasztany z ognia. — Ten człowiek mieszka bezpiecznie za granicą i podczas konsumowania homarów w restauracji każe, aby mu grali „Czerwone maki piły polską krew” — powiedział z oburzeniem jeden z obrońców.
Witold M. w ostatnim słowie przerywanym łkaniem przedstawił psychologiczną analizę swego postępowania: — Ostatnio dużo się zastanawiałem nad tym, dlaczego zostałem przestępcą. Znalazłem odpowiedź. Pierwszym powodem, jak już wyjaśniałem, było olśnienie warunkami życia na Zachodzie. Pragnąłem też zaimponować żonie, którą kochając bezmiernie, chciałem otoczyć wszelkimi luksusami. Poza tym — może zabrzmi to paradoksalnie, ale jestem przekonany, że do przestępstwa doprowadziła mnie moja uczciwość. Wszyscy prosili o przysługę w niedozwolonych transferach, a ja nie potrafiłem odmówić. I wciągnęło mnie. Po 20 latach stałem się hazardzistą, wysoki sądzie. Chciałem grać do końca.
Ksiądz przed sądem teatralnie dramatyzował: — Dziś jestem jak rozdarta sosna! — krzyknął — ja, kolekcjoner pięknych rzeczy, dałem się wplątać w nieprawdopodobnie brudną aferę. Obrót złotem i dewizami to było dla mnie tylko uboczne zajęcie. Nie myślałem o zysku z podrabiania obrazów; takie żmudne zajęcie traktowałem jako ćwiczenie ręki.
Pozostali oskarżeni niewiele mogli powiedzieć, bo dusił ich szloch.
Wyrok ogłoszono tuż przed Wigilią 1976 r. Witolda M. i Mieczysława M. sąd skazał na kary po 25 lat więzienia i milionie grzywny. Ich żony usłyszały kilkuletnie wyroki. Pozostali handlarze złotem, dewizami i dziełami sztuki poszli za kraty na 9 i 12 lat. Sąd skonfiskował członkom gangu majątek wyceniony na ćwierć miliarda złotych.
Wiedeński antykwariusz B. niczego ze swej kolekcji nie oddał. Nie zdołano mu udowodnić, że handlował dziełami sztuki z przemytu. Nie udało się też zarekwirować większości zbiorów Leona D., zgromadzonych na plebanii w Łodzi. Kiedy jego partnerka życiowa z ich córką dowiedziały się, że nagle zmarł proboszcz, jeszcze tej nocy otworzyły plebanię, a w niej sejf. Do rana wszystkie obrazy oraz złoto zostały wywiezione.
Żaden ze złotogłowych nie odsiedział wyroku do końca. Witold M. wyszedł na warunkowe zwolnienie po 12 latach. Nie miał możliwości odbudowania swej materialnej potęgi. Bezpowrotnie stracił willę przy ul. Łowickiej na warszawskim Mokotowie. Po konfiskacie mienia luksusowo wyposażony dom przejął skarb państwa i następnie oddał ówczesnemu wiceministrowi MSW Mirosławowi Milewskiemu. Po ujawnieniu afery „Żelazo” jesienią 1990 r. odwołany ze stanowiska generał musiał się z willi wyprowadzić.
Przepadły też po zarekwirowaniu przez MSW drogie zagraniczne samochody głównych skazanych. Skonfiskowane złoto i waluty przejął Narodowy Bank Polski. Dla nagłośnienia determinacji prokuratury w ściganiu dewizowych przestępców okradających państwo, w Muzeum Narodowym urządzono wystawę „Dzieła sztuki odzyskane dla kultury narodowej przez SB i MO”. Obok płócien Józefa Chełmońskiego, Józefa Brandta, Alfreda Wierusz-Kowalskiego, Aleksandra Gierymskiego, Henryka Siemiradzkiego, Juliana Fałata, pokazano XVII-wieczne srebra i miśnieńską porcelanę. Po zamknięciu ekspozycji komisja rządowa rozparcelowała obrazy i precjoza do gabinetów ministrów i funkcyjnych działaczy partyjnych wysokiego szczebla. Drobniejsze eksponaty, zwłaszcza biżuterię, przywłaszczyli zaangażowani w proces funkcjonariusze MSW.




