Moi poprzednicy skupiali się na doraźnej propagandzie sukcesu, a w Ministerstwie Zdrowia od czerwca ubiegłego roku w zasadzie nikt nie pracował – mówi Izabela Leszczyna.

Izabela Leszczyna: Proszę o łatwiejszy zestaw pytań.

– Rzeczywiście trochę tak to wygląda. Mamy świetnych lekarzy, ratowników, pielęgniarki, farmaceutów, fizjoterapeutów, czyli kapitał ludzki jest. Mamy coraz lepsze programy lecznicze i coraz większy dostęp do najnowszych technologii, sprzętu oraz leków najnowszej generacji, ale brakuje trzeciego elementu: zorganizowania tego wszystkiego w dobrze funkcjonujący mechanizm, czyli system ochrony zdrowia.

Dam przykład: w Polsce umieramy głównie na choroby kardiologiczne i na raka. Mamy dobrze wycenione procedury i świetnych specjalistów, a mimo to śmiertelność w chorobach nowotworowych jest o ok. 10 proc. wyższa niż w krajach UE. Dlatego tak ważne jest, żeby stworzyć system, w którym pacjent jest w centrum uwagi. Musimy zaplanować ścieżki leczenia i przeprowadzić przez ten proces pacjenta, który z powodu choroby jest przecież często w fatalnym stanie psychicznym i „wpadając” do systemu, nie może czuć się tak bardzo zagubiony. I to stawiam sobie za jeden z głównych celów.

– Jednym ze sposobów usprawniania tego systemu jest informatyzacja.

– Aby widział je pacjent i lekarz. Zlecone badania, ich wyniki, przebieg leczenia, prowadzone terapie. A ja mam wrażenie, że opieka zdrowotna w Polsce to wciąż zbiór wolnych elektronów, z których każdy jest całkiem niezły, ale wzajemnie się nie widzą, a czasem nawet o sobie nie wiedzą. W związku z tym pacjent musi swoją historię opowiadać za każdym razem od nowa. Wynik jest taki, że wiele badań, zwłaszcza tych podstawowych, które zajmują czas i kosztują, jest powielanych po wielekroć. Najpierw pacjent robi je w poradni POZ [podstawowej opieki zdrowotnej – red.], potem w poradni specjalistycznej, a jeśli skierują go do szpitala, to tam robią mu je na nowo. To wyrzucanie pieniędzy w błoto i udręka dla ludzi.

– Mimo że ubezpieczony w systemie publicznym i ponoszący dodatkową opłatę – on lub jego pracodawca – za świadczenia w prywatnej służbie zdrowia. Właśnie podjęłam decyzję, aby zmienić absurdalny przepis, który mówi, że jeśli lekarz w prywatnym systemie wystawi receptę na lek wydawany w aptece nieodpłatnie (np. dla osób powyżej 65. lub poniżej 18 roku życia), to trzeba z tą receptą iść do lekarza rodzinnego w POZ, aby przepisał ją na nowo. To zbędne zajmowanie czasu i lekarzowi, i pacjentowi oraz kolejnym czekającym na wizytę.

– Dostępność wizyt wciąż jest niska i za naszych poprzedników zdecydowanie się pogorszyła. Oficjalne dane GUS mówią, że za rządów PiS czas oczekiwania na wizytę wydłużył się prawie dwukrotnie. Zmienimy to, lepiej zarządzając kapitałem ludzkim. Wzorem innych krajów chcemy wprowadzić asystenta lekarza, aby odciążyć go z biurokratycznej pracy. Tę funkcję mogą pełnić osoby innych zawodów medycznych, a lekarze będą mogli w tym czasie przyjąć więcej pacjentów. Zależy mi na rozwoju podstawowej opieki koordynowanej. Koordynator kieruje pacjenta od lekarza pierwszego kontaktu do specjalisty, a gdy specjalista postawi diagnozę, zaordynuje leczenie i uzna, że pacjent nie potrzebuje już opieki specjalistycznej, przekieruje go z powrotem do lekarza rodzinnego, który dalej go poprowadzi. Już samo to powinno skrócić kolejki.

– Ministra ocenia się, gdy odchodzi, ale nie mówię, że będziemy czekać cztery lata na poprawę. Myślę, że moment, w którym widoczny będzie pozytywny efekt, to półmetek. Do tego konieczna jest współpraca lekarzy. Ostatnio byłam w Siemianowicach Śląskich, gdzie leczy się rozległe oparzenia. Wprowadzono tam nowatorski system zarządzania, który przynosi efekty. Takie dobre praktyki musimy upowszechniać.

– Odziedziczyliśmy system z kompletnie zachwianą proporcją liczby lekarzy w dużych miastach i na prowincji. Niektóre obszary wiejskie zostały za rządów PiS wykluczone z systematycznej opieki medycznej. Po drugie, jesteśmy społeczeństwem po pandemii, czyli z długiem zdrowotnym do odrobienia, spowodowanym tym, że w czasie pandemii system nie funkcjonował normalnie. No i kompletnie leży profilaktyka. Na jej efekty czeka się dłużej, a moi poprzednicy skupiali się na doraźnej propagandzie sukcesu. Niemcy czy Francuzi są od nas zdrowsi, bo regularnie się badają oraz prowadzą bardziej aktywny i zdrowszy tryb życia. Według wszystkich badań nasze zdrowie zależy od nas w ponad 50 proc. Tymczasem w Polsce nie istnieje systemowa profilaktyka ani medycyna prewencyjna, a nasi pacjenci mają prawa, ale nie mają w zasadzie obowiązków.

– Mamy bezpłatne badania dla określonych grup, np. mammograficzne czy cytologiczne, i bierze w nich udział zaledwie kilkanaście procent kobiet. Podobnie jest z kolonoskopią po 50. roku życia. I jeśli tego nie zmienimy, to ile nie włożylibyśmy pieniędzy do systemu, to zawsze będzie ich za mało. Dlatego chciałabym poszerzyć medycynę pracy o badania profilaktyczne. I uwaga! Nie chodzi o to, że jeśli, nie daj Boże, okaże się w czasie takich badań, że mamy raka czy inne schorzenie, to człowiek nie dostanie zaświadczenia, że jest zdolny do pracy. Dostanie, tylko jednocześnie dostanie skierowanie na leczenie.

– Nazywamy się Ministerstwem Zdrowia, ale w gruncie rzeczy jesteśmy ministerstwem chorób, bo zajmujemy się regulacjami wpływającymi na organizację procesów leczenia, np. onkologicznego, kardiologicznego, psychiatrycznego itd. Musimy to robić, byle nie utrudniając życia lekarzom i pacjentom, a tak się czasem dzieje. Ale powinniśmy dbać także o zdrowie publiczne, czyli ogólny dobrostan całego społeczeństwa. To będzie lepsze i tańsze dla nas wszystkich. Lubimy powtarzać, że lekarz powinien patrzeć na pacjenta holistycznie, czyli traktować go jako całość, a nie wycinek odpowiadający swojej specjalizacji. Jako ministra zdrowia uważam, że holistycznego spojrzenia wymaga również system ochrony zdrowia.

– Zadaniem na już jest naprawa spuścizny po PiS, który do Krajowego Planu Odbudowy wpisał różne akty prawne i nic z tym robił. Na przykład ustawę o restrukturyzacji szpitali, która zakładała likwidację tych nierentownych. Rząd PiS się z niej wycofał, ale na żadnym etapie nie usunął jej jako „kamienia milowego” z KPO. Powinnam realizować „kamienie milowe” zapisane przez poprzedników, ale to oznaczałoby konieczność likwidowania małych, nierentownych szpitali. To nie jest polityka moja jako ministry zdrowia ani polityka rządu premiera Tuska. Pracuję więc nad rozwiązaniem, które przekona Komisję Europejską, że można zrestrukturyzować system ochrony zdrowia bez likwidacji tych szpitali. Bo można.

– Ustawa restrukturyzacyjna, którą zaproponowało PiS, polegała na tym, że jeśli szpital w ciągu określonego czasu nie zacznie być rentowny lub przynajmniej nie będzie się bilansować, a więc nie będzie generował długu, to przechodzi w ręce komisarza, co de facto oznaczało albo jego zamknięcie, albo sprzedaż podmiotom prywatnym. Tymczasem nie trzeba likwidować całego szpitala, wystarczy przekształcić nierentowne oddziały w takie, które są najbardziej niezbędne dla ochrony zdrowia lokalnych społeczności, i pozostawić je w rękach samorządów.

– Mój resort przygotowuje cały pakiet zmian, który nazwałam „Świadoma i bezpieczna ja”. Poczynając od in vitro, przy czym wprowadzamy nie tylko refundację tej metody leczenia niepłodności, ale także program dla osób, które muszą poddać się terapii onkologicznej, często wyniszczającej organizm tak, że traci się szanse na posiadanie dzieci. Takie osoby będą mogły zamrozić swoje gamety, dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Przez Sejm i Senat udało się także przeprowadzić obiecaną w kampanii ustawę o antykoncepcji awaryjnej.

– Jeszcze raz drukowanymi literami chciałabym powiedzieć, że substancja, która zawarta jest w dopuszczonej przez nas pigułce, nie jest substancją wczesnoporonną, tylko niedopuszczającą do zapłodnienia. Im szybciej kobieta ją zażyje, bez konieczności szukania lekarza i recepty, tym większa szansa, że do zapłodnienia nie dojdzie.

Z obiecanego zobowiązania pakietu wyborczego „100 konkretów” mamy też rozporządzenie o poszerzeniu badań prenatalnych i ich dostępności, które trafi niebawem do konsultacji społecznych. Z kolei zespół anestezjologów i położników finalizuje prace nad znieczuleniem okołoporodowym, aby dać kobiecie wybór, bo to ona powinna decydować, czy chce rodzić naturalnie ze znieczuleniem, czy bez. To będzie szerszy pakiet opieki okołoporodowej, którą obiecaliśmy w kampanii.

– To projekt poselski i jest już w Sejmie, w ministerstwie nie pracujemy nad zmianą prawa antyaborcyjnego. Ale mogę obiecać, że NFZ pilnie przygotowuje zmianę dotyczącą bezpiecznej terminacji ciąży w przypadkach, które są zgodne z polskim prawem. Ta zmiana wejdzie w życie razem z in vitro, czyli 1 czerwca. Nie wyobrażam sobie, żeby w drugiej połowie tego roku jakiś szpital odmówił kobiecie terminacji ciąży wynikającej z przesłanki ratowania jej życia, a takie sytuacje zdarzały się w ostatnich latach. I liczę na to, że w Sejmie rozpoczną się wreszcie prace na ustawą liberalizującą prawo aborcyjne.

– Kampania dla liderów politycznych to wymagający i trudny czas, w którym koncentrują się przede wszystkim na wyniku swojej partii. Sądzę, że dlatego pan marszałek podniósł sprawę składki zdrowotnej, choć wszyscy w rządzie wiedzą, że w resortach zdrowia i finansów pracujemy nad zmianami w składce zdrowotnej. Premier zapowiedział wyraźnie, że wkrótce przedstawimy propozycje, i myślę, że zmieścimy się z tym w ciągu tych 100 dni.

– Raczej strategia wyborcza.

– Pan marszałek znalazł równie dobre argumenty, żeby o aborcji nie rozmawiać w kampanii, jak te, aby o składce zdrowotnej rozmawiać właśnie teraz. Nie zgadzam się na to, że prawa kobiet traktuje się inaczej niż pozostałe zobowiązania polityczne. Legalizacja aborcji do 12. tygodnia to zobowiązanie polityczne większości koalicji demokratycznej po wielu latach niezwykle restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego.

– A w Polsce wciąż wmawia się nam, że prawa kobiet zagrożą naszej cywilizacji. Naprawdę nie potrafię zrozumieć tego braku zaufania do kobiet, a jednocześnie przekonania, że jeśli zapiszemy w ustawie, że aborcja jest zakazana, to jej nie będzie. Problem w tym, że wielu politykom prawicowym chodzi tylko o spokój ich konserwatywnego sumienia. Kobiety dokonują aborcji, ale oni zamykają na to oczy i umywają ręce. A to jest nasz – polityków – problem! Bo aborcje nielegalne i pokątne są niebezpieczne, a te przeprowadzane za granicą – drogie. Czyli utrzymując obecny stan prawny, skazujemy biedniejsze kobiety na ryzyko utraty zdrowia, a zgadzamy się, że zamożniejsze mają dostęp do aborcji. To jest obłuda i hipokryzja.

– To raczej taktyka wyborcza, która nie ma nic wspólnego z merytoryczną pracą rządu. Co tydzień uczestniczę w radach ministrów i proszę mi wierzyć, że tam tej polityki polegającej na stroszeniu piórek nie ma. Naprawdę jest zrozumienie, że gramy w jednej drużynie, bo inaczej ten mecz po prostu przegramy. A przegrać go przecież nie możemy.

– Moim zdaniem najbogatsi producenci rolni powinni płacić składkę tak, jak płacą przedsiębiorcy. Ale uczciwie powiem: nie wiem, czy jest szansa na taką zmianę.

– Ja bym się tego nie bała. Pielęgniarki nie zarabiają źle, najlepszym dowodem na to jest coraz więcej mężczyzn pielęgniarzy. Ale jest zbyt duża dysproporcja wynagrodzeń pomiędzy pielęgniarkami z tytułem magistra i pozostałymi, będąca efektem ustawy o minimalnym wynagrodzeniu w zawodach medycznych, którą wprowadzili poprzednicy. Pielęgniarki z wyższym wykształceniem i te bez wyższego wykształcenia bardzo często wykonują podobną pracę na tych samych oddziałach i rozumiem rozgoryczenie tych, które zarabiają około dwa tysiące mniej niż koleżanki.

– Mamy w Sejmie obywatelski projekt w tej sprawie, ale problem polega na tym, że nie ma w budżecie na to pieniędzy. Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu w zawodach medycznych nakłada na nas obowiązek waloryzacji wynagrodzeń medyków 1 lipca każdego roku i potrzeba na to ok. 15 mld zł. Gdybym chciała do tego dołożyć ustawę obywatelską wyrównującą pensje pielęgniarek w wersji złożonej w Sejmie, to w skali roku musielibyśmy wydać kolejne 10 mld zł. Takich pieniędzy nie ma. Ale jakieś rozwiązanie musimy znaleźć.

– Ilość spraw. Z premedytacją mówię ilość, a nie liczba, bo problemów do rozwiązania jest tyle, że one są wręcz niepoliczalne. Każdego dnia mam po kilka bardzo istotnych spotkań na zupełnie różne tematy, od wyceny procedur, zapłatę za tzw. nadwykonania, nierówne traktowanie podmiotów leczniczych, zadłużenie szpitali, przez problemy pacjentów z chorobami rzadkimi, funkcjonowanie aptek, kompetencje farmaceutów, specjalizacje medyczne, kształcenie lekarzy, rozszerzenie uprawnień dla lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, po onkologię, informatyzację i zmniejszenie kolejek czy zniesienie limitów w opiece hospicyjnej, co również było naszą obietnicą wyborczą. I tę obietnicę także spełniamy. Przeznaczamy na to w budżecie 250 mln zł. Podobnie jak 10 mln na telefon zaufania dla dzieci i młodzieży. Ten, który zlikwidowało PiS.

– Przez osiem lat w opozycji pracowałam w sejmowej komisji finansów publicznych i bardzo pilnie śledziłam to, jak wydawane są publiczne środki. Przychodząc tu, wiedziałam, że marnowano nasze – podatników – pieniądze. Oczywiście również zleciłam audyt, zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny. W wyniku wewnętrznego pracę straciło kilku dyrektorów. Czy coś mnie zaskoczyło? Na pewno skala lekkiego traktowania publicznych pieniędzy, twarde dane o tym będę miała po zakończeniu audytu zewnętrznego. Zaskoczeniem było także to, że w Ministerstwie Zdrowia od czerwca ubiegłego roku w zasadzie nikt nie pracował. Dotyczy to nie tylko kierownictwa, ale także urzędników niższego szczebla, bo nie otrzymywali zadań do realizacji, a jeśli coś robili, było to blokowane, więc ich praca została zmarnowana.

– Skala zaległości, które zastałam, była ogromna. Tak jakby od czerwca ubiegłego roku w ogóle nie istniał minister zdrowia. Oczywiście jakieś decyzje, szczególnie personalne, były podejmowane, nawet przez ministrę rządu dwutygodniowego zostali powołani konsultanci krajowi. Zaskoczyło mnie też to, że większość pracowników w ministerstwie pracuje zdalnie. Gdy zapytałam dlaczego, usłyszałam, że nie mieszczą się w budynku.

– Nie podejmuję pochopnych decyzji ani nie urządzam tu polowania na czarownice. Szanuję pracowników służby cywilnej, to naprawdę w zdecydowanej większości państwowcy z krwi i kości, w dodatku świetnie wykształceni. Zawsze jednak nowe kierownictwo ma prawo dobierać współpracowników. No i oczywiste jest, że ci, którzy przekroczyli uprawnienia lub nie dopełnili obowiązków, powinni rozstać się ze swoimi stanowiskami. Urzędnik musi przestrzegać prawa. Moim obowiązkiem jest zawiadomić prokuraturę, jeśli istnieje podejrzenie przestępstwa, i tak było w przypadku prezesa Agencji Badań Medycznych. Ewentualne kolejne zawiadomienia będą na podstawie wyników audytów.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version