Prezes Kaczyński uważa, że trzeba trzymać z Ameryką, bo inaczej znajdziemy się pod butem Niemiec. Dlatego i PiS, i prezydent Nawrocki trzymają się Donalda Trumpa — bez względu na to, co robi.

Człowiek prezydenta: — USA to gwarant naszego bezpieczeństwa. Ameryka pokazuje teraz w Iranie, że może uderzyć, jeśli tylko chce. W przypadku Europy jest wątpliwość, czy w ogóle może się obronić, a można się też martwić, czy chciałaby nas bronić.

Dla obozu prawicy — i w pałacu prezydenckim, i na Nowogrodzkiej — operacja przeciwko Iranowi o nazwie „Epic Fury” to demonstracja potęgi Ameryki — bez względu na to, jakie były powody jej wszczęcia.

Gdy trzech żołnierzy USA zginęło w irańskim ataku odwetowym, Nawrocki pospieszył z wyrazami solidarności z Ameryką i kondolencjami. Napisał też: „Na naszych oczach upada groźny reżim irański, który dozbrajał Rosję w jej napaści na Ukrainę i zagrażał innym państwom na Bliskim Wschodzie”.

Ludzie z tego obozu podkreślają wątek Rosji: reżim w Teheranie dozbrajał m.in. używane przez armię Putina drony Shahed, które sieją spustoszenie w Ukrainie. Te irańskie drony rozbijały się też na naszym terytorium.

Człowiek prezydenta: — Pokaz siły USA w Iranie wzmacnia siłę odstraszania Rosji od ataku na państwa NATO.

Jeden z ważnych polityków bliskich prezydentowi: — Gdybyśmy mieli taki wpływ na USA, jak ma Izrael, to by było świetnie. Ale aż tak dobrze nie jest. Polska chce być wzorcowym sojusznikiem, by w razie potrzeby dostać od Ameryki wsparcie. Za dużo razy w historii już nas sojusznicy zostawiali.

Cel nr 1? Rozmówca z pałacu: — Utrzymanie sił USA w Polsce i ich potencjalne zwiększanie.

Co do takiego celu jest de facto zgoda między Karolem Nawrockim, szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i szefem MSZ Radosławem Sikorskim.

Wicepremier Sikorski mówił w lutym w swoim exposé o polityce międzynarodowej: — Polska jest gotowa pełnić rolę regionalnego centrum dla sił USA, gościć bazy, misje, być miejscem ćwiczeń, utrzymywać sprzęt kluczowy dla wschodniego skrzydła NATO. (…) Prezydent Trump zadeklarował wobec prezydenta Nawrockiego utrzymanie, a nawet możliwość zwiększenia liczebności amerykańskich wojsk w Polsce.

Wizja ściągnięcia kolejnych żołnierzy USA — a dziś jest ich ok. 10 tys. — jednak się oddala. Przez amerykańsko-izraelski atak na Iran. O redukcji — tak jak to się stało w Rumunii — nie ma jednak mowy.

Pałac prezydencki i PiS inwestują w relacje z USA. Ale swoje kontakty z Ameryką — zwłaszcza z sekretarzem wojny Pete’em Hegsethem — buduje także szef MON. Widać to było w Waszyngtonie, do którego 2 marca polecieli Kosiniak-Kamysz, Marcin Przydacz i Adam Bielan. Wtedy w Białym Domu Donald Trump wręczył Medal Honoru rodzinie Michaela Ollisa, który zginął przed laty w Afganistanie, ratując polskiego żołnierza — Karola Cierpicę.

— Trump osobiście zdecydował, na pięć minut przed uroczystością, żeby Cierpica zabrał głos. Chciał pokazać, że szanuje sojuszników — mówi człowiek znający kulisy wydarzenia.

Człowiek prezydenta: — To jest problem dla PiS, że Trump gada to, co gada. Widać jednak, że trochę się w USA przejęli reakcjami na to, co powiedział o sojusznikach na wojnach w Afganistanie i Iraku [Trump mówił w styczniu, że sojusznicy byli tylko „na tyłach” — red.]. Trump osobiście celebrował pośmiertne wręczenie odznaczenia amerykańskiemu żołnierzowi za uratowanie polskiego żołnierza.

Wtedy trwały już naloty na Iran. A ta wojna ma wpływ na gospodarkę światową. Ceny paliw na stacjach już rosną. Jednak tym się w PiS nie martwią. Wręcz przeciwnie.

W partii jest trauma po tym, jak ich rząd musiał zamknąć granicę dla rosyjskiego węgla po inwazji Rosji na Ukrainę. Doskonale pamiętają, jak ówczesny szef PO Donald Tusk — chcący wrócić na fotel premiera — żądał od rządu PiS, by natychmiast wprowadził zakaz importu tego surowca z Rosji. Tusk pokazywał załadowane węglem wagony ze wschodu wjeżdżające do Polski i wymierzał ciosy, że PiS karmi Putina. Tamten rząd odciął się od rosyjskiego surowca, w zamian awaryjnie ściągając drogi węgiel z Australii, Kolumbii i innych egzotycznych kierunków. Ponadto przez wojnę w Ukrainie wybuchła panika — kierowcy rzucali się tankować paliwo na zapas, lokalnie więc go brakowało, a ceny szybowały.

PiS cieszyłoby się, gdyby teraz podobne problemy miał obóz Donalda Tuska. Dlatego tuż po wybuchu wojny w Iranie politycy PiS opowiadali o braku paliw i kolejkach na stacjach. Paliwa na razie nie brakuje, ale ceny rosną.

Fakt dobrych relacji obozu PiS i Karola Nawrockiego z Trumpem, a nawet ich pewna zażyłość, bywa dla polityków prawicy problemem. Wtedy ćwiczą sztukę zaciskania zębów.

Prezydent USA a to deklarował, że ufa Putinowi, a to wieszał sobie swoje zdjęcie z nim w Białym Domu, a to rzucił, że sojusznicy w Afganistanie tylko siedzieli „na tyłach” i byli niepotrzebni. A to domaga się pokojowego Nobla.

Rozmówca z PiS: — Jak są nakręcone emocje przeciwko Trumpowi, to nie wychylamy się z poparciem dla niego.

W kampanii prezydenckiej w 2025 r. sztab PiS badał, jak wyborcy patrzą na sojusz z Trumpem. Wnioski były takie, że dobre relacje z nim to wciąż duży atut. A poparcie, jakie dostał Nawrocki od Trumpa, pomogło zmyć z kandydata piętno naturszczyka w polityce. I przyczyniło się do jego zwycięstwa.

Teraz też pałac prezydencki bada, jak wyborcy postrzegają Trumpa i alians z nim.

— Są analizy i sondaże, jak Polacy patrzą na USA. Widzimy, że antyamerykańskie nastroje są wykorzystywane przez środowiska lewicowo-liberalne przeciwko Nawrockiemu. Trump dostarcza im argumentów, ale robi to w słowach. W działaniach Trump ośmiesza i osłabia Rosję — przekonuje człowiek z pałacu.

Te działania to uprowadzenie Nicolása Maduro, dyktatora Wenezueli, który siedzi w amerykańskim areszcie. A także zabicie irańskiego przywódcy duchowego i politycznego ajatollaha Alego Chamenei. Czy wymuszenie na Indiach, aby bardzo ograniczyły zakupy rosyjskiej ropy naftowej (to zresztą może zostać odwrócone przez wojnę z Iranem).

Prezydent Nawrocki szybko wpisał się w proamerykański kurs PiS. A jeszcze w czasie kampanii był doszkalany z polityki międzynarodowej, bo się na niej nie znał jako historyk i prezes IPN.

Wizja PiS jest coraz prostsza. Człowiek z PiS: — Tak Jarosław Kaczyński widzi świat: albo pax America [prezes mówił „America”, a nie poprawnie „Americana”], albo IV Rzesza.

Kiedyś Kaczyński mówił o armii europejskiej, ale dziś to dla niego mrzonka. Sam nawet ją wyśmiewa. Swoją wizję porządku świata prezes wyłożył w Katowicach, podczas konferencji programowej partii w zeszłym roku. Mówił o Trumpie jako „najpotężniejszym polityku na świecie”. Według niego nie ma trzeciej drogi, bo albo jest się pod niemieckim butem, albo z Trumpem.

— Mamy dwie opcje — mówił w Katowicach. Opcję niemiecką, niemiecko-brukselską, która sprowadza się do powstania „nowego imperium” Niemiec, i to w ciągu najbliższych lat. I drugą opcję — „pax America” Donalda Trumpa. Kaczyński definiował ją jako sojusz „państw naprawdę demokratycznych”, które miałyby tworzyć — to jego określenie — „demokrację zbrojną”. Te kraje wydawałyby minimum 5 proc. PKB na obronność, a przewodziłaby im Ameryka.

Kaczyński przekonywał: — Amerykanie bywają trudni, ale nie chcą nam zabierać państwa. A Niemcy chcą nam zabrać państwo. Francuzi też, biurokracja europejska aż pali się do tego.

Prezes PiS przez 15 lat przeszedł długą drogę — od idei armii europejskiej do totalnego odrzucenia takiej wizji.

W 2010 r. mówił w „Welt am Sonntag”, że „Unia musi zdobyć się na stworzenie wspólnej armii i zadanie to nie może być nieustannie odkładane”. A potem w katolickim „Gościu Niedzielnym” deklarował, że PiS jest „za Europą, która będzie posiadała własne, silne i sprawne siły zbrojne, podlegające prezydentowi Unii Europejskiej. Dawałoby to Unii rzeczywistą pozycję światowego mocarstwa”.

W 2017 r., już będąc na wojennej ścieżce z Komisją Europejską, mówił w „DGP”: — Miałem koncepcję, którą do dziś uważam za dobrą, ale, niestety, kompletnie nierealną przy obecnym nastawieniu elit europejskich — chodzi o stworzenie takiej UE, która radykalnie zmniejszyłaby interwencje w sprawy poszczególnych państw, ale stałaby się za to prawdziwym supermocarstwem z prawdziwą armią dużo silniejszą od rosyjskiej. To wymagałoby wydawania na ten cel 2 proc. PKB Unii.

Dziś — patrząc na dane za 2025 r. — państwa UE wydają już ponad 2 proc. swoich PKB na obronność. W państwach NATO — a więc w niemal wszystkich państwach UE — nowy cel to 5 proc. PKB (pułap ma być osiągnięty w 2035 r.). Stopniowo za rządów PiS i obecnej koalicji Polska doszła do 4,7 proc. PKB na armię.

Polityk PiS mówi o duchu panującym w partii: — Niemcy nie przyjdą z pomocą, Francuzi też nie. Wedle ludzi PiS tylko na USA tak naprawdę można liczyć. Proamerykańska postawa jest zaszczepiona zwłaszcza w starszym pokoleniu PiS. Oni myślą proamerykańsko. Nawet w kampaniach wyborczych zatrzymywali się głównie w McDonaldzie. Dla nich Ameryka jest fajna.

Człowiek z PiS: — Trump ma ostry prawicowy przekaz. Dlaczego nie mielibyśmy się go trzymać?

Ale to nie jest tylko wybór. Ten obóz jest w zasadzie skazany na Trumpa. PiS i Nawrocki mają w Europie pojedynczych sojuszników — jak premier Włoch Giorgia Meloni (a i z nią się różnią choćby w sprawie umowy o handlu z Mercosur). Z Viktorem Orbánem Nawrocki nawet nie chciał się spotkać, bo to partner Putina. Pozostaje Ameryka — odległa, ale najsilniejsza. A że Trump uznaje się za ojca prezydentury Nawrockiego, to łatwiej z nim rozmawiać.

Jest jeszcze sprawa broni atomowej — PiS i prezydent chcieliby, żeby ta amerykańska była w Polsce.

Jeszcze parę lat temu taki postulat budził często uśmiech politowania. Dziś co do tego, że trzeba o parasol atomowy walczyć, jest zgoda między prezydentem a premierem, choć prawica chce atomu od USA, a premier — europejskiego.

Jeszcze prezydent Andrzej Duda nieraz o tym wspominał. W 2022 r., kilka miesięcy po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, mówił w „Gazecie Polskiej”: — Problemem przede wszystkim jest to, że nie mamy broni nuklearnej. Nic nie wskazuje na to, żebyśmy w najbliższym czasie mieli ją w naszej gestii. Zawsze jest potencjalna możliwość udziału w programie Nuclear Sharing. Rozmawialiśmy z amerykańskimi przywódcami o tym, czy Stany Zjednoczone rozważają taką możliwość. Temat jest otwarty.

Amerykanie — ale to były czasy administracji Joe Bidena — szybko publicznie zgasili temat, mówiąc, że nie ma mowy o wejściu przez Polskę do tego programu. Chodzi o rozmieszczenie głowic jądrowych USA w państwach NATO, teraz są one w Belgii, Niemczech, Włoszech, Holandii i Turcji.

Dziś o parasolu atomowym mówi i obóz prawicy, i obóz rządowy.

Najdalej poszedł Nawrocki. — Ja jestem wielkim zwolennikiem tego, aby Polska przystąpiła do projektu jądrowego [Nuclear Sharing — red.]. Droga do polskiego potencjału jądrowego, oczywiście z szacunkiem do wszystkich regulacji międzynarodowych, jest drogą, którą powinniśmy iść. Trzeba działać w tym kierunku, abyśmy mogli rozpocząć prace — mówił w niedawnym wywiadzie dla Polsatu.

Waszyngton szybko zareagował sprzeciwem wobec ewentualnego czysto polskiego programu broni atomowej.

Wizja Nawrockiego była najbliższa kreowaniu Polski na Izrael Europy. Państwo to ma — choć oficjalnie nigdy nie zostało to potwierdzone — arsenał jądrowy i jest żelaznym sojusznikiem USA.

O polskiej bombie atomowej Nawrocki chlapnął trochę na wyrost. Pałac nie prowadzi żadnych działań w tym kierunku. Współpracownik głowy państwa: — Naszą docelową polityką jest włączenie Polski do Nuclear Sharing. Nie chodzi o to, aby w papierach coś zapisać, ale realnie rozlokować na terytorium Polski tę broń i aby Amerykanie pokazali wrogowi: nie pozwolimy na przejęcie tej broni atomowej, ale jej użyjemy, gdy zaatakujecie Polskę.

— W świecie, w którym o wszystkim decydują siła i pieniądze, nie ma miejsca na prawdziwe sojusze — rzucił w swoim exposé Radosław Sikorski.

W PiS i pałacu mają podobną diagnozę. Tylko inną odpowiedź: ściągnąć jak najwięcej sił USA i związać się wielkimi kontraktami. W nadziei, że Ameryka — Trumpa bądź innego prezydenta — w razie potrzeby też nadciągnie z epicką furią.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version