Zaczęło się niepozornie. Zgłoszenie zaginięcia Andrzeja Muchy wpłynęło w Anglii. 57-letni Polak z Grudziądza przestał się odzywać do najbliższych, bez żadnego wytłumaczenia. Początkowo — jedna z wielu takich spraw. Do czasu, aż śledczy po obu stronach granicy zaczęli dostrzegać, że za tą ciszą kryje się coś więcej.
To była jedna z najgłośniejszych spraw ostatnich miesięcy. Trop prowadził przez dwa kraje, wymagał współpracy służb, które miesiącami składały w całość porozrzucane elementy układanki. Każdy szczegół miał znaczenie, każda decyzja mogła przesądzić o dalszym biegu śledztwa. Rozmawiamy z komisarzem z Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, który pracował przy tej sprawie. O tym, jak wygląda operacyjna rzeczywistość, gdy sprawa nie daje o sobie zapomnieć, oraz dlaczego — nawet gdy ktoś znika bez śladu — sprawcy nigdy nie mogą spać spokojnie
Newsweek Magazyn Kryminalny: Wszystko zaczęło się 22 grudnia 2021 r. Właśnie wtedy mieszkający w Slough w Wielkiej Brytanii 57-letni Andrzej Mucha miał ostatni kontakt z rodziną. Potem jego telefon zamilkł, a najbliższa rodzina zgłosiła zaginięcie.
Komisarz Wojciech Sypta: Tak, ale w tej sprawie od początku było podejrzenie, że nie jest to klasyczne zaginięcie. W Wielkiej Brytanii tamtejsze służby przez rok z jednej strony prowadziły działania typowo poszukiwacze, ale z drugiej miały na uwadze, że w tym przypadku mogło dojść do zbrodni. W związku z tym działały dwutorowo.
Newsweek Kryminalny, szukaj w salonach Empik i na Literia.pl
Foto: Newsweek
Co świadczyło o tym, że nie jest to klasyczne zaginięcie?
Córka zaginionego była pewna i przekonała służby w Wielkiej Brytanii, że tata na pewno nie zerwałby kontaktu z rodziną. Miała z nim dobre relacje, wcześniej razem mieszkali za granicą. Od początku mocno naciskała na policję i z nią współpracowała. Poza tym okazało się, że zaginiony miał kontakt ze specyficzną grupą osób w miejscowości, gdzie doszło do zaginięcia. Byli znani tamtejszym służbom z popełniania innych przestępstw. Wówczas zaginiony wynajmował z nimi mieszkanie. W miejscowości Slough jest bardzo dużo Polaków. Często wynajmują razem mieszkania, prawie się nie znając. Córka pana Andrzeja przekazała policji, że w dniu zaginięcia tata rozmawiał z nią przez telefon, był wtedy w mieszkaniu ze swoimi współlokatorami.
Wasza ekipa pojawia się w tej sprawie rok później.
W 2022 r. dostaliśmy od policjantów z Wielkiej Brytanii informację, że prowadzą sprawę zaginięcia obywatela Polski na ich terenie, ale mają przesłanki świadczące o tym, że mógł on zostać zamordowany. Poprosili nas o wykonanie kilku czynności operacyjnych w ramach współpracy międzynarodowej. Poinformowali nas również, że według ich ustaleń dwie osoby, które mogły mieć związek ze sprawą, przebywają już najprawdopodobniej na terenie Polski w województwie śląskim. Po wykonaniu działań operacyjnych ustaliliśmy wówczas, że faktycznie wspomniane dwie osoby wróciły do kraju, a dwie zamieszane w tę sprawę nadal są w Wielkiej Brytanii.
Jak wygląda proces typowania potencjalnych sprawców, gdy nie ma jeszcze ciała?
To wymaga wielu równoległych działań, bardzo żmudnych. Trzeba dokładnie zbadać środowisko, w jakim obracała się osoba, której poszukujemy. Nawiązywanie relacji i docieranie do szeregu osób z wykorzystaniem najróżniejszych kanałów komunikacji może się okazać bezcenne, bo nigdy nie wiemy, kto przekaże nam kluczowe informacje. Nawet milczenie tej czy innej osoby może sporo powiedzieć. W tej sprawie wiele osób bało się rozmawiać. Jak tylko podawałem konkretne nazwiska, to zdarzało mi się usłyszeć, że „oni trzęsą tutaj całą dzielnicą” i ktoś nie chce kłopotów.
Jaki obraz zaginionego kształtował się z waszych informacji?
To był starszy człowiek. Zawsze dobrze dogadywał się z młodszymi kolegami. Pracował na różnych budowach. W tym towarzystwie znalazł się przez przypadek. Wypowiedziano najem pokoju jemu i jednemu ze świadków, więc zdecydowali, że wynajmą pokój razem z innymi Polakami.
Czas nie był tu waszym sprzymierzeńcem.
Upływający czas zawsze działa na niekorzyść śledztwa. Mieliśmy przesłanki, że zaginiony nie żyje, ale wszelakie działania nie przybliżały nas do odpowiedzi na pytanie: gdzie jest ciało? Nawet wytypowanie potencjalnych sprawców nic nie znaczy, jeżeli nie zbierze się na nich odpowiednich dowodów. A to jest najważniejsze. W tej sprawie nawet jak czegoś dowiedzieliśmy się operacyjnie, to musieliśmy przekuć to na wiedzę procesową. To jest niezwykle istotne i czasochłonne tak przygotować materiał dowodowy, żeby był nie do podważenia w sądzie.
Przy tak trudnych międzynarodowych sprawach ważne jest doświadczenie ludzi na różnym szczeblu.
Zdecydowanie. Tę sprawę dostała Prokuratura Okręgowa w Gliwicach, a konkretnie pani prokurator Katarzyna Szołtysik, która ma olbrzymie doświadczenie, jeżeli chodzi o współpracę międzynarodową. Z jej inicjatywy została zawiązana głębsza forma współpracy, czyli Joint Investigation Team. JIT to zespół śledczy tworzony przez organy ścigania i prokuratury z co najmniej dwóch państw. Oznacza to, że śledczy z różnych krajów mogą działać razem — wymieniać się informacjami bez zbędnych formalności, prowadzić wspólne czynności dowodowe i na bieżąco koordynować działania. To zdecydowanie przyspiesza postępowanie, szczególnie w sprawach dotyczących zorganizowanej przestępczości. W tym przypadku działanie w ramach JIT było bardzo istotne.
Co wynikło z zatrzymania w styczniu 2023 r. dwójki mieszkańców Bielska-Białej — 25-letniej Kamili W. i 33-letniego Adriana N.?
Jeszcze przed ich zatrzymaniem prowadziliśmy działania operacyjne, które utwierdzały nas w przekonaniu, że mają wiedzę na temat tego zaginięcia. Po przeprowadzeniu czynności procesowych z tymi osobami potwierdziliśmy, że były one świadkami zabójstwa poszukiwanego. Znały dokładnie cały przebieg zdarzenia, więc decyzją prokuratury skierowano wniosek o ich aresztowanie, który został uwzględniony przez sąd. Udało nam się przełamać milczenie tych osób. Trzeba pamiętać, że w tego typu sprawach sprawcy lub świadkowie często mają przygotowanych kilka wersji zdarzeń na wypadek zatrzymania. Potrafią długo nimi żonglować, a sprawy stoją wtedy w miejscu.
Mogli dalej iść w zaparte?
Zawsze mogą, ale ci podejrzani stwierdzili, że nie ma to sensu. Myślę, że świadomość konsekwencji dalszego ukrywania informacji na temat tej zbrodni, które im przedstawiliśmy, też na nich działała. Trzeba pamiętać, że życie ze świadomością bycia świadkiem morderstwa nie jest łatwe. Zatrzymywałem osoby, które ukrywały się latami z powodu drobnych przestępstw, a kiedy je aresztowałem, to mówiły, że czują ulgę. Tutaj świadkowie wrócili do Polski, chcieli sobie spokojnie układać życie, ale ta sprawa się za nimi ciągnęła. Później ich zeznania oraz wiedza, którą mieliśmy wcześniej, na tyle się kleiły, że mogliśmy wnioskować o zatrzymanie podejrzanych o dokonanie tej zbrodni na terenie Wielkiej Brytanii.
Czyli w roku 2023 już sporo wiedzieliście?
Dzięki relacjom tych dwóch osób mieliśmy informację procesową, co wydarzyło się po morderstwie poszukiwanego. Jak oskarżeni przygotowywali się do ukrycia zwłok. Mieliśmy również inne informacje, ale część z nich finalnie okazała się wymysłem podejrzanych na wypadek wpadki. Po prostu mieli przygotowanych kilka scenariuszy na różne okoliczności w zależności od tego, jak sprawa się dalej potoczy.
Co w zachowaniu ludzi zdradza, że wiedzą więcej, niż mówią?
Jest wiele takich rzeczy, ale np. kilkukrotne zadawanie tych samych pytań często pomaga. Jeżeli ktoś zmienia jakiś szczegół w odpowiedzi, to już jest to sygnał dla nas, że komuś mylą się wyuczone wersje zdarzeń. Jeżeli ktoś dłużej pracuje w służbach, to potrafi wyczuć podczas przesłuchań, czy ktoś ma coś wspólnego ze sprawą, czy nie.
Ile trwają takie przesłuchania?
Czasami kilka godzin albo kilka dni po kilka godzin. W sprawie najpierw zatrzymaliśmy jedną z osób uczestniczących w zdarzeniu. Przedstawiono jej zarzut utrudniania postępowania, a po jej przesłuchaniu przez prokuratora podjęto decyzję o zatrzymaniu drugiej z przebywających w Polsce osób. Prokurator prowadził indywidualne przesłuchania, pojawiały się niedopowiedzenia i niespójności, więc potem przeprowadził konfrontację. Ta czynność polega na tym, że dwie osoby są równocześnie przesłuchiwane przez prokuratora lub dochodzeniowca, każda przedstawia swoją wersję i są im zadawane pytania dotyczące niespójności. W przypadku tej sprawy ta czynność była również bardzo ważna.
Co sprawia, że ktoś, kto nie popełnił zbrodni, decyduje się ukrywać, co o niej wie?
Jest to bardzo indywidualne. W tym przypadku był to strach przed tymi, którzy jej dokonali. Jedna z osób była partnerką sprawcy, przebywającego wówczas w Wielkiej Brytanii, i miała z nim dziecko. Miłość między nimi była tak wielka, że kobieta próbowała umniejszać rolę partnera i pominąć niektóre z działań, w których brał udział, np. pobicie pokrzywdzonego, którego miał się też dopuścić kilka godzin przed zabójstwem.
Miłość, a jednak rozłąka?
Często nawet takie działania jak rozłąka są elementem taktyki, która ma na celu mylenie tropów. W tej sprawie nie było inaczej. Z naszych ustaleń wynika, że dwóch uczestników zdarzenia zostało celowo odesłanych do Polski. Główni sprawcy uznali ich za słabsze ogniwa — udział w tym, co się wydarzyło, wyraźnie im ciążył. Istniało ryzyko, że mimo wcześniejszych ustaleń i jasnych instrukcji podczas przesłuchań w Wielkiej Brytanii mogą się złamać i ujawnić prawdziwy przebieg zdarzeń. Rozdzielenie ich było więc próbą zabezpieczenia się przed tym scenariuszem. Według naszych ustaleń sprawcy nie spodziewali się jednak, że wobec osób przebywających w Polsce będą prowadzone jakiekolwiek czynności śledcze. Do takich przypuszczeń skłaniała ich bezkarność, którą w swoim odczuciu mieli w Wielkiej Brytanii. Tam prawnicy często zalecają odpowiadać na każde pytanie „bez komentarza”. Zdarza się, że taka odpowiedź pada nawet przy pytaniu o imię i nazwisko. Sprawcy byli doświadczeni w kontaktach z tamtejszą policją i świadomi, że ta strategia wielokrotnie im pomagała. W brytyjskim systemie, jeśli brakuje dowodów zewnętrznych — nagrań, DNA czy zeznań osób spoza kręgu sprawców — nawet przyznanie się nie ma takiej mocy jak w Polsce. A w tej sprawie na początku właśnie takich dowodów nie było. Podejrzani konsekwentnie milczeli. Utrzymywali wersję, że pokrzywdzony pewnego dnia spakował się i po prostu zniknął. Ich wcześniejsze doświadczenia dawały im poczucie bezkarności. To dlatego tak długo bronili się przed ekstradycją do Polski.
Czy miejsce schowania zwłok świadczy o spontanicznej próbie ukrycia zbrodni, czy raczej o działaniu zaplanowanym?
Samo miejsce ukrycia zwłok było impulsywne. Wsiedli w samochód znajomego, jechali w prawo, lewo, zobaczyli jedno z miejsc i uznali, że tam pozbędą się ciała.
Zaskoczyło pana, że ciało ukryli w walizce?
Mieliśmy wcześniej informację, że ciało jest w walizce.
Kiedy uzyskaliście informacje, gdzie znajduje się ciało?
Dopiero z początkiem tego roku uzyskaliśmy informację, gdzie walizka z ciałem miała zostać porzucona. Trzeba pamiętać, że osoby, które zatrzymaliśmy w Polsce w 2023 r., nie brały udziału w ukryciu zwłok, one były tylko świadkami morderstwa. Taką wiedzę mieli podejrzani o popełnienie tej zbrodni i dzięki ich ekstradycji na początku tego roku i czynnościom, które zostały z nimi przeprowadzone w Polsce, udało się pozyskać wiedzę, gdzie szukać ciała. Finalne działania mające na celu znalezienie walizki były zaplanowane wspólnie z policją z Wielkiej Brytanii. Podejrzani porzucili ją na ogromnym, trudno dostępnym prywatnym terenie, który znajdował się niedaleko miejsca, gdzie mieszkali. Dostali się tam przez dziurę w ogrodzeniu. Aby wejść na ten teren i móc go przeszukać, trzeba było uzyskać stosowne zgody, a to zabierało kolejne dni. Po znalezieniu ciała została przeprowadzona sekcja zwłok, badania DNA, więc mieliśmy pewność, że znaleźliśmy właściwą osobę.
Co dla pana było najtrudniejsze w tej sprawie?
Czekanie na ekstradycję 28-letniego Adriana P., zamieszkałego w Bielsku-Białej, oraz 36-letniego Tomasza W., z Grudziądza. To trwało bardzo długo. Momentami były sygnały, że nie wiadomo, czy do ekstradycji dojdzie. Byłem w szoku, że ktoś w ogóle taką myśl dopuszcza. Mimo że czekaliśmy na ekstradycję, sprawa w prokuraturze była zawieszona. U nas też wisiało to w próżni, bo bez ściągnięcia podejrzanych do Polski nie można było wykonywać kolejnych czynności. A ja cały czas widziałem, jak bardzo zależy córce na tym, żeby odnaleźć tatę.
Tomasz W. przed przedstawieniem zarzutu zabójstwa w budynku Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, 3 marca 2026 r.
Foto: Materiały policyjne
Jak układała wam się współpraca z kolegami z Wielkiej Brytanii?
Znakomicie. Trzeba zaznaczyć, że służby w Wielkiej Brytanii przez cały czas trwania śledztwa wykonały bardzo dobrą pracę tam na miejscu. Świetnie się wzajemnie uzupełnialiśmy, włącznie z oficerem łącznikowym, który działa przy ambasadzie. Na miejscu, kiedy znaleźliśmy ciało, byłem pod wrażeniem, że technik w aucie miał np. RTG, czyli od razu mogliśmy zrobić prześwietlenie. A także jakich specjalistów ściągnęli na miejsce — włącznie z archeologiem, bo były kości, wezwali też botanika, bo walizka była w krzakach. Masa zaangażowanych ludzi, żeby jak najwięcej dowodów zebrać i nic nie przeoczyć.
Mieliście jakiś czas na rozwiązanie tej sprawy?
Nie ma limitu czasu. Można w spokoju pracować, dopóki nie wyczerpią się na dany moment wszystkie dostępne możliwości. A technika zmienia się w tak szybkim tempie, że dowód dobrze zabezpieczony 20 lat temu dziś przebadany na nowo rzuca inne światło na daną sprawę.
Co grozi osobom, o których rozmawialiśmy?
W tej sprawie prokuratura bardzo wyraźnie rozdzieliła odpowiedzialność. Najpoważniejsze zarzuty ciążą na głównym sprawcy, Tomaszu W. On odpowiada nie tylko za pobicie, ale przede wszystkim za zabójstwo. Drugi z mężczyzn, Adrian P., odpowiada za pobicie, nieudzielenie pomocy, a także za zacieranie śladów, w tym ukrycie zwłok oraz utrudnianie postępowania, choćby poprzez wprowadzanie w błąd organów ścigania. Kamila W. ma zarzuty nieudzielenia pomocy oraz udziału w zacieraniu śladów i utrudnianiu śledztwa. Adrian N. odpowiada za niezawiadomienie organów ścigania i pomoc w ukrywaniu śladów.
To dobrze pokazuje, że odpowiedzialność karna obejmuje także tych, którzy pomagali po fakcie — i tych, którzy wiedzieli, ale milczeli.
Jak wraca pan do finału tej sprawy, to co ma pan przed oczami?
Pamiętam, jak wzruszona była córka zaginionego, kiedy znaleźliśmy ciało. Każdy do końca liczy, że bliski odnajdzie się żywy, ale odnalezienie ciała daje możliwość pochówku i w tym przypadku było to bardzo istotne dla najbliższych.
Imię i nazwisko rozmówcy zostało zmienione, zgodnie z art. 15 ust. 2 pkt 1 Prawa prasowego




