Czy prezydent USA jest gwarantem, czy zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa? Przez dziesięciolecia odpowiedź na to pytanie wydawała się oczywista. Dziś już tak nie jest.

„Kiedy wygramy wojnę w Wietnamie?” — spytali w 1967 r. amerykańscy wojskowi urządzenie, które dziś nazwalibyśmy komputerem, a w tamtym czasie było (fakt, że ultranowoczesną) kupą żelastwa, zajmującą sporą część podziemi Pentagonu. Maszyna dostała wszystkie informacje, jakie można jej było dostarczyć. Na perforowanych kartach — tak wówczas wyglądało wprowadzanie danych — Amerykanie wypisali liczbę okrętów, czołgów, helikopterów, artylerii, karabinów maszynowych, amunicji, którymi dysponowały obie strony. Dane zostały wprowadzone w piątek, komputer pracował cały weekend.

W poniedziałek na żołnierzy czekała karta z jednym zdaniem: „Wygraliście w 1965 r.”.

Ta anegdota z monumentalnego serialu dokumentalnego Kena Burnsa „The Vietnam War” w ogóle się nie zestarzała. Sześć dekad temu Amerykanie ponieśli klęskę w Azji Wschodniej nie dlatego, że komunistyczny Wietnam Północny dysponował lepszym sprzętem czy wiedzą wojskową, dziś losy wojny na Bliskim Wschodzie również nie zależą od tego, kto ma najmocniejszą armię. Zresztą, Trump nie określił celów operacji, więc zwycięstwo ogłosi niezależnie od tego, co się wydarzy. Porażka jest wykluczona.

Atak na Iran ma jednak kapitalne znaczenie dla tej prezydentury. Stanowi cezurę, jest kolejnym dowodem na to, że Trump ani myśli się zatrzymać, że ani Grenlandczycy, ani Kubańczycy, ani właściwie nikt inny (ostatnio na czarnej liście znalazła się Hiszpania, która nie chciała przykładać ręki do ataku na Iran) nie może spać spokojnie, bo jak tu spać w czasie, gdy prezydent USA uparł się, by zrównać współczesność z ziemią?

Pod koniec wojny w Wietnamie Arthur M. Schlesinger udowadniał w książce „The Imperial Presidency”, że kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych przesuwają granicę tego, na co pozwala im konstytucja, ergo: stają się coraz bardziej niekontrolowalni. Książka powstała w trakcie kadencji Richarda Nixona, już po wybuchu afery Watergate, ale opisywała proces, który zaczął się podczas Wielkiego Kryzysu i prezydentury Franklina D. Roosevelta.

Praca Schlesingera, nawiasem mówiąc: laureata Pulitzera i doradcy Johna F. Kennedy’ego, była publicystycznie przywoływana w czasach kadencji Ronalda Reagana, George’a W. Busha (zwłaszcza po atakach 11 września), Baracka Obamy. Najmocniej jego teza wybrzmiała jednak dopiero za czasów Trumpa.

W 2024 r., jeszcze zanim republikanie wybrali kandydata w wyborach, zdominowany przez nominatów Trumpa Sąd Najwyższy orzekł, że immunitet prezydencki działa również po wyprowadzce z Białego Domu, w praktyce chroniąc przed odpowiedzialnością karną do końca życia. Liberalna sędzia Sonia Sotomayor mówiła wówczas, że „prezydent stał się właśnie królem stojącym ponad prawem”.

Minęły ledwie dwa lata, a Trumpa coraz trudniej zmieścić w jakichkolwiek ramach. Atakując Iran, złamał prawo krajowe i międzynarodowe. Wychwala Kima, lubi Łukaszenkę, a z zakulisowych informacji dziennikarzy „New York Timesa” wynika, że decyzję o najechaniu na Teheran podjął pod wpływem poszukiwanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny za zbrodnie wojenne Beniamina Netanjahu. Jednocześnie ubiera się w szaty obrońcy ludzkości, likwidującego „jednego z najgorszych ludzi w historii”, jak powiedział po śmierci ajatollaha Alego Chamenei. To Trump decyduje, który dyktator jest dobry, a który zły. Fakty nie mają wielkiego znaczenia, logiki też w jego działaniach nie uświadczymy.

Wiele wskazuje na to, że kolejne ruchy Trumpa są podyktowane żądzą zysku. Dziennikarze liberalnych amerykańskich mediów szacują, że rodzina prezydenta tylko przez rok drugiej kadencji zarobiła co najmniej 1,4 mld dol.

Tylko to prowadzi do wniosku, że Trump, podejmując kolejne decyzje, nie będzie kierował się dobrem lokalnych społeczności, liczbą ofiar po stronie amerykańskiej, zobowiązaniami wynikającymi z przynależności do organizacji międzynarodowych.

Sojusz z USA, w który tak bezrefleksyjnie wierzą Jarosław Kaczyński i Karol Nawrocki, zależy tak naprawdę od widzimisię jednego człowieka.

Sami odpowiedzmy sobie na pytanie, jaką decyzję podejmie Trump, jeśli będzie miał do wyboru interes swój (przecież nie o Amerykę mu chodzi) i obronę średniej wielkości kraju przed swoim kumplem Putinem.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version