Kaczyński liczył, że Orbán utrzyma się przy władzy i zamustruje go na pokład koalicji, która wysadzi Unię Europejską. Misterny prezesowski plan wziął w łeb, bo Węgrzy wysadzili Orbána.
Był początek 2016 r., Kaczyński właśnie upajał się triumfem wyborczym i samodzielnymi rządami. Chwilę wcześniej rozbił Trybunał Konstytucyjny, zaraz ruszał na prokuraturę, a na horyzoncie pojawiały się już sądy. Właśnie wówczas prezes zrobił sobie przerwę w napiętym grafiku łapczywego przejmowania państwa i pojechał aż do Niedzicy, do pensjonatu Zielona Owieczka. Czekał tam na niego Viktor Orbán, który rządził wówczas Węgrami już niemal od sześciu lat. Panowie zjedli pstrąga, żurek i pączki, a między daniami a deserem Kaczyński sondował, czy węgierski premier jest skłonny razem z nim zbudować antyunijną koalicję obliczoną na walkę z Berlinem i Brukselą.
Nie wiadomo, co powiedział wówczas Węgier, ale politykom Platformy — z którą wówczas był jeszcze w sojuszu politycznym — mówił, że Kaczyński oszalał.
Odkładając na bok ową głęboko subiektywną diagnozę, przyznać trzeba jedno: Kaczyński jest konsekwentny. Minęła dekada, a on ma wciąż taki sam plan — zbudować antyunijną koalicję.
Miało być tak. Orbán utrzymuje władzę, PiS za rok wygrywa wybory w Polsce i wtedy rusza budowa prawicowej międzynarodówki, która pod patronatem Donalda Trumpa rozsadzi Unię od środka. W tym sojuszu — kombinował Kaczyński — znaleźliby się także populistyczni premierzy Słowacji Robert Fico oraz Czech Andrej Babiš, a także nacjonaliści Francuzki Marine Le Pen oraz z niemieckiej AfD, którzy po kolejnych wyborach w swych krajach będą mocniejsi.
Orbán był w tej układance kluczowy, bo ma z Ficą, Babišem, Francuzami i Niemcami znacznie lepsze relacje niż ktokolwiek w PiS. A w dodatku szczególne kontakty z Trumpem, podczas gdy Kaczyński nie ma żadnych.
Wraz z porażką Węgra ten wielki, wymarzony od dekady plan efektownie upadł. Mówiąc wprost — prezes w pojedynkę nie obali Unii, a nie ma dziś w UE nikogo innego niż Orbán, kto nadałby się na głównego sojusznika PiS w walce z Brukselą.
Dla jasności — ta miłość nie działała w obie strony. Za czasów PiS Orbán zawarł z Mateuszem Morawieckim sojusz: blokował nakładanie unijnych kar na jego rząd za naruszanie praworządności, ale oczekiwał tego samego w zamian. Tak się składa, że PiS i Fidesz jechały na tym samym wózku, bo Kaczyński kopiował Orbána w pacyfikowaniu kolejnych instytucji, co nie podobało się Brukseli.
Jednocześnie Orbán nie oglądał się na PiS, gdy budował ścisłe relacje z Rosją. Do najpoważniejszego zgrzytu doszło po wybuchu wojny w 2022 r., gdy pojawiły się pierwsze informacje o zbrodniach putinowskich żołdaków. Gdy węgierski premier oświadczył, że nie wierzy w torturowanie, gwałcenie i mordowanie cywilów w Buczy, Kaczyński nie wytrzymał. Nakazał mu wizytę u lekarza, ale i tak była to porada delikatna, bo proponował okulistę. Nie zmienia to faktu, że na dłuższy czas zawiesił relacje z Orbánem. Szkopuł w tym, że jesienią 2023 r. PiS straciło władzę — i Kaczyński przestał być dla Orbána przydatny jako taktyczny sojusznik, chroniący przed unijnymi karami. Politycy PiS opowiadają, że od tego momentu Orbán traktował ich z wyższością, a nawet z pogardą — jak przegrywów.
Dość powiedzieć, że nie udało im się wspólnie utworzyć jednej politycznej frakcji w Parlamencie Europejskim. Co więcej — po ostatnich eurowyborach Orbán wyciągnął do swej frakcji Patrioci dla Europy hiszpańską nacjonalistyczną partię Vox, która wcześniej była w jednej grupie politycznej z PiS — Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy. Wbrew pozorom takie roszady są ważne, bo decydują o pozycji i kasie na unijnej prawicy.
Traktowanie PiS przez Orbána nie zmieniło się do dziś. Co prawda dał azyl Zbigniewowi Ziobrze i Marcinowi Romanowskiemu, ale zaiste więcej było w tym chęci rewanżu na dawnym sojuszniku Tusku, nie zaś bratniej pomocy pisowcom.
To zawsze bardziej Kaczyński smalił cholewki do Orbána niż Orbán do Kaczyńskiego. Węgier to populista globalny. Miał polityczne kontakty, o których prezes PiS — chromy językowo i unikający wyjazdów zagranicznych — mógł tylko pomarzyć. Smutno to przyznać, ale w porównaniu z nim Kaczyński to populistyczny prowincjusz. To dlatego szybko przeszedł do porządku dziennego nad prorosyjską polityką Orbána — bo go zwyczajnie potrzebował. W swych wielkich planach rozłożenia Unii na łopatki był bez Orbána całkowicie bezbronny.
A jednocześnie pragnienie uderzenia w Unię było w nim silniejsze od wstrętu wobec Putina — co samo w sobie jest przerażające.

