Kiedy podczas porodu pacjentki spotyka przemoc, niejednokrotnie jeszcze za nią dziękują. Boją się, bo jeśli powiedzą, że było źle, przy następnej ciąży może być gorzej — mówi ginekolożka Gizela Jagielska.

Gizela Jagielska: Ani razu tego nie żałowałam.

— Nie, bo to jest dokładnie to, co powinnam była zrobić. Przyszła do mnie do szpitala pacjentka, która miała wskazanie do aborcji, bo w czasie ciąży u płodu zdiagnozowano wrodzoną łamliwość kości. To ciężka choroba, która powoduje liczne złamania już w życiu płodowym. Noworodek w ciężkich formach choroby (a taka była w przypadku tej pacjentki) żyje krótko, często umiera tuż po porodzie, ale zdarza się też, że wiele lat żyje w bólu i z powikłaniami licznych złamań. Leczenia przyczynowego nie ma. Specjalista psychiatrii stwierdził, że w związku z tą sytuacją istnieje zagrożenie dla zdrowia psychicznego pacjentki. Zrobiłam więc to, co mieści się w prawie i jest zgodne z aktualną wiedzą medyczną.

To prawda. Tylko że ja bym nie mogła zrobić inaczej. Nie umiałabym znaleźć powodu, żeby tej pacjentce odmówić aborcji. Wcześniej zrobił to inny szpital, dlatego przyjechała do Oleśnicy. Miała skierowanie, więc zrobiłam, co do mnie należało.

— Ja mocno oddzielam prywatne poglądy od tego, co robię w pracy. Taką specjalizację wybrałam, że mam do czynienia nie tylko z różowymi bobaskami i szczęśliwymi matkami, ale też z takimi sytuacjami jak u pani Anity. A to, co prywatnie myślę, nie ma żadnego znaczenia dla pacjentki. I nie powinno mieć.

— Rozumiem, ale uważam, że to z gruntu niewłaściwe. Jeżeli twoje poglądy determinują sposób, w jaki leczysz, segregują pacjentki na te, które przyjmujesz, i te, którym odmówisz, to powinieneś się zastanowić, czy możesz być ginekologiem-położnikiem. Najlepiej pomyśleć o tym już na etapie wybierania specjalizacji. Albo choćby wtedy, gdy wybierasz miejsce pracy. Przecież nie trzeba pracować w szpitalu.

— Zgodnie z polskim prawem aborcja może się odbywać jedynie w szpitalu. Wystarczy więc nie pracować w szpitalu, by nie mieć tego problemu. Dlatego nie rozumiem tych lekarskich dylematów dotyczących klauzuli sumienia. To jest tak, jakby ktoś wykształcił się na kierowcę tira, ale potem powiedział, że nie będzie przywoził kiełbasy, bo takie ma przekonania, jest wegetarianinem. Niech idzie do jakiejś innej pracy.

— Jeszcze zanim się to stało, pytałam dziennikarkę Paulinę Nodzyńską, która jako pierwsza nagłośniła tę historię, czy jest na to gotowa. Było dla mnie jasne, że publikacja tego materiału będzie miała bardzo poważne skutki, wyleje się na nas ogromny hejt. Ale oczywiście nie wiedziałam, że spowoduje wtargnięcie jakichś „posłów” do szpitala. Do głowy mi nie przyszło, że coś takiego jest możliwe.

— Szczerze mówiąc, tak. Byłam przekonana, że kiedy ukaże się artykuł o pani Anicie, tak się to skończy. Bo aborcja w Polsce dzieli społeczeństwo na pół, nie ma żadnej strefy szarości. I liczyłam się z tym, że ci, którzy nazywają się obrońcami życia, chociaż tak naprawdę nimi nie są, będą uderzali właśnie w takie tony. Ja już wiele lat wcześniej byłam przez nich osaczona. Cały czas protestowali przed szpitalem, przychodnią i moją prywatną praktyką lekarską. Szłam do pracy, a oni stali i krzyczeli. Kiedy wychodziłam, było tak samo. Teraz zresztą dalej przychodzą przed moją przychodnię.

— Nie traktuję tego osobiście, nie robi to na mnie wrażenia. Denerwuje mnie, że zaburzają spokój moich pacjentek, kiedy tak wrzeszczą i trąbią na wuwuzelach.

— Ci, którzy przychodzili na demonstracje z plakatami, nigdy nie chcieli mi nic zrobić. Więc myślałam: niech sobie demonstrują. Owszem, mogliby to robić trochę inaczej, ale OK, mają prawo mieć swoje poglądy. I dopiero kiedy do szpitala w Oleśnicy wtargnął Grzegorz Braun, pomyślałam, że tacy psychofanatycy mogą być niebezpieczni, zaczęłam się ich bać. To nie są zahukane chłopaczki i panie w wieku 60+ w garsonkach, którzy demonstrują z transparentami z hasłem: „Legalna aborcja wprowadzona dla Polek przez Adolfa Hitlera”. Wyznawcy Brauna to wysokie osiłki z wielkimi karkami, mogliby mi coś zrobić, bo oni nie myślą. I o ile szeregowi demonstranci wykonują tymi pikietami mrówczą pracę, bo wierzą, że jestem złem wcielonym, o tyle ci na górze, którzy im każą to robić, chcą tylko rozgłosu.

— Tak. Ona czerpie z tego korzyści polityczne, a pewnie też finansowe. Bo dzięki temu, że prowadzi taką działalność, jest rozpoznawalna, pełni różne funkcje.

— To nie ja zdecydowałam, tylko pani Anita. A skoro pacjentka zechciała podzielić się swoją historią, bo uznała, że pomoże innym kobietom i może zmieni postępowanie lekarzy, ja też nie miałam wątpliwości, że powinnam opowiedzieć, jak naprawdę było. Tego też nigdy nie żałowałam, bo kiedy sprawa została nagłośniona, znowu zaczęliśmy mówić o prawach kobiet, o tym, jak wygląda w Polsce aborcja. Także środowisko ginekologiczne o tym dyskutowało, zamiast jak zwykle zamiatać sprawę pod dywan.

Wtedy wydawało mi się, że tak.

— Już nie jestem pewna. Podam przykład: ginekolożka, która ze mną pracowała na oddziale, również robiła samodzielnie późne aborcje, takie po 24. tygodniu ciąży z podaniem chlorku potasu. Sama decydowała o wskazaniach i sama je też wykonywała. A teraz zaczęłam otrzymywać sygnały od pacjentek, że zgłosiły się do szpitala w Oleśnicy w ciąży wyższej niż 24 tygodnie i otrzymały odmowę udzielenia świadczenia. Moi dawni koledzy i koleżanki tłumaczyli im, że płód powyżej 24. tygodnia, staje się człowiekiem i uzyskuje ochronę prawną, więc mimo wskazania do aborcji nie mogą jej wykonać w sposób, jakiego oczekują pacjentki. Nie rozumiem tego, przecież parę miesięcy temu wcześniej takie aborcje wykonywali, również wtedy, kiedy mnie na oddziale nie było i sami o tym decydowali. I nagle jest całkowita zmiana retoryki.

Może. Tylko nie wiem, dlaczego nie boją się konsekwencji tego, że nie dają wyboru pacjentce. To nie jest tak, że odmawiają jej zakończenia ciąży. Oni ją zmuszają do urodzenia bez wcześniejszego zatrzymania akcji serca płodu. Mówią, że zakończą ciążę, tylko nie podadzą chlorku potasu. I w ten sposób kobieta urodzi skrajnego wcześniaka z wadami, ale żywego. To moim zdaniem okrutne.

— W polskim prawie nie istnieje definicja aborcji. Jest po prostu napisane, że można zrobić aborcję, jeżeli istnieje zagrożenie zdrowia lub życia ciężarnej. Nigdzie nie jest natomiast napisane, że płód powyżej 24. tygodnia ma się rodzić jako żywy noworodek.

Po sprawie pani Anity zwróciłam się do różnych konsultantów krajowych z prośbą o wykładnię. I dostałam między innymi pismo od konsultanta krajowego do spraw perinatologii, który tłumaczył, że pacjentce zgłaszającej się do aborcji należy przedstawić wszystkie możliwe rozwiązania, czyli wszystkie możliwe typy aborcji i postąpić zgodnie z jej wolą. A chciałabym przypomnieć, że zarówno Międzynarodowa Federacja Ginekologii i Położnictwa, jak i WHO uważają, że podanie chlorku potasu jest normalnym rodzajem aborcji i powinno się ją oferować kobietom jako alternatywę. Jeśli pacjentka ma wskazania od lekarza specjalisty, zakończymy ciążę. I może to odbyć się na dwa sposoby: albo podamy lek, żeby płód urodził się martwy, albo urodzi żywego noworodka, który będzie podlegał resuscytacji i opiece. Moim zadaniem jako lekarki jest powiedzieć pacjentce prawdę, przedstawić możliwości.

Tak, oczywiście.

— Zawsze wybierają podanie chlorku potasu. Zawsze. Nie miałam pacjentki, która by wybrała inaczej, bo one po to przyjeżdżają do szpitala. Ich ciąże nie były zdrowe, płody miały różne wady. Miałam kiedyś pacjentkę w 29. tygodniu, która przyszła z całkowicie zdrową ciążą. Miała skierowanie od psychiatry, to nie było tak, że jej się nagle odwidziało, już nie chce dziecka. Chodziło o przemoc, jej partner miał założoną niebieską kartę. Odmówiłam jej podania chlorku potasu. Ponieważ miała wskazania do aborcji, powiedziałam, że możemy ciążę zakończyć, podając sterydy na dojrzewanie płuc płodu. Wywołaliśmy poród i noworodek urodził się żywy. I to był jeden jedyny raz, kiedy przyszła do mnie pacjentka z prawidłową ciążą.

— Myślę, że to było nie do końca tak, ale te incydenty umożliwiły moim byłym współpracownikom przejęcie naszych stanowisk, stworzyły dobry polityczny klimat, by się nas pozbyć.

Ja już od dawna jestem niezatrudnialna. Ale nie bałam się, bo mam własną praktykę i zawsze mogę pracować u siebie. Pacjentki doceniają moją postawę i nie narzekam na ich brak. Chciałam być w szpitalu między innymi dlatego, by dalej robić aborcje, pomagać pacjentkom, a zgodnie z prawem nie mogę tego robić w gabinecie.

— Już w 2024 r. ówczesna minister zdrowia Izabela Leszczyna dała wytyczne, że do wykonania legalnej aborcji wystarczy jedno orzeczenie lekarza stwierdzające zagrożenie zdrowia lub życia kobiety. Nie trzeba drugiej opinii ani konsylium, a jeśli ktoś tego zażąda, będzie to traktowane jako utrudnianie dostępu do świadczenia. Zaczęto się też przyglądać tym lekarzom i szpitalnym oddziałom, które aborcji odmawiały. I to trochę ułatwiło pacjentkom dostęp do aborcji, w szczególności na wczesnych etapach ciąży. Widać to w statystykach publikowanych przez NFZ, bo aborcji zrobiło się więcej.

— Wprawdzie od czasu akcji Rodzić po Ludzku w dużych miastach sytuacja znacznie się poprawiła, jednak w powiatowych szpitalach dalej jest różnie. Wciąż zdarza się przemoc położnicza.

— Całe spektrum przemocowych zachowań: od przywiązywania pasami do łóżka porodowego, przez nakaz przybrania konkretnej pozycji, jakieś niedelikatne i bolesne badania po przemoc psychiczną. To może być brak pytania o zgodę na badanie albo obrażanie pacjentki zdaniami typu: „jak weszło, to wyjdzie”. Ale to może też być zawoalowana przemoc, gdy medycy i medyczki starają się przerzucić odpowiedzialność za przebieg porodu na pacjentkę. I na przykład mówią: jak nie rozszerzysz tych nóg, to dziecko sobie zadusisz. Pacjentka ma koktajl hormonów i taki bałagan w głowie, że w pewnym momencie myśli, że to wszystko jest jej wina. A doktor uratował życie jej i dziecka. Bo ona nie chciała tych nóg rozszerzyć, więc musiał na nią krzyczeć.

W mniejszych miastach kobiety są zastraszone. I niby już wiedzą, że poród nie tak powinien wyglądać, ale ponieważ nie mają alternatywy, boją się cokolwiek powiedzieć. W szpitalu powiatowym zwykle pracują tak zwani najlepsi doktorzy, więc kobiety chodzą do nich, często prywatnie. Kiedy podczas porodu przytrafia im się przemoc, niejednokrotnie jeszcze za nią dziękują. Boją się, bo może będą chciały zajść w kolejną ciążę. A jeśli teraz powiedzą, że było źle, następnym razem może być gorzej.

— Tak, to jest straszne. Tym bardziej że ja też nie jestem bez winy.

— 20 lat temu, kiedy byłam uczona położnictwa, ono było zupełnie inne. Nie było tak, że wszystko tłumaczyłam pacjentce, pytałam, czy mogę ją zbadać. Nie, to było opresyjne położnictwo, ja sama też je uprawiałam. Ale teraz już wiem, że to jest złe. Niestety, wciąż są ludzie, którzy nie zorientowali się, że nie powinni tego robić.

To była konkretna sytuacja dawno temu, ale wciąż ją dobrze pamiętam. Był środek nocy, miałam dyżur, jeden z kilkunastu w miesiącu, bo tak się wtedy pracowało. Przyszła do mnie ciężarna pacjentka, mówiąc, że coś ją swędzi w pochwie. I to mnie tak odpaliło, że zawołałam drugiego lekarza, kierownika dyżuru i wszystko mu opowiedziałam, cała w nerwach, że pacjentka zawraca nam głowę w środku nocy. To był położnik starej daty, wziął mnie na bok i mówi: „Wiesz co, Gizelko? Chyba lepiej by było i dla ciebie, i dla pacjentek, żebyś na razie przestała dyżurować”.

— Ale on miał rację, zmusił mnie do myślenia o tym, jak się zachowuję wobec pacjentek. Z kolei dzięki innemu koledze zobaczyłam, że to, co mi się podaje w klinikach jako prawdę objawioną i jedyną, wcale takie nie jest. Zrozumiałam, że są dostępne inne źródła wiedzy medycznej, że w innych krajach nie traktuje się pacjentek tak jak u nas. No i powoli zrozumiałam, że nie powinno być tak, jak mnie uczono. Ale wciąż jest wielu lekarzy, którzy tego nie zrozumieli. To są tacy faceci przemocowcy, którzy uważają, że to, co robią, jest właściwe. Przecież ratują życie, a tam nie ma miejsca na to, żeby przedstawić pacjentce alternatywne metody postępowania, lekarz wie najlepiej. Niedawno usłyszałam, jak lekarz tłumaczył, że był wobec rodzącej szorstki, bo nie chciała przeć i musiał ją tego nauczyć.

— Próbuję, ale nie przynosi to na razie żadnych skutków. Często reagują agresją. Zaprzeczają, że zrobili coś niewłaściwego. Potrafią się upierać, że było zupełnie inaczej, choć ich zachowanie widziało kilka osób. Twierdzą, że wszystkim się pomyliło. Potrzeba zmiany pokoleniowej i tego, żeby do naszego zawodu przychodziło więcej kobiet. To się zresztą powoli dzieje.

— Tak. I wiele z nich wciąż do mnie przyjeżdża. Mam gabinet jakieś 20 km od Oleśnicy i sporo pacjentek, które rodziły w tamtejszym szpitalu, pochodziło z Wrocławia. Często mówią, że bardzo żałują, że mnie już tam nie ma. I mimo że nadal im polecam, żeby wybierały na poród szpital w Oleśnicy, idą gdzie indziej. Pytałam dlaczego, tłumaczyłam, że to bez sensu, położne się przecież nie zmieniły, szpital też jest OK. I słyszałam: jeżeli panią tak potraktowali, to boję się, że mnie też coś zrobią.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version