— Platformy społecznościowe to takie czarne dziury, które wchłaniają ruch internetowy i pieniądze, a niewiele wypuszczają na zewnątrz — mówi Jacek Mańko, asystent w Katedrze Zarządzania w Społeczeństwie Sieciowym Akademii Leona Koźmińskiego.

Jacek Mańko: I tak, i nie. Z innych źródeł już znamy rolę Face­booka w takich wydarzeniach jak ludobójstwo Rohindżów czy wybory przed pierwszą kadencją Trumpa. Tu jednak dostajemy relację z pierwszej ręki, z samego środka gabinetów władzy Facebooka, i zaskoczyło mnie to, jak bardzo prawdziwe okazały się rozmaite satyry na Dolinę Krzemową i samego Marka Zuckerberga. Przedstawiano go jako człowieka, który nie ma talentu do kontaktów z innymi. Okazuje się, że faktycznie trudno go namówić, by nie chodził w T-shircie na spotkania z prezydentami czy premierami, że ma sztab ludzi, którzy mu we wszystkim usługują, że lubi planszówki, ale musi wygrywać, więc współpracownicy mu się podkładają.

— Chwilami bywa śmieszny, ale w sumie bardziej smuci, bo ci ludzie nie mają pojęcia o świecie, o innych krajach, kulturach. Sarah Wynn-Williams, autorka pochodząca z Nowej Zelandii, pisze, że stanowisko szefowej polityki publicznej sama „wychodziła”, bo w Facebooku nikt o tym wcześniej nie myślał. Była przekonana, że firma musi mieć sztab międzynarodowych ekspertów, dyplomatów i bóg wie kogo jeszcze. A ich interesowała głównie Dolina Krzemowa i Waszyngton.

— A to nie mogło się dobrze skończyć. Choć jaki będzie finał, wciąż nie wiemy, bo groteskowy serial w gabinetach Face­booka trwa.

— Na wniosek prawników Facebooka dostała sądowy knebel, choć w zeszłym roku zeznawała w Kongresie, co robił Face­book, by móc wejść na chiński rynek.

— To wciąż społecznościowy behemot, który próbuje stać się też dostawcą sprzętu, np. okularów do wirtualnej rzeczywistości czy ostatnio jeszcze bardziej kontrowersyjnych smart okularów. Wszystko dlatego, że dotychczasowy model biznesowy zdobywania wciąż nowych użytkowników wyczerpuje się ze względów politycznych i demograficznych, bo młodzi ludzie mają inne platformy. Ale czym w gruncie rzeczy jest Facebook? Z jednej strony to korporacja „too big to fail” — zbyt duża, by upaść, ale też „too big to jail” — za duża, by można było kogoś aresztować.

I jest jeszcze trzecia rzecz, która określa Facebooka: „too big to care”. To za duży organizm, by ktokolwiek się czymś przejmował i brał za coś odpowiedzialność, dopóki nie wybuchnie jakiś potężny skandal.

— Bardzo dobra metafora. To taka czarna dziura, która wchłania ruch internetowy i pieniądze, a niewiele wypuszcza na zewnątrz. Ogólnie platformy społecznościowe są takimi czarnymi dziurami internetu. Mówi się o nich jak o ogrodach otoczonych płotami, z których trudno się wydostać. Ale 10 czy 15 lat temu Facebook i inne serwisy były jeszcze żywymi społecznościami, można było nawiązać kontakty ze znajomymi ze studiów, wrzucaliśmy tam zdjęcia z imprez itd. Dziś to bezwładne medium, które gnije od środka. A ruch podtrzymuje za pomocą botów AI, które wrzucają posty i zdjęcia stworzone przez sztuczną inteligencję.

— Najgorszym dniem w historii Facebooka był 3 lutego 2022 r., kiedy po raz pierwszy w historii odnotowano spadek średniej liczby aktywnych użytkowników. I choć spadek był symboliczny — 1 mln osób na prawie 2 mld — to jednego dnia wartość Face­booka spadła na giełdzie aż o 200 mld dol., bo inwestorzy zrozumieli, że model wzrostu się wyczerpuje.

— I nawet jej się to jakimś cudem udało. Ale pomysłów na zagarnianie ludzi na Facebooka było o wiele więcej. Inicjatywa Internet.org, przemianowana później na Free Basics, udawała przedsięwzięcie pozarządowe, a chodziło tylko o to, żeby mieszkańcy Trzeciego Świata nie musieli płacić za transfer, korzystając z Facebooka na smartfonach. Podczas wystąpienia w ONZ we wrześniu 2015 r. Mark Zuckerberg obiecał nawet internet w obozach dla uchodźców. Tyle że był to pomysł „z czapki”, z nikim ­niekonsultowany.

— A cała dyskusja była czysto teoretyczna, bo technicznie Face­book nie miał żadnych możliwości dostarczania takiego internetu: satelita komunikacyjny Facebooka został zniszczony podczas startu rakiety SpaceX, a prototypowy dron łącznościowy rozbił się podczas demonstracji.

— O ich sukcesach świadczy błyskawiczny przyrost liczby użytkowników, pieniędzy z reklam czy przejmowanie kolejnych aplikacji, jak WhatsApp czy Instagram. Albo skala wpływu ich algorytmów i narzędzi reklamowych na światową politykę.

— Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że nie tak dawno Zuckerbergowi i jego kolegom bliżej było do demokratów niż republikanów. Ale to republikanie lepiej wykorzystali facebookowe narzędzia do mikrotargetowania użytkowników i zalewania ich reklamami.

— Kiedy Facebook oprócz przycisku „like” wprowadził inne emotikony, okazało się, że największe emocje budzą „angry face” i „śmieszek”. Trump się w tym środowisku lepiej odnalazł, bo zawsze miał taki, a nie inny sposób bycia. Swoją drogą, rozmawiamy o demokracji, wyborach, polaryzacji, a wszystko sprowadza się do infantylnego klikania „angry face”.

— Pewnie kiedy zarządza się start-upem, to życie trochę tak może wyglądać: ciągłe zarządzanie kryzysowe, szybkie zmiany, szybkie spotkania. W Facebooku, mimo rozrostu struktury, zwyczaje start-upowe pozostały. Choćby to, że szefowi nie umawia się spotkań przed południem, bo często zarywa noce.

— W serialach takich jak „Dolina Krzemowa” czy „Sukcesja” miliarderzy mają rozmaite kaprysy. Czasami prozaiczne. Ale zawsze wokół nich krąży sztab ludzi, którzy się tym zajmują.

— To pozostałość po kulturze start-upu, gdzie założyciel mówi, jak ma być. W książce jest nawet taka scenka, kiedy autorka dostaje od Zuckerberga maila z tekstem „Unieważniam twoją decyzję”. Gest imperatora.

— Także dlatego, że trafił na właściwy czas: po krachu dotcomów z przełomu wieków internet szukał czegoś nowego, ale inwestorzy wiedzieli już, że utrzymanie serwisów internetowych też kosztuje, więc na czymś muszą zarabiać. Facebook wybrał drogę reklamową, podobnie jak Google. Do tego po kryzysie finansowym 2007/2008 Fed ściął stopy procentowe i inwestorzy szukali okazji do lokowania i zarabiania pieniędzy. Spółki technologiczne znów zaczęły być atrakcyjne. No i nie zapominajmy o rewolucji smartfonów. Facebooka i inne aplikacje można było mieć na wyciągnięcie ręki.

— Jeśli jakość Facebooka stanowi odbicie jego decyzji, to bardzo możliwe. Kanadyjski pisarz, dziennikarz i bloger Cory Doctorow ukuł w 2022 r. termin „enshitification”, czyli zgównowacenie. Pasuje jak ulał do obecnej jakości materiałów w tym serwisie, gdzie ruch podtrzymują coraz częściej boty. Klasyczny przypadek „techbrosa” z Doliny Krzemowej, by przypomnieć Elona Muska czy Sama Altmana z OpenAI. Łączą ich wielkie pieniądze, pęd do zmian i unikanie odpowiedzialności za skutki ich wdrażania.

— W przypadku Petera Thiela, a on zasiadał w tej radzie, można by doszukiwać się jakiegoś ideologicznego pobratymstwa. Zuckerberg kiedyś chyba naprawdę uważał, że wystarczy dać ludziom możliwość wspólnej rozmowy, a magicznie wszyscy złapią się za ręce, sformują krąg i będą śpiewać.

— … wtedy zaczął racjonalizować decyzje. Kiedyś wypalił, że jako Żyd co do zasady nie jest przeciwny temu, by denialiści Holocaustu byli obecni na Facebooku. Bo przecież każdy rozsądny człowiek wyciszy sobie te bzdury i już. Ale wiemy, że to tak nie działa, że algorytmy takie treści podbijają, bo są bardziej angażujące, a o to chodzi w tej grze, by użytkownika przyciągnąć do ekranu i pobudzić do reakcji. Kiedy zrobił się z tego skandal, zaczęli blokować denialistów Holocaustu. Przymilanie się do skrajnej prawicy to też efekt cynicznej racjonalizacji: obiecują deregulację i niskie podatki, więc może warto pomóc im w wyborach.

— Empatia to raczej nie pod tym adresem. Chyba że na pokaz, bo przecież Sheryl Sandberg napisała nawet książkę wspierającą kobiety w biznesie.

— Czytając tego rodzaju literaturę „pamiętnikarską”, zawsze mam w tyle głowy zastrzeżenie, że autorem czy autorką mogły powodować względy osobiste, chęć zemsty na byłym szefostwie. O ile rzecz nie opiera się na mailach, tylko na rozmowach w cztery oczy, zawsze będzie jakieś ziarno niepewności.

— Bazując na tym opisie, atmosferę pracy w centrali Facebooka można określić jako toksyczną. Nie dość, że króluje tam „kultura zapier…u” w wersji turbo, to jeszcze w korporacji wciąż daje o sobie znać start-upowa przeszłość: sekretarka pracuje w firmie od dawna, więc zarabia wielokrotnie więcej niż nowa pani dyrektor, na dodatek miała opcje na akcje, więc stać ją choćby na szpilki Louboutina, o których dyrektorka może tylko pomarzyć. Wiele osób dostaje pracę dzięki znajomościom i dotyczy to głównie ekipy Sheryl Sandberg.

— Autorka wprost pisze o powodach ekonomicznych, rodzinnych. Ale można odnieść wrażenie, że ta praca łechce też jej ego. W końcu wytrzymała tam siedem lat. Może ta książka to także próba rozliczenia się przed samą sobą, jakiś rachunek sumienia? A może kolejny krok w karierze?

— Choć ona opisuje to stanowisko jako bardzo ważne, to w hierarchii korporacji była raczej kimś w rodzaju doradcy od protokołu i „załatwiacza” miejsc przy stolikach i na panelach. Pewnie gdyby nie ona, to tę funkcję pełniłby ktoś inny, a Facebook przy swojej masie w sieci i tak przyciągałby polityków.

— Znów pragmatyzm. Skoro Trump zgromadził wokół siebie całe konserwatywne środowisko z gotowym planem przekształcenia demokracji w technooligarchię, to trzeba było złożyć hołd lenny, by mieć spokój w swoim księstwie. Stąd obecność Zuckerberga na zaprzysiężeniu Trumpa i potem na słynnej kolacji w Białym Domu.

— Za co będzie miał spokój ze strony instytucji antymonopolowych w USA. Trump będzie go bronić także przed regulacjami np. UE, tak jak innych technooligarchów, a algorytmy na Facebooku Zuckerberga, X Muska czy na TikToku Ellisona nie zrobią Trumpowi krzywdy. Do tego „techbros” mogą liczyć na rządowe kontrakty, tak jak ostatnio OpenAI od Pentagonu. Dolina Krzemowa w pewnym sensie trochę wraca do swoich korzeni, kiedy rosnące tam firmy zbrojeniowe i technologiczne zasilane były państwowymi dotacjami.

— W technologii dekada to szmat czasu. Ale jeśli nie nastąpi jakieś cyfrowe trzęsienie ziemi, demokratyczna rewolucja w Ameryce, po której Facebookowi może zajrzeć w oczy widmo podziału, to stawiam na umacnianie się procesu „zgównowacenia” opisanego przez Doctorowa. Facebook nie dostarcza żadnej nowej wartości dla użytkowników czy reklamodawców, ale jest tak wielki, że może trwać siłą inercji. Co jakiś czas będzie próbował wprowadzać AI czy okulary do rozszerzonej rzeczywistości, ale to wszystko będą tylko chwilowe impulsy dobiegające z tej czarnej dziury wysysającej światło z internetu.

— Ale czy jest im do tego niezbędny serwis do łączenia się z całym światem? Można korzystać z Bluesky, Mastodona, a nawet zakładać grupy na Discordzie czy Signalu.

— Nasz społecznościowy adres byłby wtedy tym, czym dziś jest nasz numer telefonu komórkowego: pozwala nam się dodzwonić na całym świecie, niezależnie od operatora. Internet wróciłby wtedy do swoich korzeni zdecentralizowanej sieci.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version