Jeśli wchodzisz do islandzkiej polityki z polskim bagażem, nie zrobisz wielkiej kariery. Mam polskie korzenie, ale reprezentuję interesy wszystkich Islandczyków — mówi Pawel Bartoszek, szef Komisji Spraw Zagranicznych Althingu, islandzkiego parlamentu.

Pawel Bartoszek: Nie powiedziałbym, że jestem „polską gwiazdą” islandzkiej polityki, zaś najkrócej mówiąc, przepustką do polityki było dla mnie dziennikarstwo. Wszystko zaczęło się w czasach studenckich od publikowania tekstów w witrynie internetowej Deiglan.com związanej z centro-prawicowym ruchem studenckim. Przez ponad 10 lat pisywałem teksty na tematy lokalne, ale w 2010 r., „Fréttablaðið” największa wówczas gazeta Islandii zaoferowała mi możliwość publikowania stałych felietonów co najmniej raz w tygodniu. Publikowałem tam z przerwami przez siedem lat opiniotwórcze teksty, głównie na tematy bieżące. Dzięki temu mogłem zaistnieć szerzej w świadomości islandzkiej opinii publicznej.

Jeśli chodzi o działalność polityczną, na początku byłem związany z młodzieżówką centroprawicowej Partii Niepodległości. Na przełomie 2010 i 2011 r. zostałem wybrany do Zgromadzenia Konstytucyjnego Islandii. Pierwszy raz do parlamentu (Alþingi) dostałem się w 2016 r. z ramienia nowo utworzonej partii Viðreisn. Odrodzenie albo Partia Reform, bo tak zazwyczaj tłumaczy się jej islandzką nazwę na język polski, jest ugrupowaniem centrowym, liberalnym i proeuropejskim. Niestety kadencja parlamentu skończyła się wcześniej, zaś w rozpisanych w 2017 r. wyborach parlamentarnych nie zdobyłem mandatu.

Rok później z ramienia Odrodzenia wystartowałem w wyborach lokalnych i zostałem radnym. Uzyskaliśmy dwa mandaty w Radzie Miasta Reykjavíku i weszliśmy do koalicji rządzącej stolicą. W latach 2019–2021 pełniłem funkcję przewodniczącego Rady Miasta, potem również kierowałem Komisją do spraw planowania, komunikacji i transportu. Kiedy stałem na czele komisji ds. planowania, przyjęliśmy plan, że co roku będziemy zatwierdzać budowę tysiąca nowych mieszkań, także socjalnych. Dotrzymaliśmy obietnicy. Z mojej inicjatywy trzy ulice w Reykjavíku zostały nazwane na część krajów Bałtyckich — Eistlandsbryggja, Lettlandsbryggja, Litháenbryggja (Wybrzeże Estońskie, Łotewskie i Litewskie). Odrodzenie zapewniło mniejszościom finansowanie nauki języka ojczystego, także polskiego, w szkołach sobotnich. Niestety nowa lewicowa koalicja rządząca miastem ogłosiła, że się z tego wycofuje.

— Licząc działalność w młodzieżowce Partii Niepodległości, można powiedzieć, że w polityce jestem już od lat 15 lat. Od 10 polityką zajmuje się zawodowo. 15 lat to sporo.

— W demokracji kłótnie i spory są naturalną rzeczą. Islandzka polityka trzyma się standardów skandynawskich. Nawet jeśli się spieramy, to w kwestiach merytorycznych i bez skakania sobie do gardeł. Poziom kultury politycznej jest raczej wysoki. Owszem, w ostatnich latach zwiększyła się polaryzacja, głównie w kwestiach związanych z integracją europejską czy imigracją. Śledzę polską politykę i może dlatego, że robię to z dystansu, dostrzegam też pozytywne zmiany. Cieszy mnie bardzo wysoki poziom zaangażowania społecznego w ostatnich wyborach i to zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich. Mam na myśli stosunkowo wysoką frekwencję.

— W ostatnich wyborach w 2024 r. bardzo blisko zdobycia mandatu z ramienia Partii Ludowej (Flokkur fólksins) była Marta Wieczorek, nauczycielka języka polskiego i islandzkiego, nagrodzona tytułem Reykjawiczanki Roku 2024. Zabrakło jej dosłownie kilku głosów, więc obejmie rolę zastępczyni posła. Z kolei Partię Piratów reprezentowała Joanna Wiktoria Ginter, zaangażowana w obronę praw imigrantów. Niestety nie dostała się do parlamentu. Jeśli chodzi o mnie, reprezentuję interesy wszystkich Islandczyków, a nie tylko Polaków mieszkających na wyspie. Owszem mam korzenie polskie, często jeżdżę do Polski, mam tam rodzinę i pragnę, aby Polsce powodziło się jak najlepiej, ale jestem przede wszystkim politykiem islandzkim.

— Te dwie tożsamości — polska i islandzka — nie muszą się wykluczać. Etnicznie jestem Polakiem, ale uważam się za Islandczyka, Islandczycy są moimi wyborcami zaś w kraju i za granicą reprezentuję interesy Republiki Islandii.

— Nie przedstawiałbym sytuacji Polaków w Islandii w taki sposób. Kiedy zasiadałem w Radzie Miasta Reykjavíku, pewnego dnia w jej posiedzeniu brały udział trzy osoby polskiego pochodzenia. Oprócz mnie był Witold Bogdański z Partii Niepodległości i Anna Maria Wojtynska z Partii Socjalistycznej. Nie jest więc aż tak źle. Myślę, że z czasem coraz więcej polityków polskiego pochodzenia odnosić będzie sukcesy w polityce lokalnej i ogólnokrajowej. Mam nadzieję, że będą dla nich przykładem. Awans w społeczeństwie islandzkim, zresztą jak w każdym, to kwestia czasu. Integracja, budowanie pozycji i wzmacnianie więzów społecznych zajmuje lata. W takich małym kraju jak Islandia więzy społeczne są bardzo ważne. Jeśli chodzi o mnie, zacieśniałem je od wczesnej młodości. Bardzo pomagało mi to, że zajmowałem się polityką już w czasach studenckich i że w tym środowisku miałem dużo przyjaciół, z którymi wspólnie się rozwijałem.

— Na pewno stanowią jakąś część moich wyborców, ale nigdy tego nie sprawdzałem. Ani wcześniej, ani też w czasie ostatniej kampanii wyborczej, nie kierowałem mojego przekazu do osób polskiego pochodzenia. Jeśli w islandzkiej polityce gra się tylko kartą etniczną, ogranicza się szanse na zrobienie kariery politycznej.

— Nigdy w nim byłem. Kiedy w 1988 r. przeprowadziliśmy się na Islandię, na wyspie mieszkało na stałe może 50-100 Polaków, zaś w 2000 r. nie więcej niż tysiąc. Kiedy dorastałem politycznie, tematu polskiej migracji nie było. Owszem z czasem Polacy stali się największą mniejszością, ale nie wiem, czy stanąłbym na czele Rady Miasta, albo przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych parlamentu, gdybym reprezentował tylko interesy jednej grupy etnicznej czy społecznej. Jeśli wchodzisz do polityki w nowym kraju ze swym narodowym bagażem, to istnieje duże ryzyko, że nawet jak dostaniesz się do parlamentu, trafisz co najwyżej do komisji zajmującej się wielokulturowością czy integracją cudzoziemców. Gdybym grał tylko polską kartą, straciłbym szansę na awans na kluczowe stanowiska w islandzkiej polityce.

— Partia Reform, której jestem członkiem, popiera zarówno wznowienie negocjacji akcesyjnych, jak i członkostwo w UE. Opieranie się tylko na samych sondażach może być oczywiście zgubne, ale w ciągu ostatnich trzech lat wzrosła liczba zwolenników akcesję Islandii do Unii Europejskiej [z ostatniego sondażu wynika, że 45 proc. jest za, zaś 35 proc. przeciw — red.]. Zdecydowana większość (58 proc.) jest za zorganizowaniem referendum w sprawie powrotu do stołu negocjacji. Islandia nigdy formalnie nie wycofała wniosku o członkostwo. W 2015 r. rząd ogłosił tylko całkowite wstrzymanie rokowań. Chcielibyśmy, aby do 2018 r. zostało przeprowadzone referendum, w którym Islandczycy zdecydują o tym, co dalej z procesem negocjacji. Będąc częścią Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Schengen jesteśmy mocno zintegrowani z UE.

— Na pewno wpływ na wzrost poparcia do członkostwa w UE miała pełnoskalowa inwazja Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Widać to wyraźnie w sondażach. Otóż po raz pierwszy od dłuższego czasu zwolenników akcesji było więcej niż przeciwników już w marcu 2022 r. Od ponad trzech lat poparcie dla UE rośnie. Myślę, że ludzie zdali sobie sprawę z tego, że w tak niepewnych czasach lepiej być częścią większej grupy krajów, mieć więcej przyjaciół i sojuszników. Historyczne wyżyny osiągnęło też poparcie dla NATO, którego członkiem Islandia jest od 1949 r. Nie czujemy się zagrożeni tak jak Grenlandczycy, ale pomysły prezydenta Stanów Zjednoczonych wobec Grenlandii i sposób, w jaki je prezentuje, na pewno wpływają na zmianę nastawienia do członkostwa w UE. Widzieliśmy, że kiedy Donald Trump mówił o przejęciu Grenlandii, premier Mette Frederiksen zaczęła jeździć po Europie, by szukać wsparcia u sojuszników z UE.

— Nie sądzę, aby zmieniło się to w przewidywalnej przyszłości. Budowę bazy ukończono w 1951 r. W szczycie zimnej wojny stacjonowały tam tysiące żołnierzy wspierających amerykańską marynarkę i lotnictwo. Zamknięto ją w 2006 r., co było pośrednio skutkiem ocieplenia relacji między NATO a Rosją. Amerykanie wrócili do Keflaviku w 2016 r., kiedy znów zaczęło rosnąć zagrożenie ze strony Moskwy. Mamy bardzo dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Jestem gorącym zwolennikiem członkostwa Islandii w NATO i sojuszu z USA. Z racji strategicznego położenia Amerykanie uważają Islandię za kluczową część swojej obrony narodowej. Tego się trzymamy.

— O tym rozmawia się wyłącznie w kręgach akademickich. Taką tezę od czasu do czasu przedstawiają eksperci, ale raczej jako prowokację intelektualną. Wydaje mi się, że w najbliższej przyszłości nie będzie w Islandii konsensusu politycznego potrzebnego do budowy własnej armii.

— Islandia oczywiście nie posiada stałych sił zbrojnych, głównie ze względu na niewielką liczbę ludności i ogromny obszar lądowy, który miałyby one chronić. Nie znaczy to, że nie toczy się debata na temat obronności. Jej podstawą pozostaje wciąż Icelandic Air Policing, czyli operacja NATO, w ramach której od 2008 r. sojusznicze państwa, w tym Polska, patrolują przestrzeń powietrzną Islandii. Zwiększamy możliwość przyjmowania samolotów krajów NATO. W tym roku gościliśmy już Czechów i Hiszpanów. W sierpniu do Keflaviku przyleciały cztery belgijskie F-16 wraz z personelem liczącym ok. 100 osób. Będziemy rozbudowywać infrastrukturę, w tym systemy radarowe. Szczerze mówiąc, nie widzę teraz jakiejś alternatywy dla tego modelu. Nie wiem, czy Islandia byłaby w stanie w niedługim czasie stworzyć własną armię, która byłaby w stanie obronić się przed atakiem jakiegoś mocarstwa. Do premyślenia jest natomiast wzmocnienie Straży Przybrzeżnej, rozbudowa służby cywilnej itd.

— Nie powiedziałbym, że Islandczycy czują się bezpośrednio zagrożeni militarnym atakiem ze strony Rosji, ale jesteśmy częścią NATO, zaś największym zagrożeniem bezpieczeństwa Europy i Sojuszu Północnoatlantyckiego, a więc także Islandii, jest Rosja. Zaraz po inwazji na Ukrainę rosyjska narracja prawie w ogóle nie przebijała się do naszej sfery informacyjnej, ale to się zmieniło. Śledząc media, także te społecznościowe zauważam, że rosyjska propaganda jest tam coraz bardziej obecna. Trudno mi powiedzieć, czy jest to zorganizowana akcja.

— Myślę, że głównym celem rosyjskiej propagandy jest zmniejszenie poparcia Islandii dla Ukrainy, a także wywołanie chaosu wewnątrz NATO poprzez zdestabilizowanie jak największej liczby państw członkowskich, w tym Islandii. Jak na razie Rosjanie nie odnieśli u nas w tej kwestii spektakularnych sukcesów, bo islandzka opinia publiczna nadal popiera walkę Ukrainy o zachowanie niepodległości. Od momentu rozpoczęcia inwazji Rosji Islandia przekazała Ukrainie pomoc wartości 13 mld koron islandzkich. Na początku br. rząd przekazał ponad 2 mln euro na wsparcie produkcji ukraińskiej broni w ramach europejskiej inicjatywy wzmacniania zdolności obronnych tego kraju.

— Nie mamy aż tak dużych problemów wewnętrznych, aby uznać je za zagrożenie. Islandzka gospodarka ma się dobrze, wszystkie wskaźniki są na zielono. Jesteśmy zamożnym krajem z wykształconym społeczeństwem, ludzie żyją dobrze i długo. Oczywiście są pewne sfery, w których można by coś poprawić — nasz system edukacji mógłby być bardziej ambitny, zaś kraj powinien być lepiej przygotowany do postępu technologicznego i wynikających z tego wyzwań. Nie jestem jednak w stanie wymienić choćby potencjalnego zagrożenia. Nawet w pandemii poradziliśmy sobie relatywnie dobrze.

— W Islandii udział imigrantów w życiu zawodowym był zawsze bardzo wysoki. Przyjeżdżający do nas cudzoziemcy pracują i raczej nie sprawiają kłopotów, co nie oznacza, że nie toczy się na ten temat debata polityczna. Rząd, którego częścią jest moja partia, podejmuje kroki zmierzające do zaostrzenia kontroli na granicy [Islandia jest w Schengen — red.] i do ułatwienia procedur wydalania z kraju osób, których obecność sprawia więcej problemów niż korzyści.

— Z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, którzy starają się o azyl. Imigranci stanowią nieco ponad 20 proc. społeczeństwa. Wśród osób ubiegających się o azyl najwięcej jest Ukraińców, ale także Wenezuelczyków, Palestyńczyków i Syryjczyków.

— Zgadza się, w tej grupie jest najwięcej samotnych kobiet z dziećmi. Szybko znajdują pracę i dobrze się ingerują społeczne i zawodowo. Mają dobrą opinię.

— O to trzeba by zapytać Polaków, jak już mówiłem, uważam się za islandzkiego polityka, więc nie mam w tej kwestii doświadczenia.

— Oczywiście, że utrzymuję, ale nie zajmuję się ich statusem. Z tego, co wiem, Islandczycy mają wciąż dobrą opinię o Polakach. W Islandii integracja cudzoziemców jest wyzwaniem z powodu wielkiej roli społecznej rodziny. Kiedy przyjeżdża się tu jako dziecko, można znaleźć islandzkich przyjaciół i kolegów w szkole. Przyjaźnie między Islandczykami a imigrantami na szczeblu zawodowym są już rzadsze i nie tak silne. Im ludzie są starsi, tym bardziej skupiają się na życiu rodzinnym.

— Można by to w ten sposób ująć. Na tym polega główny problem z integracją społeczną. Z integracją na rynku pracy nie ma w Islandii problemów.

— To nie jest takie łatwe. Islandczycy to społeczeństwo nordyckie, protestanckie, północnoeuropejskie. Osobom przyjezdnym, zwłaszcza dorosłym, nie jest tu łatwo nawiązać głębokie relacje.

— Bardzo dobrze. Najbardziej cenię sobie spokój, bezpieczeństwo i równość. Islandczycy są społeczeństwem liberalnym, także w kwestiach światopoglądowych. Jeśli mieszka się w otwartym państwie, gdzie poziom życia i bezpieczeństwa jest wysoki, to o co więcej można prosić?

— Czymś trzeba sobie urozmaicić tę szarą islandzką rzeczywistość (śmiech). Poza tym nordic noir stało się modne, więc wielu reżyserów i artystów zaczęło to kopiować. Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że kraje nordyckie powinny stawiać na science fiction. Jestem wielkim fanem islandzkiego serialu „Katla”, który można obejrzeć na Netfliksie. Niewiele osób wie, że inspiracją dla reżysera i scenarzysty było „Solaris” Stanisława Lema. Tak się złożyło, że tę powieść czytałem dwukrotnie, więc oglądając „Katlę” od razu dopatrzyłem się inspiracji.

— „101 Rejkiawik” z 2000 r. w reżyserii Baltasara Kormákura na podstawie kultowej powieści Hallgrímura Helgasona o tym samym tytule. Kiedyś bardzo głośny, wciąż wart obejrzenia. Świetnie oddaje nastrój, jaki panował w latach 90. w centrum Reykjaviku. W pewnych kręgach „101 Rejkiawik” stał się w Islandii synonimem pewnego rodzaju zachowania, narzucania społeczeństwu czegoś przez liberalne elity. Polecam też czarną komedię z 2022 r. „Á ferð með mömmu” w reżyserii Hilmara Oddssona. W Polsce pokazywana była pod tytułem „Matka siedzi z tyłu”. To czarno-biały film, którego fabuła dzieje się w latach 80. kiedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, które psują dzisiejsze kino.

— Ale pół roku jest jasno (śmiech), zaś Rejkiawik jest najjaśniejszą stolicą na świecie, jeżeli chodzi o ilość słońca w ciągu roku, gdyż zachód słońca tutaj trwa zwykle kilka godzin. Jeśli chodzi o zimę i brak światła — Islandia to nie jest Alaska ani Svalbard. Nawet zimą jest kilka godzin słońca, co ma wielki pozytywny wpływ na nasze samopoczucie. Kiedy dni są najkrótsze, słońce wschodzi ok. 11 przed południem i zachodzi ok. 4 po południu. Czy to najlepszy kraj na ziemi? Na pewno zbudowaliśmy tu wspaniałe społeczeństwo, ale zawsze można się też czegoś nauczyć od innych.

* Pawel Bartoszek (1980) islandzki polityk, felietonista, matematyk, obecnie szef Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Islandzkiego.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version