Serial pt. „Zbigniew Ziobro ucieka” dostarcza kolejnych zwrotów akcji. Wyjazd byłego ministra do USA grozi realnymi konsekwencjami: od kłopotów PiS po napięcia w relacjach Warszawy z Waszyngtonem. Prawicy pozostaje teraz przekazać prywatnymi kanałami swoim amerykańskim kontaktom, że nie oczekuje wobec Ziobry żadnego specjalnego traktowania. Wyjdzie to wszystkim na dobre.
Przez lata Ziobro kreował się na polskiego „Brudnego Harry’ego”: twardego szeryfa, gotowego w pojedynkę stawić czoła przestępcom, niczym Gary Cooper w „W samo południe”. Tymczasem kolejna ucieczka — tym razem za ocean — brutalnie konfrontuje ten wizerunek z rzeczywistością. W oczach wielu, także części elektoratu prawicy, cała historia ma gorzki wydźwięk i prowokuje komentarze, że mit nieugiętego twardziela rozsypał się przy pierwszym poważnym zagrożeniu.
Poza warstwą wizerunkową i nieuchronnym efektem ośmieszenia, sprawa ma jednak wymiar znacznie poważniejszy. Jeśli Ziobro zdecyduje się pozostać w Stanach Zjednoczonych na dłużej, jego nieobecność może mieć realne konsekwencje polityczne — zarówno dla obecnego rządu, jak i dla Prawa i Sprawiedliwości, największej partii opozycyjnej.
Ziobro może stać się problemem w relacjach z administracją Trumpa
Z punktu widzenia rządu największym ryzykiem jest dziś to, że sprawa Zbigniewa Ziobry stanie się czynnikiem poważnie psującym relacje z administracją Donalda Trumpa. Odmowa wydania byłego ministra polskim władzom byłaby bowiem czytelnym sygnałem, że Waszyngton nie ufa polskiemu wymiarowi sprawiedliwości i skłonny jest przyjąć narrację środowiska Suwerennej Polski o „dyktaturze Tuska”, w której Ziobro rzekomo nie miałby szans na uczciwy proces.
Nawet jeśli taka decyzja nie zaszkodziłaby szczególnie międzynarodowej opinii o Polsce w Unii Europejskiej — europejskie stolice nie mają bowiem najmniejszej ochoty przyjmować lekcji praworządności od administracji Trumpa — to udzielenie Ziobrze jakiejkolwiek formy ochrony czy azylu byłoby aktem jednoznacznie wrogim wobec obecnego rządu. Taki krok musiałby położyć się długim cieniem na całokształcie relacji polsko‑amerykańskich i znacząco utrudnić współpracę Warszawy z Waszyngtonem.
Rząd nie może Ziobrze po prostu odpuścić. Musi zabiegać o jego sprowadzenie do Polski, nawet jeśli oznacza to dalsze komplikowanie relacji z Waszyngtonem. Każdy kolejny formalny krok w tej sprawie może bowiem pogłębiać napięcia z administracją Trumpa. Ta nie słynie wprawdzie z intelektualnej konsekwencji, ale prędzej czy później może paść pytanie zasadnicze: jak ma wyglądać sojusz i współpraca w zakresie bezpieczeństwa z krajem, którego wymiar sprawiedliwości nie jest postrzegany jako wiarygodny i praworządny?
Innymi słowy, ucieczka Ziobry może uruchomić procesy prowadzące do tego, czego dotąd — z trudem — udawało się uniknąć: realnego pogorszenia relacji polsko‑amerykańskich na szczeblu rządowym. A wszystko to nie z powodów geopolitycznych, lecz na skutek wewnętrznego sporu politycznego w Polsce i szczególnej bliskości jednej z jego stron z obecną administracją w Waszyngtonie. Tymczasem, mimo wszystkich problemów, jakie niesie dla Polski prezydentura Trumpa, w kwestiach bezpieczeństwa wciąż potrzebujemy sprawnej i możliwie dobrej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi.
Wciąż nie wiemy, na jakim poziomie politycznym Ziobro negocjował swój wyjazd do USA ani czy w rozmowach uczestniczyły kluczowe osoby z Prawa i Sprawiedliwości bądź z Kancelarii Prezydenta. Od odpowiedzi na te pytania może jednak zależeć nie tylko przyszłość samego Ziobry za oceanem, lecz także skala politycznych konsekwencji, jakie jego decyzja przyniesie Polsce.
Dla PiS to też koszmar
ednocześnie Ziobro ukrywający się gdzieś na Florydzie i nagrywający spod palm kolejne filmiki o „dyktaturze Tuska” to scenariusz koszmarny także dla Prawa i Sprawiedliwości. Najtwardszy elektorat być może okaże byłemu ministrowi zrozumienie, ale dla wszystkich pozostałych wyborców będzie to obraz niesmaczny i kompromitujący.
Tym bardziej że Ziobro — podobnie jak jego partyjny kolega Marcin Romanowski — należy do wąskiego grona polityków, którzy wybrali ucieczkę zamiast konfrontacji z sądem. Pozostali, nawet jeśli kwestionują zarzuty, bronią swoich racji w ramach obowiązujących procedur. Na tym tle nawet Mateusz Morawiecki, który w sprawie organizacji wyborów kopertowych zrezygnował z immunitetu i zdecydował się odpowiadać przed sądem, wypada na polityka respektującego reguły gry. Kontrast między nimi jest dla Ziobry wyjątkowo niekorzystny.
Ziobro za oceanem skleja Prawo i Sprawiedliwość ze skrajnie niepopularnym Trumpem i ciągnie partię w dół. Utrudnia przejście do jakiejkolwiek programowej ofensywy — opowiadania własnej, spójnej narracji o przyszłości, zmianach istotnych dla zwykłych ludzi i wizji Polski po 2027 roku. Zamiast tego PiS zostaje zmuszony do obrony jednego z najbardziej nieufnie postrzeganych polityków w kraju, od lat regularnie zajmującego czołowe miejsca w rankingach społecznej niechęci.
W efekcie, dzięki wyczynom Ziobry, partia nie mówi o przyszłości, lecz wciąż tłumaczy się z afer, decyzji i stylu rządzenia z lat 2015–2023. To problem tym większy, że PiS ma dziś po swojej prawej stronie dwie konkurencyjne formacje, nieobciążone bagażem ośmiu lat władzy i asociacjami z dawnymi skandalami.
Kolejny kłopot pojawi się przy układaniu list wyborczych. Usunięcie Ziobry oznaczałoby de facto przyznanie racji rządowi Tuska, że z byłym ministrem sprawiedliwości są poważne problemy. Pozostawienie go na listach uruchamiałoby z kolei następną farsę: „Zbigniew Ziobro prowadzi korespondencyjną kampanię zza oceanu”. Taki scenariusz ciągnąłby całą kampanijną komunikację PiS w dół i dawał rządowi idealny argument: „głosujcie na nas, albo wróci PiS i odda kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości politykowi, który ukrywa się przed nim za granicą”.
PiS i prezydent mają szansę zachować się propaństwowo
Jak każdy doświadczony i długo obecny w polityce gracz, Jarosław Kaczyński popełnił wiele błędów. Niewycięcie Zbigniewa Ziobry przed wyborami w 2019 roku było jednym z najpoważniejszych — i jego środowisko do dziś płaci za to wysoką cenę.
Co więc można dziś zrobić z byłym ministrem sprawiedliwości? Paradoksalnie pewną szansę, by zachować się propaństwowo, a jednocześnie zgodnie z własnym interesem, mają zarówno prezydent, jak i PiS — o ile wcześniej nie lobbowali po cichu u Amerykanów na rzecz ochrony czy azylu dla Ziobry. Nikt nie oczekuje, by partia czy prezydent publicznie odcinali się od byłego lidera Suwerennej Polski: byłoby to politycznie niewyobrażalne. Mogą jednak, bez zmiany retoryki na użytek wewnętrzny, przekazać prywatnymi kanałami jasny sygnał swoim amerykańskim kontaktom, że polska prawica nie oczekuje wobec Ziobry żadnego specjalnego traktowania i że nie stanie się tragedia, jeśli zostanie on odesłany do Polski. Ewentualnie — jeśli Amerykanie uznają to za wygodniejsze — że mogą pozwolić mu wcześniej wyjechać do kraju, w którym jego obecność nie będzie tak politycznie problematyczna jak w Stanach Zjednoczonych, choćby do Serbii czy Argentyny.
Tego wymagałoby dobro relacji polsko‑amerykańskich, których nie warto niszczyć na poziomie międzyrządowym po to, by ratować Ziobrze skórę i dodatkowo eskalować wewnętrzny konflikt polityczny. Z punktu widzenia samego PiS Ziobro w polskim areszcie byłby zresztą znacznie mniejszym problemem niż Ziobro za oceanem. Konieczność jego obrony wciąż obciążałaby partię i odciągała ją od prezentowania własnej wizji przyszłości, ale polityk zmagający się z problemami zdrowotnymi, walczący o swoje dobre imię przed sądami w kraju, mógłby budzić przynajmniej pewną dozę współczucia, a nawet szacunku. Tego nie da się powiedzieć o polityku ukrywającym się w Stanach Zjednoczonych i atakującym polskie państwo z bezpiecznej odległości.
Ta opcja byłaby korzystniejsza także dla rządu, dla którego Ziobro w USA pozostaje stałym źródłem napięć i komplikacji w relacjach z Waszyngtonem. Choć oczywiście, gdyby były minister wybrał kraj, z którym Polska nie wiąże strategicznych interesów, rząd również mógłby odetchnąć — i z satysfakcją przez kolejne lata wypominać PiS Ziobrę w Belgradzie czy Buenos Aires.

