Polacy budują prywatne schrony. — Gdyby coś się działo, zamknę właz i włączę systemy podtrzymania życia. Mam cztery miejsca do spania — opowiada Piotr. Swój schron zbudował sam i wciąż go doposaża. To wydatek tak duży, że decydują się na niego nieliczni.

„W tej rezydencji będziesz bezpieczny” — obiecuje oferta za prawie 4 mln zł. Willa pod Wejherowem ma być „bezpieczna i luksusowa”. W tej kolejności, bo luksus schodzi na drugi plan. Na zdjęciach siedem pokoi, dwa stanowiska w garażu, sauna i jacuzzi z pięcioma dyszami. Tym, czego nie widać, są kuloodporne szyby i podziemny schron. Na „dzisiejsze, dość niepewne czasy”.

Drugi dom stoi w Puszczy Augustowskiej. „Uszczęśliwi tych szukających ciszy i ucieczki od miejskiego zgiełku”. Opis pomieszczeń nie zaczyna się jednak od salonu ani tarasu z widokiem. W pierwszym punkcie jest… piwnica (70 mkw.), a w niej schron z osobnym szambem i WC.

— Kto buduje dom ze schronem? — pytam.

— Ten, kto zobaczył za granicą, że tak się buduje — odpowiada sprzedająca.

O schronie nic mi jednak nie chce powiedzieć.

— Ze względów bezpieczeństwa. Zobaczą dopiero ci, którzy będą chcieli kupić dom — mówi.

Pośrednika od willi pod Wejherowem pytam, czy to już trend. — Klienci jeszcze nie pytają o schrony, gdy szukają domów. Ale zauważyłem, że ta informacja działa na ich wyobraźnię — mówi. To jedyna taka oferta w jego agencji, ale podkreślił ten schron w ogłoszeniu. — Lepiej gdyby nie był potrzebny, ale dobrze go mieć — mówi.

Piotr, inżynier i prywatny przedsiębiorca, też wolałby, żeby jego schron nigdy się nie przydał. Ale wybudował go na własnym podwórku i wciąż doposaża.

Zaczął zaraz po inwazji Rosji na Ukrainę. W rogu działki wkopał najpierw dwa betonowe zbiorniki i otoczył płotem z desek. Sąsiedzi mieli myśleć, że to nowe szambo.

Trochę odczekał. Nie chciał, żeby ktoś zauważył, że budowa przy rzekomym szambie trwa dalej. Dodał stalowe zbrojenie, zalał je betonem konstrukcyjnym, takim do budowy mostów, i połączył oba zbiorniki. Miały tylko 1,6 m wysokości — nie dałoby się w nich swobodnie stanąć, Piotr więc pogłębił wnętrze do prawie 2 m. Urobek wyciągał stopniowo, wiadrami. Ziemi z całego wykopu było tyle, że usypałby z niej pięciometrową górkę.

Na końcu wyspawał stalowy właz. 200 kg — trzeba było montować pneumatyczne siłowniki. Wejście ukrył w narzędziowni. Kiedy przykryje właz drewnianą podłogą, nikt poza nim się nie domyśli, gdzie jest.

Piotr nie ujawnia lokalizacji schronu — to, jak mówi, podstawowa zasada bezpieczeństwa. Wnętrze bardziej kojarzy się z kajutą na łodzi niż z bunkrem. Pod surowym betonowym stropem biegną rury i przewody, ale ściany obłożone są drewnem i ozdobną cegłą. Drewniana drabina wejściowa została podświetlona taśmami LED.

Jedną ścianę zajmuje regał zastawiony dziesiątkami słoików. Obok są zlew, turystyczna kuchenka z czajnikiem i beczka na wodę. W ciasnej wnęce zmieściła się turystyczna toaleta.

W drugim pomieszczeniu Piotr ma szeroką, rozkładaną ławę do siedzenia i spania. Są tam również książki o survivalu, lampa i żeglarskie drobiazgi.

— Nie chciałem wydać kupy pieniędzy na coś, co zakopię w ziemi i czego, być może, nigdy nie wykorzystam — mówi. — Na co dzień trzymam tu przetwory albo ziemniaki i marchew, które regularnie kupuję od rolnika. Przeniosłem też radiostacje, bo żona się wkurzała, że zamiast telewizji słucha szumu krótkofalówek. Gdyby jednak coś się działo, zamknę właz i włączę systemy podtrzymania życia. Mam cztery miejsca do spania.

Piotr jest inżynierem, ale nie budowlańcem. Obliczenia konstrukcyjne skonsultował ze znajomym z uprawnieniami. Większość prac wykonał jednak własnoręcznie. A i tak wydał do tej pory około 70 tys. zł.

— Najwięcej kosztowały wykop i wywóz ziemi, beton oraz stal zbrojeniowa — mówi.

Ale budował kilka lat temu.

— 70 tys.? Tyle kosztuje teraz część wyposażenia — mówi Dawid Rybicki, właściciel firmy European Shelters ze Świdwina w województwie zachodniopomorskim.

Chodzi o filtrowentylację, odporne drzwi i zawory przeciwwybuchowe. Do tego dochodzą jeszcze żelbetowa konstrukcja i przyłącza.

— Skala zależy od zasobności portfela. Koszt 40-metrowego, w pełni wyposażonego schronu to około 400 tys. zł — mówi Rybicki. Twierdzi, że jego firma stawia około stu schronów rocznie, większość za granicą: w Grecji, Portugalii, Hiszpanii i Danii. — W Polsce większość zleceń realizuje się na etapie budowy nowego domu. Schron od początku zostaje wpisany w projekt jako wzmocniona podziemna kondygnacja. Na co dzień służy jako piwnica, spiżarnia, bawialnia albo magazyn — mówi.

Jego klientami są przede wszystkim ludzie bardzo zamożni, chociaż przybywa zainteresowanych bezpieczeństwem „przeciętnych Kowalskich”.

— Mój własny schron ma 150 mkw. i kosztował około 1,2 mln zł — mówi.

— Dlaczego pan go zbudował?

— Mieszkam niedaleko jednostki wojskowej. Zainwestowałem więc, jak w dobrą polisę ubezpieczeniową.

Piotr też myśli o swoim schronie jak o polisie.

Pod ziemią urządził kompletne stanowisko łączności: kilka radiostacji, krótkofalówki, laptop i telefon. Doprowadził wodę i kanalizację.

Jak zapewnia, prąd może czerpać z sieci, agregatu albo akumulatorów, a radiostacje są podłączone do anten na dachu domu.

Jednego z najważniejszych urządzeń wciąż jednak brakuje. Powietrze doprowadza teraz tylko wentylacja grawitacyjna. Piotr nie zamontował jeszcze filtrowentylacji, która oczyszczałaby powietrze w razie skażenia.

— To może mnie kosztować więcej niż budowa całego schronu — mówi.

Jedna firma wyceniła taki system na mniej więcej 40 tys. zł, inna na blisko 100 tys. Szuka więc tańszego rozwiązania. — Może kupię tylko filtr za około 15 tys. i samodzielnie dobiorę wentylator z ­przekładnią.

Bo właśnie tutaj kończy się potoczne rozumienie słowa „schron”, a zaczynają techniczne i ustawowe wymagania.

Ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej stawia poprzeczkę bardzo wysoko: schron ma chronić ludzi także przed skażonym powietrzem.

Nie znaczy to jednak, że Piotr zakopał w ogrodzie zwykłą piwnicę. Ma dwa wyjścia, trzy źródła zasilania, łączność oraz zapasy. Gdyby kanalizacja przestała działać, może korzystać z suchej toalety turystycznej.

Swój obiekt projektował przede wszystkim z myślą o ostrzale podczas wojny konwencjonalnej oraz o klęskach żywiołowych. Przed odłamkami i zawaleniem ochroni go żelbet. Przed skażonym powietrzem — na razie jeszcze nic.

Na prywatnym rynku te granice jednak się zacierają. Nie każdy obiekt służący ochronie przed wojną musi jednak spełniać wymagania schronu. Najprostszą formą są tzw. miejsca doraźnego schronienia. Może to być odpowiednio przygotowana piwnica, garaż podziemny albo tunel. Mają zapewnić krótkotrwałą ochronę przed odłamkami, ostrzałem i zawaleniem budynku oraz umożliwić bezpieczną ewakuację. I właśnie na takim poziomie — mówią wykonawcy — najczęściej kończą się plany prywatnych klientów.

— Prywatni inwestorzy chcą schronu, dopóki nie zobaczą, ile kosztuje to poczucie bezpieczeństwa — mówi Mirosław Żmiejko z firmy Art-Bud w Sosnowcu. Dostaje wiele pytań o schron, najczęściej na etapie budowy domu. — Ale potem klient wraca z kosztorysem i pyta: „Może nie muszę mieć wentylatora? A po co mi drugie wyjście?”. Urywają z kosztów i nagle ze schronu zostaje piwnica z trochę grubszymi ścianami — opowiada przedsiębiorca.

Bo koszty mogą być naprawdę duże.

Opolska firma Nevotec zaprojektowała całą rodzinę stalowych schronów — gotowych modułów, które wystarczy wkopać w grunt. Nawet z nazwy są „kompaktowe”. W środku: składane łóżka, wygodna toaleta, magazyn żywności. Najmniejszy przydomowy schron może pomieścić osiem osób. Są filtrowentylacja, łączność i przeciwwybuchowe drzwi. Moduł można połączyć z domem podziemnym przejściem.

Mają też schron na kółkach. Można postawić go w ogrodzie, a potem — przynajmniej w teorii — przewieźć w inne miejsce. Konstrukcja ma być na tyle wytrzymała, że nie trzeba jej zakopywać w ziemi. Cena bazowego modułu: około 500 tys. zł.

— Tylko przy masowej produkcji udałoby się znacząco obniżyć koszty — mówi Dawid Stojanowicz z Nevotecu.

Na razie modułowymi schronami interesują się więc przede wszystkim przedsiębiorcy i duże firmy. Prywatnych inwestorów cena hamuje.

Na prywatnego klienta liczy za to raczkująca na razie firma Your-Zone. Dopiero przygotowują moduł pokazowy. Szukają więc sposobu, by przekonać ludzi, że schron nie musi być wydatkiem wyłącznie na czas zagrożenia.

— W schronie może być na co dzień sauna, klub, podziemna domowa siłownia. Albo sala prób dla dziecka, które chce się uczyć gry na perkusji — pod ziemią będzie mogło łupać, ile zechce, domownicy nie usłyszą — przekonuje Piotr Kuchcik, właściciel firmy.

Projekt Your-Zone to również stalowa, modułowa konstrukcja. Wnętrze ma przypominać raczej kawalerkę niż surowy bunkier. Koszt? — Około 100 tys. zł za najmniejszy moduł. Plus prace budowlane — mówi Kuchcik.

W sumie i tak wyjdzie więc około 200 tys. zł. — Ludzie słyszą cenę i łapią się za głowę. Ale za kawalerkę płacą pół miliona. No to w naszym module też dostaną gotowe mieszkanie. Co prawda podziemne, ale takie, które ma wytrzymać ostrzał artyleryjski — przekonuje Kuchcik.

Jak duży jest dziś polski rynek prywatnych schronów, nie sposób ustalić. Nie ma publicznych, wiarygodnych danych, a deklaracje poszczególnych firm trudno zweryfikować.

Rybicki przekonuje, że trend projektowania schronów przy budowie nowych domów jednorodzinnych w Polsce już się rozwinął.

— Mam takie projekty przy willach za kilka i za kilkadziesiąt milionów złotych — mówi.

Żmiejko z Art-Budu żadnego boomu jednak nie widzi.

— Polska to nie Szwajcaria. Ludzi nie stać na prywatne schrony z prawdziwego zdarzenia i długo nie będzie stać — mówi.

Mariusz Kołodziejski, właściciel toruńskiej firmy Fororak, idzie jeszcze dalej: jego zdaniem wokół prywatnych schronów jest dziś więcej marketingu niż rzeczywistych realizacji.

— Jaki rynek? Większość udaje, że buduje schrony — mówi. — Dużo firm ma je w ofercie, sprzedaje projekty, filtrację albo podzespoły. Tylko gdzie są ich ­realizacje?

Fororak również oferuje schrony, ale częściej pracuje dla instytucji i samorządów niż dla prywatnych inwestorów.

— Ludziom się wydaje, że wystarczy przerobić piwnicę. Tymczasem schron wymaga odpowiedniej konstrukcji, instalacji, badań i odbiorów. U nas kompletnie wyposażony schron o powierzchni około 35 mkw. kosztuje około miliona złotych, i to netto. Ilu Polaków na to stać?

— Ma pan własny schron? — pytam Sławomira Niznera, założyciela i lidera Preppers Poland.

— Nie mam. To dla mnie zbyt duży wydatek. Wśród 54 tys. obserwujących Preppers Poland znam może kilkadziesiąt osób, które rzeczywiście mają prywatne schrony — mówi.

Nie uważa też, że prywatne bunkry mogą rozwiązać problem bezpieczeństwa ludności. — Od tego są samorządy i rząd. To oni powinni budować schrony — mówi.

Schronu nie ma więc nawet czołowy polski prepper. Ma za to „miejsce ukrycia”. I przekonuje, że takie może sobie znaleźć niemal każdy. Nie musi być pod ziemią.

Może to być piwnica, korytarz albo pomieszczenie bez okien. Mnie, po krótkim audycie moich warunków mieszkaniowych — w bloku bez piwnicy i garażu — Nizner wysyła do łazienki.

— Nie ochroni, jeśli bomba trafi bezpośrednio w budynek. Ale może osłonić przed falą uderzeniową i wybitymi przez wybuch szybami.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version