— Wiele osób wciąż nie dostrzega w klasie średniej wywrotowego potencjału. Ale on jest coraz większy — mówi socjolog prof. Piotr Kulas. – Jedyne, co łączy przedstawicieli klasy średniej, to deklaracja, że do niej należą. I chęć utrzymania swojego miejsca na drabinie społecznej.
Newsweek: Słyszał pan o g…wnowaceniu klasy średniej? Termin wziął się od angielskiego słowa „enshittification”, pierwotnie miał opisywać to, jak zmieniają się media społecznościowe (na gorsze dla nas). Dziś to już dotyczy rzeczywistości sporej części społeczeństwa. Pogarsza się. Wszystko się zmienia w g…
Prof. Piotr Kulas: W nauce ten termin się jeszcze nie przyjął. Natomiast zjawisko pogorszenia się sytuacji, jakości życia i optymizmu klasy średniej jest znane socjologom już od pewnego czasu. Dość długo, zwłaszcza po powojennym boomie gospodarczym, klasa średnia była pojmowana jako ostoja systemu, której możliwości życiowe i optymizm będą tylko rosły. Od przynajmniej 2008 r. mówi się o pogorszeniu jej jakości życia, sytuacji materialnej, optymizmu. Rośnie niepokój, wzrasta poczucie, że istnieje jakaś góra — klasa wyższa i wyższa średnia — która zaczyna uciekać. Ta ucieczka jest tak szybka, że ludzie zaczynają popadać w pesymizm. A jeszcze mają poczucie, że do tej „naszej” klasy wchodzą aspiranci, którzy mają inny styl życia, inne zachowanie, wartości.
Piotr Kulas
Foto: fot. Leszek Zych
To wszystko przekłada się na wiele negatywnych skutków, jednym z nich są wybory polityczne. Do niedawna powszechnie uważano, że to klasa niższa jest podatna na hasła populistów. Już Arystoteles — oczywiście to był inny ustrój, inaczej zbudowane społeczeństwo — uważał, że politeja, czyli rządy większości, polega na warstwach średnich. Jeśli one są szerokie, stabilne i mają w sobie optymizm, to system będzie przewidywalny i nic mu nie grozi. W całym XX w. klasa średnia jest przedstawiana jako ostoja demokracji, najbardziej przewidywalna klasa społeczna, która nie zawiedzie, bo jest umiarkowana, rozsądna, racjonalna. Wielu teoretyków wciąż nie dostrzega w klasie średniej wywrotowego potencjału. Ale on jest coraz większy.
Mówi pan o racjonalności klasy średniej. Skąd się wzięło to przekonanie, że ona może zapewnić istnienie demokracji liberalnej?
— Mówiąc najogólniej, jest to związane z etosem klasy średniej. Etos, kwestie symboliczne są tu bardzo ważne. W klasycznym marksowskim rozumieniu klasa średnia nie jest do końca klasą społeczną. Zwłaszcza współczesna. Jej miejsce w społeczeństwie nie wynika z tego, czy posiada środki produkcji i jest właścicielem biznesu. Status materialny jest ważny, ale klasa średnia jest wyróżniana głównie na podstawie swojego etosu, czyli zestawu przekonań i stylu życia. Na przykład: jak będziesz pracował, to się dorobisz. Jak zainwestujesz w edukację, to się to zwróci. Będziesz miał mieszkanie, może domek na przedmieściach, wyjedziesz na wymarzone wakacje, poślesz dzieci do dobrej szkoły. Klasa średnia ma większy kapitał kulturowy, wie, do których szkół i na jakie studia posłać dzieci. Praca jest ważna, merytokracja jest ważna, jak mam jakieś zdolności, to jestem potrzebny, będę doceniony przez pracodawcę, społeczność lokalną i społeczeństwo. To wszystko się dziś chwieje. Ludzie się czują zagrożeni.
Skąd się w Polsce wzięła klasa średnia?
— W dużej mierze wyrosła w czasach transformacji z inteligencji, która w PRL cieszyła się dużym prestiżem, ale zarabiała mniej niż robotnicy. To rodziło frustrację. Przecież mamy kompetencje, wykształcenie, poszliśmy na studia, klepaliśmy biedę, malowaliśmy te kominy…
Legenda gdańskich liberałów.
— No właśnie. Przecież to powinno wszystko procentować, spłacić się! W czasach przełomu ci kapitaliści kulturowi — bo jedynym kapitałem, jaki mieli, była kultura, wykształcenie, umiem się poruszać w świecie, znam język obcy — szli do władzy z takim przekonaniem. Leszek Balcerowicz, cała grupa, która się zaczytywała Miltonem Friedmanem, oni świetnie się wpisali w te nastroje. Ogólna narracja była taka: masz wykształcenie, dobry zawód — należy ci się więcej.
Tymczasem są wakacje. Lubiło się pojechać w fajne miejsce. A teraz wszystko drożeje, możliwości spadają. Już nie na dwa tygodnie, tylko na tydzień. Albo gdzieś, gdzie jest mniej fajnie.
— No właśnie. Pracuję, zarabiam, nie zakumuluję tyle, żeby zostać wielkim kapitalistą, ale stać mnie na określony styl życia: mogę wydawać na rzeczy, które umilą mi czas, którymi będę się mógł pochwalić. Jeśli nagle przestaje mnie być na część z nich stać, mogę nabrać poczucia, że zerwano ze mną umowę, oszukano mnie. A jeszcze — to naprawdę nie jest bez znaczenia — patrzę, jak do klasy średniej zapisują się coraz to nowe grupy. Już nie tylko byli inteligenci, ich dzieci i wnuki. Także ci, którym niektórzy dawniej odmawiali wstępu. Aspiranci. Mamy więc dziś w klasie średniej i lekarza ze Szpitala Południowego, i przedsiębiorcę po technikum z małego miasta. Wyobrażenie o klasie średniej jako w miarę jednolitej jest nieprawdziwe. Jedyne, co ich łączy, to deklaracja, że do niej należą. I chęć utrzymania swojego miejsca na drabinie społecznej.
Na marginesie: z badań CBOS wynika, że wiele osób ma w Polsce poczucie awansu w odniesieniu do swojego miejsca sprzed lat, a także swoich rodziców i dziadków. Spora część tej grupy głosowała na prawicę. Skoro klasa średnia stała się bardzo szeroka, niejednorodna, heterogeniczna, to tym łatwiej jest politykom adresować jej różnego rodzaju lęki. Spada wam? My sprawimy, że przestanie. Zatrzymamy czas albo nawet — co dobrze oddaje obietnica Trumpa złożona Amerykanom — odwrócimy bieg rzeki („Ameryka znowu będzie wielka”). Wasze kwalifikacje nie przestaną się liczyć, wasze drobne biznesy nie upadną podobnie jak miejsca pracy w większych zakładach. Rozpoznanie realnego lęku ludzi, którzy boją się, że będą musieli się pakować i wracać z tego Krakowa czy Warszawy do rodzinnych miasteczek i wsi, wcale nie jest takie trudne. Ostatnia nadzieja w populistach.
Już nawet Koalicja Obywatelska wie, choć może to jeszcze wypiera, że to klasa średnia może ich obalić. Wychodzi im to w ich własnych badaniach.
— Moje przekonanie jest inne niż większości polskich socjologów. Uważam, że klasa średnia to nie są dziś tylko racjonalni, grzeczni liberalni wyborcy, którzy mają wdrukowany dawny etos klasy średniej. Że praca, merytokracja, samorozwój, samopoświęcenie. Poza tym można wyróżnić co najmniej dwie grupy, które rozumieją demokrację zupełnie inaczej. Jedni rozumieją ją jako interwencjonizm państwowy i rządy oparte na woli większości. A drudzy jako liberalny system, w którym liczą się prawa jednostek i mniejszości. Jedni i drudzy deklarują przynależność do tej samej klasy. Ale przecież głosują na polityków z obozów, które prowadzą wojnę polsko-polską. Mam smutne poczucie, że strona liberalna chciałaby czasem powiedzieć: ci drudzy wcale nie należą do klasy średniej, „nie kolegujemy się z nimi”, bo są „brzydcy”, mówią „przyszłem” i ogólnie brakuje im dobrych manier.
Wyobraźmy sobie, że ta rewolucyjna, antysystemowa emocja w klasie średniej będzie trwać. Co wtedy?
— Pamiętajmy, że strona tzw. liberalna też jest populistyczna i też składa obietnice bez pokrycia. Problemem jest nie tyle spór polityczny, ile system, który nie spełnia oczekiwań klasy średniej. Praca nie przynosi wystarczającego dochodu, sądy nie są takie do końca wolne, eksperci wcale nie myślą o dobru społecznym, postępuje polityzacja i kontrola coraz większych obszarów naszego życia, a sprawiedliwość i obietnice polityczne poszły w las. Profesor akademicki ma dziś dużo mniejszy prestiż niż kiedyś, podobnie jak lekarz czy nauczyciel. Większość klasycznych zawodów klasy średniej spadła w rankingu prestiżu. Ludzie stracili zaufanie do elit i ekspertów.
System już się chwieje. Miało być inaczej. Większość z moich znajomych z takim poczuciem albo wcale nie zagłosuje, albo popadnie w jeszcze głębszy pesymizm. A część zagłosuje antysystemowo. Wiele osób jest po prostu rozczarowanych. Często głosują na partie antysystemowe nie dlatego, że podzielają ich przekonania, ale żeby ukarać tych, którzy zawiedli. Te ruchy tektoniczne będą trwały. Do tego ostatnio dochodzi jeszcze sztuczna inteligencja. Zacznie być trudniej o pracę.
Jaka jest przyszłość demokracji liberalnej, skoro jej ostoja chce się zapisać do populistów?
— Myślę, że ta część klasy średniej, która jest jej książkowym zalążkiem, która wierzy w zestaw wartości, na których powinien być ufundowany świat, nawet jeśli on chwilowo zdaje się od nich odwracać, jest jakąś nadzieją. Fareed Zakaria, wpływowy amerykański dziennikarz i publicysta liberalny, powiedział, że liberalizm powinien stać się radykalny. Stoimy tu, gdzie stoimy, bo inaczej nie możemy. Nie chodzi tylko o poczucie, że system jest sprawiedliwy w sensie prawnym. Chodzi o podstawowy katalog przekonań klasy średniej, w tym merytokrację. Jeśli ma pan kompetencje, to pan zarobi. Dokształca się pan albo dobrze pracuje, to należy się panu awans. Oczywiście i mit merytokracji jest do pewnego stopnia skłamany. Bo kompetencje, zawody, tytuły, zasoby dziedziczy się podobnie jak rodzinne firmy. Dziedziczenie jest częścią etosu arystokracji, a nie liberalnej demokracji, w której ludzie winni mieć równe szanse. Dlatego ten mit trzeba odbudować. Bo jeśli podstawowe mity założycielskie nie działają, to co można zrobić? Wywrócić wszystko. Zbudować nowy porządek, w którym wszystko jest oparte na doraźnej potrzebie interesu. Tylko że to będzie całkiem nowy system i całkiem nowy świat. Liberalna demokracja wciąż ma jedną z najlepszych ofert sprawiedliwości dla jak największej liczby ludzi. Jest racjonalna, przewidywalna.
W Niemczech ta racjonalna klasa średnia wyniosła do władzy nazistów.
— To prawda. Po tym jak bardzo wiele straciła na kryzysie finansowym. I kiedy wskazano jej wroga. I przestrzeń kolonizacji, czyli — w pierwszej kolejności — Ukrainę. Jako miejsce, do którego ci dobrzy niemieccy drobnomieszczanie pojadą autostradą przez Polskę swoimi Garbusami i będą mieszkać w niemieckich domkach. I będą mieli niewolników.
Siedzi sobie średnioklasowa rodzina na wakacjach. Te wakacje są droższe, może krótsze, gorsze albo na kredyt. Myśli sobie: co się dzieje z moim życiem, skoro muszę się tak wysilać? Pracuję tak samo ciężko, albo i ciężej. Czy te wakacje mogą sprowokować ludzi do głębszej refleksji, która zakończy się słowami: dość tego wszystkiego?
— Myślę, że tak. Pańska teza jest prawdziwa, ponieważ jak powiedzieliśmy, to styl życia daje klasie średniej prestiż. Gdzie byłeś na wakacjach? Taki jesteś pięknie opalony. To daje poczucie codziennego, choćby małego, sukcesu. Jeśli tego zabraknie, to bardzo szybko może się pojawić resentyment, bo klasa średnia poczuje się lekceważona. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, to ludzie by sobie jakoś radzili. Ale chodzi o coś więcej: co to znaczy należeć do klasy średniej. Czas prosperity dla klasy średniej — przynajmniej na jakiś czas — wydaje się kończyć, a to stawia pod znakiem zapytania możliwość kontynuowania jej stylu życia. Dlatego może rzeczywiście wakacje są dobrym wskaźnikiem. Klasa średnia musi mieć pieniądze, żeby pozwolić sobie na wakacje, ale ona też wie, gdzie należy jechać, żeby było wystarczająco prestiżowo. Jeśli tego zabraknie, to się może pojawić refleksja: mieliśmy jechać w stronę raju. A tu go nie ma.





