W Solinie, Cisnej czy na obrzeżach Zakopanego scenariusz jest podobny: niedźwiedzie schodzą do miejscowości, bo znajdują tam łatwe jedzenie. Eksperci od lat podkreślają, że to nie zwierzęta „się zmieniły”, lecz warunki, jakie stworzył im człowiek.
Jak można przeczytać na łamach „Gazety Wyborczej”, już w Tatrach na początku XXI w. pokazano, jak radzić sobie z problemem. Zlikwidowano śmietniki przy szlakach, zabezpieczono odpady przy schroniskach i postawiono na edukację.
Efekt był wyraźny, gdyż niedźwiedzie przestały szukać pożywienia wśród ludzi. W Bieszczadach podobne rozwiązania wciąż są wdrażane zbyt wolno albo wcale.
Boom na miód i turystykę zmienił zachowanie drapieżników
Narastający konflikt to efekt wielu nakładających się zjawisk. W ostatnich latach w Polsce gwałtownie przybyło pasiek, a moda na miód sprawiła, że ule często stoją tuż przy lasach – bez zabezpieczeń.
Do tego dochodzą zmiany w gospodarce łowieckiej i dokarmianie zwierzyny wysokokaloryczną karmą, a także rosnąca liczba turystów i domków budowanych na skraju lasu. Niedźwiedzie szybko uczą się, że w pobliżu ludzi jedzenie jest łatwiejsze do zdobycia niż w naturze.
Rządowy plan za miliony. To krok, ale nie przełom
Jak już informowaliśmy, rząd chce uniknąć odstrzału i stawia na działania systemowe. Program wart 16 mln zł zakłada m.in. wprowadzenie specjalnych pojemników na odpady, monitoring niedźwiedzi oraz powołanie grup interwencyjnych.
Kolejnym krokiem ma być program ochrony niedźwiedzia brunatnego. „Zabezpieczymy miejsca gromadzenia odpadów oraz poprawimy bazę żerową w naturalnych siedliskach. Dzięki temu niedźwiedzie nie będą szukały pokarmu w okolicach zabudowań ludzi” – przekazała ministra Paulina Hennig-Kloska.
„To wszystko ruszy od wiosny 2026 r. Będzie 11-osobowa grupa, która będzie odstraszała niedźwiedzie, dodatkowo dwóch weterynarzy” – poinformował wiceminister Mikołaj Dorożała. Jak dodał, będzie to program czteroletni, czyli do 2030 r.
Priorytetem jest bezpieczeństwo ludzi oraz uchronienie niedźwiedzi przed eliminacją. Wprowadzone zostaną zmiany systemowe, aby te problemy minimalizować w przyszłości – podkreślił GDOŚ.

Między odstrzałem a prewencją
Są miejsca, gdzie postawiono na prewencję. I to faktycznie działa. W Cisnej wdrożono pojemniki odporne na niedźwiedzie i zabezpieczenia kompostowników. Liczba wizyt drapieżników zaczęła spadać.
Jak podawaliśmy podczas posiedzenia jednej z sejmowych komisji wójt gminy Cisna Dariusz Wethacz powiedział, że od kilku lat w tej gminie obserwowane jest „regularne i coraz częstsze” wchodzenie niedźwiedzi na tereny zabudowane. Jego zdaniem zjawisko to stwarza realne zagrożenie dla bezpieczeństwa mieszkańców.
Dodał, że najwięcej problemów ze zwierzętami jest zazwyczaj wczesną wiosną lub czasem późną jesienią. Zwrócił też uwagę, że populacja dużych drapieżników rośnie w sposób, który „nie jest objęty realnym zarządzaniem”.
Wójt gminy Cisna zaznaczył, że państwo z jednej strony oczekuje od samorządów pełnej odpowiedzialności za swoich mieszkańców, a z drugiej nie zapewnia żadnych instrumentów na realizację tej odpowiedzialności. „Nie dostaliśmy żadnych środków, żadnych pieniędzy na tego typu działania, które miałyby zapobiegać różnym incydentom. Nasi pracownicy własnymi pojazdami, za własne środki – jak była potrzeba – reagowali. Mówię o płoszeniu” – dodał wójt.
Paradoksalnie w Solinie część podobnych pojemników wciąż nie została wykorzystana, jak podaje „Gazeta Wyborcza”.
Specjaliści są zgodni: niedźwiedzie nie cierpią na brak naturalnego pokarmu. Wręcz przeciwnie. Po prostu wybierają łatwiejszą, bardziej kaloryczną alternatywę oferowaną przez człowieka. To właśnie dostępność odpadów, resztek jedzenia czy niezabezpieczonych pasiek sprawia, że niedźwiedzie tracą dystans i stają się coraz śmielsze.















