Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek jest pod presją. Nic już nie zostało z zadowolenia kierownika Donalda, który w zeszłym roku — po porażce Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich — zaprosił krakowskiego sędziego do rządu.
Trzaskowski przegrał m.in. dlatego, że rząd nie przeprowadził obiecanych rozliczeń PiS. Powołanie Żurka miało to zmienić — wszak to sędzia najbardziej szykanowany za rządów PiS. I początkowo wyglądało na to, że pałając żądzą rewanżu, dowiezie to, czego zrealizować nie był w stanie jego poprzednik Adam Bodnar.
Niemal rok po powołaniu sytuacja się jednak zmieniła.
Co prawda prokuratura przyspieszyła stawianie zarzutów politykom PiS, jednak są to zarzuty w sprawach niewielkiej wagi albo dotyczą niewielkiej wagi polityków.
Żaden z liderów PiS nie odpowiedział ani za aferę RARS, ani NCBiR, ani za Willę plus, ani za całe pasmo skandali w Orlenie — o części z nich opinia publiczna nawet nie wie.
Powiedzmy to sobie szczerze: do wyborów żaden ważny polityk PiS skazany nie zostanie.
Żurek — podobnie zresztą jak Bodnar — nie ma łatwo. Przed utratą władzy PiS zabezpieczyło szefostwo Prokuratury Krajowej w taki sposób, by nie można było go odwołać bez zgody prezydenta. To oczywiście absurdalne, bo to rząd ponosi odpowiedzialność za politykę karną.
Wykorzystując prawne kruczki, jeszcze za kadencji Bodnara rząd usunął prokuratora krajowego Dariusza Barskiego, kolegę Ziobry, który nie dostrzegał afer rządów PiS. Na jego miejsce powołany został Dariusz Korneluk — czego prezydent i kontrolowany przez nominatów PiS Sąd Najwyższy nie uznają.
W praktyce to Korneluk kieruje bieżącą pracą prokuratury, ale wśród jego zastępców roi się od nieusuwalnych ziobrystów. Ale nie to jest największym problemem, tylko konflikt między Kornelukiem a Żurkiem, który paraliżuje prace prokuratury. Jego najbardziej widowiskowym elementem stało się odwołanie awansów prokuratorskich, bo Żurek odmówił zatwierdzenia kandydatów Korneluka.
Minister uważa, że ludzie Korneluka zbyt powolnie prowadzą śledztwa i chce wziąć sprawy w swoje ręce. Do najgłośniejszego konfliktu doszło na Śląsku. Do tamtejszego wydziału Prokuratury Krajowej odpowiedzialnego za zwalczanie przestępczości zorganizowanej Żurek wysłał swego zaufanego Marka Wełnę. To dlatego, że był niezadowolony z tempa głośnych śledztw, które są tam prowadzone — m.in. RARS, Collegium Humanum czy Zondacrypto.
Wełna — doświadczony prokurator, pacyfikowany za rządów PiS — wywrócił wszystko do góry nogami. Jego zdaniem śledztwa zahaczające o polityków były pozorowane, więc odsunął prowadzących główne sprawy. A ci poskarżyli się Krajowej Radzie Prokuratury, kierowanej przez Korneluka, zarzucając Wełnie, że nie jest niezależny i kieruje się rewanżyzmem. Korneluk nie ma powodów lubić Wełny, bo skonfliktowali się, gdy po wyborach Wełna trafił do centrali Prokuratury Krajowej w Warszawie. Żurek awansował także prokurator Ewę Wrzosek, która za rządów PiS z ziobrystki stała się czołową antyziobrystką w prokuraturze. Ona także jest skonfliktowana z Kornelukiem.
Żurek naciska na Korneluka, bo oczekuje efektów, bo od niego efektów oczekuje kierownik.
Żurkowa prokuratura nie była w stanie dopaść Zbigniewa Ziobry, który uciekł do Ameryki, ani jego zastępcy Marcina Romanowskiego, który uciekł nie wiadomo dokąd. Wbrew obietnicom Żurek nie wprowadził do Trybunału Konstytucyjnego szóstki wybranych niedawno przez koalicję sędziów, co dałoby władzy większość. Dlatego też szef TK, kumpel Ziobry i Barskiego Bogdan Święczkowski może spać spokojnie. Gdyby władza miała większość w Trybunale, mogłaby uchylić Święczkowskiemu immunitet i postawić zarzuty o nadużywanie Pegasusa, gdy w rządach PiS był prokuratorem krajowym.
Ponieważ to wszystko się nie udało, Żurek zadowala się małymi przyjemnościami. Właśnie zdegradował żonę szefa Kancelarii Prezydenta Zbigniewa Boguckiego. Za rządów PiS prokurator Julita Dziedzic-Bogucka awansowała do Prokuratury Krajowej prosto z prokuratury rejonowej, z pominięciem szczebla okręgowego. Żurek odesłał ją więc do prokuratury okręgowej.
Jednocześnie zawiesił czołowego kadrowego sądownictwa w czasach PiS, sędziego Łukasza Piebiaka. Wykorzystał to, że prokuratura chce Piebiakowi postawić zarzut w sprawie tzw. afery hejterskiej, czyli koordynowania ataków w internecie na sędziów krytycznych wobec działań PiS. Piebiak jest też podejrzewany o to, że wyłudził mieszkanie, posługując się podrobionym testamentem.
Jednak ani kierownik, ani tym bardziej elektorat nie zadowolą się małymi przyjemnościami.