To właśnie z Zaufaną Trzecią Stroną kontaktują się cyberprzestępcy odpowiedzialni za wyciek danych z firmy MyDr, a redaktora naczelnego portalu wybrali sobie niejako za pośrednika.
Dlaczego akurat jego?
– Sam jestem zaskoczony. Na naszym rynku jest przynajmniej kilka osób, które aktywnie piszą o cyberbezpieczeństwie, a z jakiegoś powodu wskazano mnie. Koledzy sprawdzili, że gdy zapyta się sztuczną inteligencję o dziennikarza zajmującego się tą tematyką w Polsce, moje nazwisko pojawia się na samej górze listy. Może dlatego? – mówi nam Haertle.
Gigantyczny wyciek danych. Przestępcy z nowym ogłoszeniem
Ponad dwa tygodnie po informacji o pierwszym wycieku włamywacze zapowiadają „coś większego”. Ponownie mają o tym poinformować najpierw Zaufaną Trzecią Stronę. O co może chodzić?
– Zakładając, że przestępcy piszą prawdę – ale pamiętajmy, że są to po prostu złodzieje, którzy nie biorą żadnej odpowiedzialności za swoje słowa – możemy ponownie zostać zaskoczeni tym, jak wiele podmiotów na polskim rynku dysponuje ogromnymi bazami danych – komentuje Adam Heartle.
Jak wskazuje, jeszcze niedawno o firmie MyDr mało kto spoza branży w ogóle słyszał. Tymczasem, jak mówi, na rynku obsługi gabinetów lekarskich istnieją jeszcze dwa inne podmioty o zbliżonych udziałach.
– Istnieje więc ryzyko, że dane niektórych pacjentów mogą znajdować się w bazach wszystkich tych trzech dostawców. Na miejscu pozostałych dwóch firm niezwykle skrupulatnie weryfikowałbym teraz swoje systemy bezpieczeństwa – dodaje.
Czy przestępcy mówią prawdę?
Zdaniem eksperta ds. cyberbezpieczeństwa niewykluczone również, że podobny błąd popełniły inne podmioty z zupełnie innych kategorii.
– Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że przetwarzają one nasze dane, ponieważ nikt nam tego bezpośrednio nie komunikował albo informacja ta została ukryta w jakimś regulaminie – zauważa.
Jak zaznacza, wciąż ma nadzieję, że deklaracje napastników to jedynie mistyfikacja.
– Z drugiej strony, ich dotychczasowe twierdzenia okazywały się prawdziwe, więc należy przypisać im pewien poziom wiarygodności. Czekam na to, czy przestępcy przekażą kolejne informacje – mówi.
Jeśli takie informacje się pojawią, zostaną one – jak deklaruje Adam Haertle – przekazane zespołowi CERT Polska.
Robin Hood wśród hakerów?
Hakerzy, zapowiadając kolejne akcje, piszą, by „nie nazywać ich przestępcami”.
„Naszą misją jest poprawiać cyberbezpieczeństwo w Europie, zwłaszcza w czasie cyberwojny z Rosją” – wskazują we wpisie opublikowanym z konta Fingerprint w serwisie X.
Jak zauważa rozmówca Interii, sprawcy w swoich komunikatach kładą ogromny nacisk na wybielanie własnego wizerunku.
– Wielokrotnie i w różnych miejscach podkreślali, że nie żądają okupu od zhakowanej firmy. Jednak w kolejnym zdaniu pisali, że oczekują zapłaty za „przeprowadzone testy bezpieczeństwa”, których przecież nikt u nich nie zamawiał. W rzeczywistości jest to więc klasyczny okup, tyle że nazwany inaczej – komentuje.
Zdaniem eksperta, zaskakujące jest, że przy tak dużej skali popełnianych przestępstw sprawcy tak bardzo dbają o swój wizerunek publiczny.
– Może są nowi w branży, może chcą być „tymi dobrymi”? – zastanawia się Haertle.
Jak jednak dodaje, gdyby rzeczywiście byli uczciwymi badaczami bezpieczeństwa, po wykryciu podatności i zauważeniu, że pozwala ona na pobranie danych milionów obywateli, natychmiast zgłosiliby to odpowiednim służbom.
– Pobranie 19 milionów rekordów przed podjęciem jakiegokolwiek kontaktu to bez wątpienia działanie w złej wierze, które nie ma nic wspólnego z dbaniem o bezpieczeństwo sieci – mówi.
Z kolei fragment odnoszący się do przeciwdziałania zagrożeniom ze strony Rosji nasz rozmówca uważa „za czysty zabieg PR-owy i grę pod publiczkę”.
– Sprawcy orientują się w sytuacji geopolitycznej, widzą realne zagrożenie ze strony Rosji i próbują to wykorzystać, by postawić się w lepszym świetle – wskazuje.
Wyciek danych i co dalej?
Na stronie bezpiecznedane.gov.pl można już sprawdzić, czy wyciek z firmy MyDr dotyczy też naszych danych. Pojawiły się tam ponad dwa tygodnie od oficjalnej informacji o incydencie.
„W firmie MyDr doszło do nieuprawnionego dostępu do bazy danych systemu, z którego korzystają m.in. przychodnie i gabinety lekarskie. Fakt przełamania zabezpieczeń firmy MyDr jest potwierdzony, służby nie stwierdziły jak dotąd upublicznienia tych danych, z uwagi na dobro obywateli – prewencyjnie przekazujemy jednak informację, czyje numery PESEL znalazły się w wycieku” – czytamy na rządowej stronie.
Wobec tego i niewykluczonego nowego wycieku pytamy specjalistę o to, co mogą zrobić Polacy, by zadbać o swoje bezpieczeństwo.
– Moje rady nie będą nowe. Ten incydent nie jest ani pierwszym, ani ostatnim tego rodzaju zdarzeniem – zauważa Haertle i podreśla: Ogólna zasada brzmi „zachowaj ostrożność”.
– Musimy zakładać, że nasze dane już gdzieś krążą. Zawsze doradzam, aby reagować zdecydowanie w sytuacjach nietypowych i nieoczekiwanych. Jeżeli kontaktuje się z nami ktoś, kto zazwyczaj tego nie robi, i przekazuje nam wiadomości, jakich nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, rozłączmy się i sami zadzwońmy. Jeśli rzekomy konsultant twierdzi, że dzwoni z banku, odłóżmy słuchawkę, znajdźmy oficjalny numer i zadzwońmy tam, żeby zweryfikować to połączenie. Jeśli dzwoni rzekomy wnuczek – rozłączmy się i zadzwońmy bezpośrednio do niego – tłumaczy rozmówca Interii.
– To jedyna skuteczna metoda, która pozwala uchronić się przed tego typu zagrożeniami – konkluduje.
Justyna Kaczmarczyk















