Jedni odpoczywają, inni wracają wykończeni i z przekonaniem, że nigdy więcej. Nowy pociąg z Polski do Chorwacji to 20-godzinna jazda bez trzymanki. Kłopoty zaczynają się tuż po starcie, jest potwornie gorąco. – Tu się nie da wytrzymać! – pasażerowie stoją nad grzebiącym coś w ścianie serwisantem. – Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby jechać pociągiem do Chorwacji – kręci głową z niedowierzaniem Arek. Sam wysiada już w Rybniku.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Minęła 15, a wraz z nią pierwsza godzina w pociągu Adriatic Express z Warszawy do Rijeki. Pozostało jeszcze 19.

– Prosimy o chwilę cierpliwości, zaraz powinno zrobić się chłodniej – uspokaja drugi serwisant, który chodzi po przedziałach i ręcznie obniża w nich temperaturę, klikając w moduł znajdujący się nad drzwiami. Wyświetlacz wskazuje 21 st. C, ale wszyscy ociekają potem, wewnątrz musi być grubo ponad 30 st.

Rozpoczynają się pierwsze migracje. Niektórzy szukają miejsca w sąsiednich wagonach. – Halinka, wydaje mi się, że tam jest jakiś ruch powietrza, co nam szkodzi pójść i posiedzieć sobie, najwyżej ustąpimy, jak ktoś przyjdzie – facet z piwem w ręku przekonuje żonę.

Inni szykują się do warsu, jedynego miejsca, w którym klimatyzacja hula. – Nie macie państwo po co tam iść, przynajmniej przed Katowicami – rozczarowuje ich serwisant, który wie, że kolejka do wagonu restauracyjnego wyszła już za drzwi, a kucharz przestał wydawać posiłki, bo się nie wyrabia.

– A kiedy u nas będzie zimniej?

– Może nie być wcale – wzdycha serwisant. – Wagony mają ponad 30 lat, przy takim gorącu trudno je schłodzić – wskazuje na wyświetlacz nad przegrodą przedziału, na którym pojawia się napis: „temperatura zewnętrzna 42 st. C”.

Wśród przekleństw przez korytarz przepycha się Basia. W podróż do Chorwacji wybrała się z 10-letnim synem. – Przepraszam, panowie może wiedzą, gdzie tu jest przedział dla palących? – pyta. – Naprawdę nie ma w pociągach takich przedziałów? Aż mi się wierzyć nie chce.

Pierwszy pociąg z Polski do Chorwacji wyjechał 30 czerwca. Ostatni ruszy 28 sierpnia. Trasę 1240 km z Warszawy do Rijeki pokonuje w 20 godzin, cztery razy tygodniowo z kilkoma wyjątkami. PKP przewiduje, że obsłuży ok. 11 tys. pasażerów. Jedni chwalą decyzję o uruchomieniu takiego połączenia, inni pukają się w czoło, pytając, czy naprawdę jest potrzebne w kraju, w którym 15 mln osób doświadcza wykluczenia transportowego.

– Tak naprawdę to jesteśmy na doczepkę – tłumaczy Kamil, który wsiadł do pociągu w czwartek, a będzie wracał w niedzielę.

Udało mu się załapać na kuszetkę, ale w środku oprócz niego są trzy kobiety, więc pomyślał, że nie będzie spędzał tam dużo czasu, żeby nie czuły się niekomfortowo i nie musiały słuchać jego chrapania. Poza tym nie jedzie do Chorwacji, żeby przeleżeć całą drogę. Zaplanował, że koniecznie musi wyjść choć na chwilę na zewnątrz, kiedy Adriatic Express zatrzyma się w środku nocy w Grazu. – Tam mnie jeszcze nie było. Będę też wychodził, kiedy będą nas przepinać – planuje.

Zauważa, że ludzie dali się trochę wkręcić, bo przecież to nie jest prawdziwy pociąg, tylko trzy wagony, w tym jeden sypialny, w sumie 170 miejsc. – W każdym kraju muszą zmienić lokomotywę, bo takie jest prawo. Po godz. 22 odczepią nas w Wiedniu. Potem, gdzieś nad ranem, znów nas odczepią i pojedziemy za jakimś słoweńskim składem – tłumaczy i żegna się, bo obiecał poznanemu przed chwilą mężczyźnie, że jeszcze sobie porozmawiają o pociągach. – Ten to dopiero jest fanatyk kolei, można z nim całą noc przegadać!

Konduktor sprawdza bilety i prosi o zamknięcie okien, inaczej nie zacznie działać klimatyzacja.

– Chłopie, tu się, k…, żyć nie da!

– Ja nie nalegam, tylko proponuję – przeprasza konduktor.

Za Katowicami do warsu da się już wejść, ale wszystkie miejsca są zajęte przez trzy duże rodziny z dziećmi, dwie grupy znajomych na oko koło trzydziestki, kilkoro emerytów w klapkach, którzy podróżują z nastolatkami, oraz dwie czy trzy pary.

Spocony kucharz wydaje schabowego i pyta stojącego za kasą kolegę, co dalej, bo się pogubił, nie wie, czy miał przygotować cztery piersi z kurczaka, czy pięć, ale muszą być z ziemniakami, bo kasza bulgur już się skończyła. Zaraz skończą się też mielone, a to dopiero 17.

Spod baru rozwojowi sytuacji zza ciemnych pilotek przygląda się Arek. Pije piwo i spogląda na zegarek. Kiedy zwalniają się cztery miejsca, szybko siada. – Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby jechać pociągiem do Chorwacji – kręci głową z niedowierzaniem.

Sam wysiada w Rybniku za niecałą godzinę, ale gdyby zachciało mu się nad Adriatyk, wybrałby samolot. – Bilety wcale nie są dużo droższe, bo tu w pociągu ceny wahają się od 200 do 400 zł. No, chyba że ludzie wybrali kolej, bo boją się latać – zastanawia się i zaczyna tłumaczyć, że w takim razie musieli ulec spirali strachu i gdyby tylko dokładnie poznali tajniki bezpieczeństwa samolotów, na pewno nie wsiedliby do tego przeklętego pociągu. – Wiem, co mówię, byłem stewardem i tak się nawet składa, że mieszkałem przez trzy lata w Zagrzebiu. Kraj fajny, tylko ludzie jacyś napuszeni. Ależ proszę, oczywiście, że można się dosiąść, drogie panie!

Robi miejsce dla Sylwii i Klary, które siadają zadowolone, że ktoś przywitał je po polsku. W przedziale podróżują z czwórką dwudziestolatków rozmawiających po angielsku i ukraińsku. – Nawijają po swojemu, widać, że młoda krew. Przeżywają teraz to co my kiedyś – wzdycha nostalgicznie Sylwia.

A miały jechać kuszetką. Zgadały się z koleżankami, że uruchomiono nowe połączenie, no i może zobaczyłyby, co ono jest warte. Zajęłyby cały przedział sypialny i się wyspały, ale tamte zrezygnowały. Jednej nie puścił zazdrosny mąż – powiedział, że jeśli pojedzie, to ją spakuje, wystawi walizki za drzwi i nie będzie miała po co wracać.

Mężowie Sylwii i Klary są wyrozumiali i praktyczni, więc wysłali je na przeszpiegi. Jeśli będzie fajnie, to może za rok zabiorą dzieci i pojadą wszyscy.

– A co się stało z tą drugą koleżanką, że nie pojechała? – pyta Arek.

Klara macha ręką zirytowana i opowiada, że tamta wolała za te pieniądze coś wyremontować. – Ale my też się obie budujemy, ja do pociągu w zasadzie prosto od wiertarki pobiegłam, każdy grosz się liczy, ale przecież tysiąc złotych mnie nie zbawi – mówi.

Jedzie, bo chce zobaczyć chorwackie morze. Nad polskim była cztery lata temu. – Zimno i dzień w dzień lało. Obiecałam sobie, że nigdy więcej już nie pojadę – wspomina.

Zostały więc we dwie i postanowiły, że nie wsiądą do kuszetki. – A bo to wiadomo, kto jeszcze będzie w przedziale? – robi poważną minę Sylwia.

– Ale dlaczego nie samolotem? – pyta Arek i opowiada, że jako steward naprawdę się nalatał, a dużych turbulencji, podczas których bał się o życie, doświadczył tylko raz.

Klara kiwa głową i wyznaje, że ma klaustrofobię. Robi się jej słabo, kiedy wyobraża sobie niewielką przestrzeń, z której nie mogłaby w każdej chwili wyjść. – Nie wiem, czy mieliby na pokładzie wystarczająco dużo procentów, żeby mnie upić – żartuje, a Arek od razu zapewnia, że za jego czasów nigdy alkoholu nie zabrakło.

– A ja jadę, bo po prostu chciałam tego doświadczyć – mówi Sylwia. Do pociągu wsiadła dopiero drugi raz w życiu. Zamierza odpocząć przed sianokosami, które zbliżają się w jej gospodarstwie.

Nasłuchały się o tej Chorwacji, że co roku odwiedza ją ponad milion Polaków. Z Podlasia to kawał drogi, wyruszyły rano, najpierw kawałek samochodem, potem wsiadły w pociąg do stolicy. Przed nimi jeszcze 16 godzin. W Rijece znalazły tani pokój w hostelu, zamierzają tam tylko spać.

Poznały się w kole gospodyń wiejskich. Za pieczeniem nie przepadają, ale dobrze mieć odskocznię, na wsi niewiele się dzieje. Co roku starają się o dotację od państwa, ostatnio dostały 8 tys. zł i wybudowały za to altanę. Co roku w ich gminie odbywają się pikniki pod hasłami przeciwko alkoholowi i przemocy. Coś tam czasem ugotują, ale ludziom raczej chodzi o picie. – Wszyscy się wtedy zataczają – mówią.

Trochę inaczej wyobrażały sobie tę podróż. Myślały, że do Warszawy zawiezie je pendolino. – A czy to prawda, że ludzie w samolotach uprawiają seks w toalecie? – pytają Arka, a on opuszcza okulary, pokazuje błękitne oczy i kiwa głową. – Oczywiście, choć to niezbyt wygodne. Muszę wam wyznać, że sam należę do tego klubu.

Ostatni moment, żeby coś zjeść. Wars zamyka się ok. 22, odepną go w Wiedniu, a potem do samej Rijeki będzie można kupić tylko kawę, herbatę i drobne przekąski u opiekuna kuszetki.

Marek, Anna i ich córka Zosia dosiedli się we Włoszczowie. Odstali swoje w warsie, w końcu mogą usiąść. – Dawno nie jechaliśmy nigdzie pociągiem, ja to chyba z 20 lat, więc uznaliśmy, że odbędziemy taką rodzinną przygodę – mówi Anna, mieszając kawę drewnianym patyczkiem.

Marek komentuje, że przez te 20 lat niewiele się na kolei zmieniło. Człowiek dalej czuje się jak w puszce, choć trochę większej, bo kiedyś przedziały były ośmioosobowe, a dziś tylko sześcio. – Zaskakujące, że wciąż nie ma klimatyzacji i że nie działa wi-fi, ale dla mnie to bez znaczenia. Najważniejsze, że spędzamy czas razem – uśmiecha się.

Mieli jechać do Kołobrzegu, ale w ostatniej chwili zmienili zdanie, bo usłyszeli o nowej trasie do Chorwacji. Choć nie lubią spędzać wakacji za granicą, bo nie czują się tam pewnie, to oczarowała ich wizja wielkiej przygody. Połączenie do Rijeki jest reklamowane jako jedno z najdłuższych w Europie.

– Tyle że to spore nadużycie – uważa Marek. – Przecież to ledwie trzy wagony podczepiane w różnych miejscach. W dodatku stare, a szum w mediach jest taki, że ludzie oczekują pendolino i potem są zawiedzeni. No ale politycy kłamią i chwalą się byle czym, więc mogliśmy to przewidzieć.

Marek czuje się oszukany również z powodu cen biletów. – Trąbią, że są po 193 zł, my po tygodniu kupiliśmy za 215. W przedziale z nami jedzie pan, który zapłacił 350. Kuszetki chodzą podobno po 400 zł, ale się nie załapaliśmy. Taniej by nam wyszło pewnie jechać autem, a może nawet i lecieć, ale zależało nam na przeżyciu tej konkretnej podróży.

Temperatura robi się znośna dopiero przed północą. Niektórzy próbują spać, inni chodzą po korytarzu i masują kolana. Kilkoro palaczy przy każdej stacji ustawia się w kolejce do drzwi, wybiega na dwie minuty, wypala papierosa do połowy, rzuca pety na tory i wraz z gwizdkiem konduktora wbiega do środka.

– No, teraz znowu mogę żyć! – krzyczy Baśka. – Ludzie! Róbmy coś, bo tu taka nuda, a spać się przecież nie da!

W wagonie znają już Baśkę dobrze, chodzi od przedziału do przedziału i zagaduje. Podobno ma działkę na Mazurach i zapraszała na nią kucharza z warsu.

– W nocy nie było źle, a mogło być lepiej, gdyby nie dosiadła się do nas w Wiedniu starsza pani. Zniknęła nad ranem w Mariborze i w przedziale została nas trójka, wtedy dopiero dało się w końcu jakoś rozłożyć – mówi Daga, rocznik 2002.

Do Rijeki podróżuje ze swoim chłopakiem Wojtkiem (rocznik 2000). Wsiedli w Katowicach, do których dojechali z Rzeszowa. Cała wyprawa zajmie im ok. 30 godzin. O Rijece nie wiedzą prawie nic – wystarczy, że ma nie padać i można się wykąpać w morzu.

Wojtek wyciąga grzałkę, nalewa do kubka wodę i próbuje podgrzać ją na tyle, żeby zaparzyć poranną kawę. Trwa to prawie godzinę, bo w kontaktach co chwilę brakuje prądu, więc Wojtek trochę przeklina, ale w sumie to jest zadowolony. Myślał, że będzie ciężko, tymczasem w ogóle go ta podróż nie męczy. Żeby jechać do Chorwacji autem, to nawet nie myśleli, bo diesel Wojtka pali dychę przy spokojnej jeździe, a on tak nie potrafi prowadzić. – Kocham zapier*****. Zdajesz sobie sprawę, jakie jest spalanie przy 170? – pyta. – A ja tak cały czas jadę. Kiedy jest zgłoszenie o tajniakach, zwalniam na chwilę do 145, delikatnie ich wyprzedzam i znowu rura, czasem nawet 200 – śmieje się.

Słyszał, że w Austrii czy Słowenii trzeba wolniej, bo wszędzie są radary, więc uznał, że szlag go trafi, i kupił bilety na pociąg. Na razie zarezerwowali w Rijece cztery noclegi, potem się zobaczy, mają tydzień, może przeniosą się gdzieś na południe.

Nie przeraża ich, że do Chorwacji jadą teraz pewnie tłumy Polaków. – Nie mam z rodakami problemu, no, chyba że w pociągu, w takich okolicznościach Polaków nienawidzę – podnosi głos. – Jechaliśmy dziś rano do Katowic. Jeden był pijany, rozlewał browary, piwskiem śmierdział, a drugi puszczał muzykę na cały regulator. Gorąco było jeszcze bardziej niż tu, klimatyzacja całkiem się popsuła – opowiada.

Pracuje na kolei. Daga może zostanie policjantką, ostatnio była na praktykach i jej się spodobało.

Krótko po godz. 10 pociąg wjeżdża na stację w Rijece. Budynki są odrapane, pasażerowie zmęczeni, gorąc bucha od asfaltu, drzew wokół niewiele. Każdy idzie w swoją stronę z niejasnym planem, co tu robić przez kolejne pięć, sześć godzin, zanim rozpocznie się doba hotelowa.

W niedzielę powrót po 18. Pociąg podstawiają godzinę wcześniej, ludzie wnoszą walizki i wracają na peron. W środku nie da się wysiedzieć.

– Warsu nie będzie aż do Wiednia – opiekun kuszetki odpowiada na pytania pasażerów. – My jesteśmy, proszę państwa, ­tylko na doczepkę, na dwa miesiące. Dlatego nie ma restauracji, a coś małego mogą państwo u mnie kupić, ale to dopiero jak do jakiegoś większego miasta zajedziemy, przez te góry zasięgu nie będzie, więc nie uruchomię ­terminalu.

Ludzie pytają, dlaczego w środku tak gorąco. Tłumaczy, że to te same wagony, co przyjechały w piątek, a potem prawie dwie doby stały bez wysokiego napięcia i się grzały. – Nie wiem dlaczego, mamy przecież przewody, da się je podłączyć i schłodzić skład – rozkłada bezradnie ręce.

Konrad i Grażyna przyjechali do Rijeki przed tygodniem aż spod Rzeszowa. Martwią się, jak to będzie w drodze powrotnej. – To był poroniony pomysł – komentuje kobieta. – Podróż do domu zajmie nam prawie 30 godzin. Trzeba mieć kuku na muniu, żeby się w coś takiego wpakować, aż się sobie dziwię. Nabraliśmy się, bo słyszeliśmy, że to takie ­super-duper.

Przyrzekła sobie, że jak wróci, zacznie odradzać tę podróż znajomym. – Tym bardziej że w Rijece żadnych kokosów nie ma, już chyba lepiej było wysiąść w tej Lublanie. Proszę tylko popatrzeć na ten dworzec – pokazuje ręką dziurawe perony i brudne ławki.

Wracają jej wspomnienia z czasów PRL. – Do toalety strach tu wejść, taki smród. Oby tylko jakoś dojechać do domu bez przygód i nie trafić na tego pana, co w tamtą stronę podróżował z nami. Ciągle gdzieś wędrował, śpiewał, gadał, smarkał, później wziął karimatę i poszedł spać na korytarz – opowiada.

Na stację przychodzą też Marek, Anna i Zosia. – My się już więcej pociągiem do Rijeki nie wybierzemy. Warunki są fatalne, w mieście nic nie ma. Najbliższa plaża to wybieg dla psów. Kolejna jest malutka, ledwo się ludzie mieszczą – mówi Marek.

– Głównie to jedliśmy w McDonaldzie, bo ja się brzydzę niepolskiego mięsa, obce po prostu mi nie smakuje – dodaje Anna.

– Kawy normalnej kupić nie można, a espresso za mocne dla mnie. Knajpy w niedzielę pozamykane, miasto jest brzydkie, apartament miał standard naszej komórki – wylicza Marek.

Anna prosi, żeby już nie przesadzał, pokoje nie były wcale takie złe, ale też nie tak piękne, jak zachwalał je właściciel. – Tyle się nasłuchałem o tej Chorwacji, a nie wiem, czy ona się podnosi, czy upada? Wyasfaltowali sobie świat, żyć się nie da. Kojarzy mi się trochę z Bytomiem sprzed kilkudziesięciu lat – porównuje Marek.

Dwa lata temu Chorwację przyjęto do strefy Schengen i euro. Wpływy z turystyki wynoszą ok. 25 proc. całego PKB i stale rosną. Problemem jest depopulacja – od rozpadu Jugosławii w 1991 r. ubyło 1,2 mln Chorwatów (z 5 do 3,8 mln). Młodzi wyjeżdżą za granicę w poszukiwaniu lepszej pracy. Chorwaci narzekają na edukację, niskie pensje, służbę zdrowia. Cztery lata temu otworzyli się na migrantów. Przyjęli ponad 110 tys. głównie niewykwalifikowanych robotników, w większości z Azji. Ale ci rzadko chcą zostać na stałe – wolą zarobić i wrócić do domu. Brakuje lekarzy, pielęgniarek, pracowników branży IT.

Po tygodniu w Chorwacji Rima wraca kuszetką do domu. Urodziła się w Polsce przy granicy z Litwą. Jej rodzina mieszkała tam od wieków, w 1920 r. przyłączono te tereny do Polski i tak już zostało, więc są mniejszością narodową. Rima wyjechała na studia do Kowna i dziś pracuje w aptece w jednym z litewskich kurortów.

Przyznaje, że dała się nabrać. Umawiały się z koleżanką na jakiś wspólny wyjazd i wtedy zobaczyła zdjęcie w internecie. Fotografia przedstawiała pendolino i luksusowo wyglądające łóżka. – Przyznam, że trochę się zdziwiłam, kiedy podjechały stare składy – śmieje się Rima.

Noc miały ciężką, dosiadła się do nich matka z dzieckiem. – Jęczało całą noc, ale trudno, i tak się zdarza, za to dziś poznałam ciebie i możemy sobie miło porozmawiać o tym, co w Polsce i co u mnie w Litwie. Czy się boimy wojny? Przestałam oglądać telewizję, bo w kółko tylko o Rosji mówią, zwariować można – opowiada.

Ruszamy. Opiekun kuszetki prosi, żeby zamykać drzwi, bo wtedy zacznie działać klimatyzacja. Do północy jest jednak tak gorąco, że nie da się zasnąć. Otwieramy okno i do przedziału wlatuje trochę zimnego powietrza. Nie potrafimy wytrzymać hałasu, zamykamy okno i długo nie możemy zmrużyć oka.

O 9 ustawia się kolejka do warsu. – Muszą państwo wiedzieć, że nie mamy wielu produktów, np. schabowych. Obżarli nas wczoraj na trasie do Wiednia, a to jest pociąg, a nie sklep – mówi mężczyzna przyjmujący zamówienia. – Ale spokojnie, nikogo głodnego nie wypuścimy. Obiecuję, że jaj nam nie zabraknie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version