Donald Tusk spotkał się z klubem KO. Zawsze takie spotkania oznaczają, że szef będzie miał do posłów kilka niekoniecznie ciepłych słów. Dlatego w KO bali się tego spotkania. I byli zaskoczeni jego przebiegiem.
Przed spotkaniem atmosfera była co najmniej napięta, żeby nie powiedzieć, że podszyta lekką paranoją. Czerpiąc z wzorców Prawa i Sprawiedliwości, władze KO ukryły przed posłami miejsce spotkania, żeby nikt nie wygadał się dziennikarzom. Dopiero dwie godziny przed posiedzeniem klubu otrzymali SMS-y z informacją, gdzie mają pojechać. Spotkanie odbyło się w jednym z warszawskich hoteli.
Najważniejsze jak zwykle jest to, co Donald Tusk ma do przekazania swoim ludziom. Przed środowym spotkaniem politycy KO byli poddenerwowani. Obawiali się, że dojdzie do połajanek.
— Ja teraz już mogę się założyć — mówił jeden z posłów — że będzie przemowa o ciężkiej pracy i o tym, że wszyscy muszą stanąć do walki, a jak się komuś nie podoba, to tam są drzwi. I potem najbardziej nieszczęśliwi będą ci, którzy naprawdę coś robią, bo ich Kierownik nie docenia, a ci, co siedzą i jadą na gapę i tak dalej się nie ruszą, bo po co.
— Nie no, musi być opierdziel za ten szpital. Przynajmniej trochę, bo do tej pory nie było okazji do takiego dużego spotkania i właściwie to wszyscy chcieliby popatrzeć, jak kogoś beszta. Tyle nerwów nas to kosztowało — żartuje niepewnie inny nasz rozmówca z partii.
— Jest to taki standardowy raczej seans mocy. Premier musi się z nami spotkać i musi na nas trochę pohuczeć. Mowa motywacyjno-dyscyplinująca — przewidywał inny.
Klub rzeczywiście miał od Donalda Tuska usłyszeć parę cierpkich słów, ale głównie była to ocena sytuacji politycznej i przewidywania premiera na kolejny etap politycznego roku.
Donald Tusk analizuje sytuację KO. Mówi o walce o pełną pulę
— On nawet mówił, że już powinniśmy zaczynać kampanię wyborczą. Byłby za tym, żeby już ruszyć w Polskę, ale zwyczajnie nie ma na to zbyt wiele czasu w tej chwili — opowiadają nam posłowie.
O tym właśnie pisaliśmy w ostatnim wydaniu „Newsweeka”. Jeśli Donald Tusk nie przygotuje strategii i nie powie, gdzie kto ma jechać i co robić, i sam nie ruszy w Polskę, to właściwie w partii nie ma rąk do pracy.
Na posiedzeniu klubu premier analizował też obecny kształt sceny politycznej i sondaże. Mówił o tym, skąd wzięły się tak poważne wzrosty obu Konfederacji i czy KO będzie w stanie zbudować rząd po wyborach. Nie były to jednak analizy odbiegające od publicznie dostępnych.
— Ale powiedział jedną ciekawą rzecz: że musimy się teraz bić o całość, a nie o część — opowiada jeden z uczestników klubu. O co chodzi? — To nie było w takim sensie, że „o, jesteśmy mistrzami świata i dostaniemy pełnię władzy”. Chodziło o to, że jeśli nie wywalczymy takiego kawałka tortu, żeby rządzić samodzielnie albo z maksymalnie jednym koalicjantem, to będzie koniec. Bo tak jak jest teraz, dalej się nie da. Szanse są małe, ale jeśli nasi koalicjanci wypadną za burtę, to paradoksalnie możemy na tym zarobić — tłumaczy.
Wszyscy uczestnicy przekonują, że premier nie był w swojej najostrzejszej formie i nie było klasycznego mobilizowania wojska przez krzyk. Raczej rozmowa, która ma pokazać posłom zagrożenia i przygotować ich do kampanii.
— Mam wrażenie, że postanowił nam odpuścić przynajmniej na te wakacje. Już się niepokoję, że jak zaczniemy kampanię, to nie będzie spania — śmieje się nasz rozmówca.
Premier zapowiedział też, że nie przewiduje dymisji ministry funduszy i polityki regionalnej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Mówił, że nie ma pewności, jak w takiej sytuacji zachowaliby się posłowie Polski 2050, której Pełczyńska-Nałęcz jest przewodniczącą.
Tym razem i tak wszyscy wiedzieli, że spotkanie musiało skończyć się przed 21. Donald Tusk może mieć do powiedzenia bardzo ważne rzeczy swoim posłom, ale każda z nich może poczekać do końca mundialu. Półfinałowy mecz Anglia-Argentyna był wystarczającym powodem, żeby premier oddalił się ze spotkania bocznym wyjściem.