Close Menu
  • Aktualności
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Biznes
  • Polityka
  • Nauka
  • Sport
  • Klimat
  • Zdrowie
  • Wybór Redaktora
  • Komunikat Prasowy
Modne Teraz
Komary nie lecą na ślepo. Znaczenie ma kolor i miejsce na ciele

Komary nie lecą na ślepo. Znaczenie ma kolor i miejsce na ciele

4 maja, 2026
Dlaczego rododendron ma żółte liście i jak im pomóc?

Dlaczego rododendron ma żółte liście i jak im pomóc?

4 maja, 2026
Karol Nawrocki rozmawiał z prezydentem Trumpem. Komunikat KPRP

Karol Nawrocki rozmawiał z prezydentem Trumpem. Komunikat KPRP

4 maja, 2026
Nowy system zbierania deszczówki. Holendrzy wpadli na genialny pomysł

Nowy system zbierania deszczówki. Holendrzy wpadli na genialny pomysł

3 maja, 2026
Iran ujawnia w sprawie negocjacji z USA. „Dostaliśmy odpowiedź”

Iran ujawnia w sprawie negocjacji z USA. „Dostaliśmy odpowiedź”

3 maja, 2026
Facebook X (Twitter) Instagram
Popularność
  • Komary nie lecą na ślepo. Znaczenie ma kolor i miejsce na ciele
  • Dlaczego rododendron ma żółte liście i jak im pomóc?
  • Karol Nawrocki rozmawiał z prezydentem Trumpem. Komunikat KPRP
  • Nowy system zbierania deszczówki. Holendrzy wpadli na genialny pomysł
  • Iran ujawnia w sprawie negocjacji z USA. „Dostaliśmy odpowiedź”
  • Trutka na szczury w słoikach dla niemowląt. Trafiły do kilku krajów Europy
  • Gliwice, pożar w fabryce drutu. Kłęby dymu nad miastem
  • Kwiat, który kwitnie nocą. Tytoń oskrzydlony hitem ogrodników
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
  • Skontaktuj się z nami
Historie Internetowe
Razy DzisiajRazy Dzisiaj
Biuletyn Zaloguj Sie
  • Aktualności
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Biznes
  • Polityka
  • Nauka
  • Sport
  • Klimat
  • Zdrowie
  • Wybór Redaktora
  • Komunikat Prasowy
Razy DzisiajRazy Dzisiaj
Strona Główna » Mali robotnicy byli wykorzystywani wszędzie. „Wyrastali z nich schorowani dorośli”
Mali robotnicy byli wykorzystywani wszędzie. „Wyrastali z nich schorowani dorośli”
Aktualności

Mali robotnicy byli wykorzystywani wszędzie. „Wyrastali z nich schorowani dorośli”

Pokój WiadomościPrzez Pokój Wiadomości12 czerwca, 2025

Szkoła to często była fanaberia albo krótka droga do tego, by posiąść podstawową umiejętność pisania i czytania. A potem dziecko miało wrócić do swoich obowiązków – mówi Magdalena Kopeć, pisarka, autorka książki „Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy. Prawda o naszych korzeniach”.

„Newsweek”: Co było najtrudniejsze w opisywaniu historii dzieci zmuszonych do pracy?

Magdalena Kopeć*: – Zdecydowanie najtrudniejsze były historie o prostytucji dziecięcej i o wypadkach przy pracy. Nie da się przejść obok tego obojętnie. Niby wypracowałam umiejętność pewnego dystansowania się, a i tak czytając te najbardziej dramatyczne historie bezwiednie wizualizowałam sobie dzieci, które znam. Dzieci z mojej rodziny, także moje własne. I to było straszne, czasem nawet blokujące. A przecież musiałam napisać o tym wszystkim – z dystansem, ale zachowując istotę informacji, które udało mi się znaleźć. Musiałam napisać tak, by nie zrobić z tego taniej sensacji, bo to jest bardzo chwytliwy temat i łatwo o manipulację.

Czy dla rodziców w latach 30. XX wieku decyzja, by posłać dziecko do pracy, była naturalna? Czy jednak obarczona poczuciem, że miejsce dziecka jest w szkolnej ławce?

– Mogę tylko gdybać, ale mam poczucie, że i jedno, i drugie. Ci ludzie musieli sobie jakoś radzić, bo mieli taką, a nie inną sytuację finansową, żyli w takich, a nie innych czasach. Mnóstwo dzieci pracowało, taka była rzeczywistość, nawet pewna norma w niektórych środowiskach. Szkoła to często była fanaberia albo krótka droga do tego, by posiąść podstawową umiejętność pisania i czytania. A potem dziecko miało wrócić do swoich obowiązków. Rodzice nie bardzo mieli wyjście, bo nie chodziło nawet o to, żeby dzięki pracy kolejnego członka rodziny podnieść poziom życia.

Tylko o co?

– O zapewnienie bardzo podstawowych potrzeb. I to widać szczególnie na wsi, kiedy dziecko zostaje oddane na służbę do innego gospodarza nie po to, żeby zarobić, tylko po to, żeby w ogóle mogło przeżyć. Bo tam dostanie jeść, dostanie ubranie i dach nad głową. A w domu już mógł być z tym problem. Więc to bywały naprawdę tragiczne wybory. W tych warstwach społecznych, o których piszę, praca dzieci była czymś normalnym, co nie znaczy, że rodzice mieli znieczulicę i było im wszystko jedno. W mojej książce jest wspomnienie ojca, który się żali, jak mu było trudno patrzeć na biedę dzieci. Więc to nie jest tak, że te dzieci były wysyłane do pracy bez żadnych emocji czy refleksji. Po prostu nie było wielkiego wyboru.

Gdzie najczęściej pracowały?

– W moich źródłach najwięcej było opowieści o dzieciach pracujących we włókiennictwie. Korzystałam w dużej mierze ze zbiorów Etnograficznego Archiwum im. Bronisławy Kopczyńskiej-Jaworskiej w Łodzi, a w Łodzi przecież przed wojną królowało włókiennictwo i ten rozwijający się przemysł zasysał robotników, w tym tych najmłodszych, ze wsi i miast. Pracowali w przędzalniach, farbiarniach i na halach. Bardzo dużo dzieci pracowało też w przemyśle tytoniowym, szczególnie w Białymstoku, bo tam w okresie międzywojennym rozwijała się ta gałąź przemysłu. Dziewczynki często zajmowały się rzemiosłem, np. krawiectwem, pracowały w szlifierniach srebra, luster, przy produkcji grzebieni. Z kolei chłopcy byli zatrudniani w cięższych branżach przemysłu: hutnictwie, przy produkcji szkła. Musieli to szkło przynosić, odnosić, wkładać do pieca, studzić. Pracowali też w szlifierniach i wszędzie tam, gdzie produkowano wyroby metalowe. I w zasadzie w każdym rodzaju rzemiosła z tamtego okresu, począwszy od szewców, przez warsztaty produkujące naczynia, na drukarniach kończąc. Mali robotnicy byli wykorzystywani wszędzie.

Czy ktokolwiek dawał im ulgową taryfę? Czy w ogóle poruszano publicznie kwestię, że to jest praca ponad siły dziecka?

– Niektóre z dorosłych osób, które pracowały w tych fabrykach i nimi zarządzały, widziały w dzieciach tylko siłę roboczą i w ogóle się nad tym nie zastanawiały. Ale myślę, że byli też ludzie, którzy widzieli problem. Nie ma o nich śladów w źródłach, ale na pewno tacy byli. Ślady zostawili tylko ci, którzy zaczęli z tym problemem walczyć czy mówić o nim głośno: w prasie, w wystąpieniach publicznych, na spotkaniach politycznych. Ale wydaje mi się, że byli też ludzie na niższych szczeblach, którzy zdawali sobie sprawę z sytuacji dzieci, tylko w tamtych warunkach niewiele mogli zrobić. Jeżeli dziecko trafiało do fabryki i miało nad sobą jakiegoś majstra, to jeden potrafił dać w twarz, ale inny chciał je czegoś nauczyć. I próbował je nie tyle uchronić przed ciężką pracą, ile znaleźć mu miejsce, gdzie mogłoby pracować w miarę bezpiecznie. Gdy dziecko trafiło do mistrza, rzemieślnika, który je wykorzystywał, to zdarzało się, że uciekało. Ale jak trafiło do kogoś, kto je w miarę dobrze traktował, po prostu wykonywało swoją pracę.

Co taka praca ponad siły robiła z tymi dziećmi? Jak wpływała na ich zdrowie i przyszłe życie?

– Odsuwając na bok kwestie psychologiczne czy emocjonalne, bo to są w tej chwili elementy nie do zbadania, należy powiedzieć o fizycznym wyniszczeniu młodych organizmów. To były przecież zupełnie inne warunki pracy niż te, które obecnie znamy. Nie było środków ochrony osobistej, nawet tak z dzisiejszego punktu widzenia podstawowych, jak rękawice czy maski. Mali robotnicy pochodzili z ubogich rodzin, więc nie byli świetnie odżywieni, zrelaksowani i silni. Byli słabi, drobni, niedożywieni i chudzi. Już na starcie dzieci te były zabiedzone, więc gdy jeszcze obciążono je ciężką, wielogodzinną pracą, ich zdrowie musiało ucierpieć. Badania, które prowadzono w latach 30., pokazują, że wszystkie te dzieci miały jakieś dolegliwości lub choroby. Ich organizmy nie rozwijały się właściwie. Miały problemy z kręgosłupem, z sercem, z płucami, z oczami. Już nawet nastolatki miały problemy ze słuchem.

Dlaczego ze słuchem?

– Bo pracowały po kilkanaście godzin w strasznym hałasie. To wszystko było wycieńczające i bezpośrednio wpływało na ich dalszy rozwój. Wyrastali z nich schorowani i zmęczeni dorośli.

A kiedy pojawiła się świadomość, że dzieci nie powinny pracować? Kiedy wprowadzono przepisy, które chroniły dzieci i zabraniały zatrudniania ich?

– W Polsce dopiero w okresie międzywojennym. Pierwsze przepisy, które miały dzieci chronić, ułatwić im pracę, pojawiały się już w końcu XVIII wieku w Austrii, potem w Prusach, ale były najczęściej martwe. Spotykały się z ogromnym oporem społecznym i oporem przemysłowców, więc ich nie przestrzegano. Na dodatek były różne w trzech zaborach. Potem pojawiły się wreszcie przepisy, według których dzieci poniżej pewnego wieku w ogóle nie powinny pracować. I dopiero w 1924 r. weszła w życie ta najistotniejsza ustawa o ochronie pracy młodocianych i kobiet. Kiedy odzyskaliśmy niepodległość, jedną z pierwszych rzeczy, jaka pojawiła się w dekretach państwowych, a później w konstytucji, był zapis, że dzieci mają prawo się uczyć. Wprowadzono powszechne szkolnictwo, co nie znaczy, że od razu wszystkie dzieci zyskały dostęp do edukacji. Trudno było ujednolicić przepisy na ziemiach po trzech różnych zaborach.

Dlaczego?

– Bo w Prusach mieliśmy dwa rodzaje szkół, dzieci wiejskie chodziły do sześciu oddziałów, a miejskie do siedmiu. Oczywiście, jeżeli była szkoła. Jeszcze inaczej było w zaborze austriackim, a dzieci w Królestwie Polskim w ogóle nie miały obowiązku szkolnego. Scalenie tego wszystkiego w jedno to był ogromny wysiłek logistyczny. Więc to, że już po paru latach od momentu powstania niepodległego państwa pojawia się przepis, że dzieci mają chodzić do szkoły, a nie pracować przynajmniej do pewnego wieku, to duży postęp. I to wtedy, jak sądzę, bardziej powszechne stało się myślenie, że dzieci powinny mieć jakieś dzieciństwo. Owszem, mogą pracować, ale to wszystko musi być zrównoważone.

Czy dawało się uniknąć losu małego robotnika? Zdarzały się przypadki, gdy ktoś odkrył, że dziecko jest utalentowane, więc je wysłał do szkoły i dzięki temu nie musiało pracować?

– Myślę, że były, aczkolwiek mnie nie udało się takiej historii znaleźć. Znajdowałam natomiast historie, gdzie nauczyciele oferowali rodzinie pomoc, nawet finansową, żeby dziecko, które skończyło pierwsze oddziały szkoły na wsi, poszło gdzieś dalej, bo wykazywało jakieś wyjątkowe zdolności. Niestety bardzo rzadko kończyło się to pozytywnie, bo na przykład rodzice twierdzili, że to dziecko jest bardziej potrzebne w gospodarstwie. Ma obowiązki tutaj na wsi i w rodzinie. Wyrwanie się z robotniczego czy chłopskiego świata było bardzo trudne.

Ale jednak zdarzały się takie przypadki.

– Było kilkoro dzieci, którym udało się wybić, spełnić marzenia, ale głównie dlatego, że same były bardzo zdeterminowane. Wymyśliły sobie, że będą majstrem w fabryce, mistrzem, będą mieć pod opieką ileś maszyn, będą zarządzać ludźmi, staną się kimś. I udawało im się to – wprawdzie dopiero po latach, ale się udawało.

Czy los któregoś z tych dzieciaków szczególnie panią poruszył?

– Bardzo się „przywiązałam” do pewnego Ignasia. To był chłopiec z patologicznej rodziny, nie zostało mu dane wiele w życiu. A mimo to był mocno zdeterminowany, żeby gdzieś wyjechać, coś osiągnąć. Ignaś był uzdolniony plastycznie. Najpierw pracował w fabryce pasty do butów, sklejał pudełka, później się imał różnych zawodów i w pewnym momencie zebrał pieniądze i wyjechał. Miał się udać do Wiednia i tam próbować swoich sił w jakimś zawodzie artystycznym. Zniknął. Nie wiem, co się z nim stało i czy dotarł do tego Wiednia, ale zapadł mi w pamięć. Chciałabym wiedzieć, czy mu się udało. Może zatrzymał się w jakimś miasteczku, zaczął pracować, osiadł, może tam założył rodzinę? A może przydarzyło mu się coś zupełnie innego. Czasami wydawało mi się, że pewnie coś dobrego go spotkało, a czasami miałam takie poczucie, że mogło mu się jednak nie udać, nie wyrwał się z biedy. Takie historie niewykorzystanych szans albo możliwości były dla mnie trudne. Bo te dzieci miały potencjał, a nie miały możliwości, żeby go zrealizować.

Jak długo przetrwała w Polsce kultura, która mówiła, że dziecko powinno pracować?

– Wydaje mi się, że nawet do lat 90., zwłaszcza na wsiach. Ja nie mówię, że wszystkie dzieci były obarczone pracą, bo to były już inne czasy, ale jednak wciąż funkcjonowało przekonanie, że w gospodarstwie trzeba pracować. Taka była potrzeba, taki był system i taka była rola członków rodziny, którzy w tym gospodarstwie funkcjonowali. Wszyscy mieli swoje obowiązki. Dziecko nie było z nich zwolnione. Więc jeżeli wracało ze szkoły, odrobiło lekcje, to najczęściej szło do pracy w gospodarstwie.

W mojej książce zatrzymałam się na 1939 roku z oczywistych względów. Praca dzieci w czasie wojny to zupełnie inna opowieść, bardziej nawet dramatyczna i trudniejsza. A historie powojenne? Mam nadzieję, że będą do mnie wracać, gdy ktoś przeczyta książkę i zechce podzielić się ze mną własnym doświadczeniem.

*Magdalena Kopeć – pisarka, historyczka i muzealniczka. Autorka książki pt. „Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy. Prawda o naszych korzeniach”. Zadebiutowała w 2019 r. powieścią „Trzy zimy”, w której połączyła wątki historyczne i obyczajowe. Później wydała m.in. „Lato Sabiny” (2022), pełną emocji powieść obyczajową, oraz „Gorzkie korzenie” (2023), poruszającą opowieść o wpływie dzieciństwa na dorosłe życie.

Udział Facebook Twitter LinkedIn Telegram WhatsApp Email

Czytaj dalej

Odpuszczali dzieciom, teraz są zdesperowani. „Usunęłam wszystko z pokoju syna”

Odpuszczali dzieciom, teraz są zdesperowani. „Usunęłam wszystko z pokoju syna”

Dlaczego Karol Nawrocki mówi o konstytucji? Są dwa powody [OPINIA]

Dlaczego Karol Nawrocki mówi o konstytucji? Są dwa powody [OPINIA]

Samospełniająca się przepowiednia Donalda Tuska? Premier bardzo ryzykuje [OPINIA]

Samospełniająca się przepowiednia Donalda Tuska? Premier bardzo ryzykuje [OPINIA]

Więzienie Łukaszenki odebrało jej najlepsze lata. „Oczekiwano, że się przyznam”

Więzienie Łukaszenki odebrało jej najlepsze lata. „Oczekiwano, że się przyznam”

Marlena stworzyła toksyczną relację z chatbotem. „Doszło do opisu zbliżeń”

Marlena stworzyła toksyczną relację z chatbotem. „Doszło do opisu zbliżeń”

Zbigniew Bogucki nagle trafił do pierwszej ligi. „Wie, jak przebić się do ucha prezesa Kaczyńskiego”

Zbigniew Bogucki nagle trafił do pierwszej ligi. „Wie, jak przebić się do ucha prezesa Kaczyńskiego”

W Berlinie szepczą o francuskich wyborach. „Ostatnia szansa”

W Berlinie szepczą o francuskich wyborach. „Ostatnia szansa”

Caryca była wściekła. Po uchwaleniu Konstytucji Polacy popełnili błąd

Caryca była wściekła. Po uchwaleniu Konstytucji Polacy popełnili błąd

Naczelny „Newsweeka” o Hołowni: muszę zakładać, że sobie z nas żartuje

Naczelny „Newsweeka” o Hołowni: muszę zakładać, że sobie z nas żartuje

Add A Comment

Leave A Reply Cancel Reply

Wybór Redaktora

Dlaczego rododendron ma żółte liście i jak im pomóc?

Dlaczego rododendron ma żółte liście i jak im pomóc?

4 maja, 2026
Karol Nawrocki rozmawiał z prezydentem Trumpem. Komunikat KPRP

Karol Nawrocki rozmawiał z prezydentem Trumpem. Komunikat KPRP

4 maja, 2026
Nowy system zbierania deszczówki. Holendrzy wpadli na genialny pomysł

Nowy system zbierania deszczówki. Holendrzy wpadli na genialny pomysł

3 maja, 2026
Iran ujawnia w sprawie negocjacji z USA. „Dostaliśmy odpowiedź”

Iran ujawnia w sprawie negocjacji z USA. „Dostaliśmy odpowiedź”

3 maja, 2026

Najnowsze Wiadomości

Trutka na szczury w słoikach dla niemowląt. Trafiły do kilku krajów Europy

Trutka na szczury w słoikach dla niemowląt. Trafiły do kilku krajów Europy

3 maja, 2026
Gliwice, pożar w fabryce drutu. Kłęby dymu nad miastem

Gliwice, pożar w fabryce drutu. Kłęby dymu nad miastem

3 maja, 2026
Kwiat, który kwitnie nocą. Tytoń oskrzydlony hitem ogrodników

Kwiat, który kwitnie nocą. Tytoń oskrzydlony hitem ogrodników

3 maja, 2026
Facebook X (Twitter) Pinterest TikTok Instagram
© 2026 Razy Dzisiaj. Wszelkie prawa zastrzeżone.
  • Polityka Prywatności
  • Regulamin
  • Skontaktuj się z nami

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.