Dwie kromki chleba na kolację, jedna łazienka na piętro i pokoje o metrażu schowka na szczotki. Z oferty sanatoriów finansowanych przez NFZ korzysta rocznie pół miliona Polaków. Skarżą się nieliczni.
Przeżyłem pobyt w sanatorium, bo jako były pracownik służb mundurowych potrafię się przystosować do najtrudniejszych warunków. Ale trzy dni bez jedzenia i picia na Pustyni Błędowskiej to pikuś w porównaniu z 21 dniami w uzdrowisku NFZ – mówi Aleksander.
Wojsko zrujnowało mu kręgosłup, ale przyzwyczaiło do trzymania zasad. Przypuszczał, że w sanatorium będzie podobnie. Lekarz pierwszego kontaktu wypisał mu e-skierowanie. Z adnotacją, że zaleca pobyt nad morzem. W terminie od lipca do września. W internetowym koncie pacjenta Aleksander dostał swój numer w kolejce i przewidywany czas oczekiwania. Po ośmiu miesiącach maszyna losująca – jak Aleksander nazywa elektroniczny system NFZ – wypluła jego przydział.
Pierwsze zdziwienie: miał jechać latem, anonimowy lekarz orzecznik z NFZ wyznaczył mu wyjazd na późną jesień. I do Jeleniej Góry zamiast nad morze. – Zaniepokoiłem się i sprawdziłem, co w takim razie, zgodnie z prawem, mi się należy – mówi. – Rozporządzenie ministra zdrowia ustala 7 mkw. jako minimalną powierzchnię pokoju sanatoryjnego. Pensjonariusze np. ze stomią albo używający specjalistycznego sprzętu mają prawo do jedynki. Cierpię na bezdech senny i śpię w specjalnym aparacie. Jedynka należy mi się jak psu micha.
Na wszelki wypadek zadzwonił jednak do sanatorium. I kolejne zdziwienie: usłyszał, że w obiekcie są tylko dwa pokoje jednoosobowe. O przydziale decyduje miejsce w kolejce do rejestracji. Dwa dni wcześniej wsiadł więc do samochodu, przejechał 600 km dzielących go od Jeleniej Góry. Na miejscu wynajął hotel. Jedną dobę odpoczywał po podróży, a potem już o czwartej nad ranem stanął pod drzwiami sanatorium. O piątej dołączył do niego kuracjusz ze stomią. Przed szóstą kobieta z trudem znosząca hałas. – Niestety, kiedy weszliśmy do sanatorium i stanęliśmy przed komisją przydzielającą pokoje, ta kobieta dostała miejsce w trójce – mówi Aleksander.
Po zakwaterowaniu przeżył kolejne zdziwienie: jego pokój, wbrew zasadom, był wielkości schowka na szczotki. Meble pamiętały czasy Gierka. Oddzieloną plastikową kotarą kabinę prysznicową porastał grzyb. Po otwarciu okna poczuł fetor: parapet był na wysokości daszku pokrytego kilkucentymetrową warstwą ptasich odchodów. Kolejne zdziwienie przeżył w stołówce: racje były głodowe i donoszone do stolika. W wazie z zupą pływało kilka kawałków makaronu świderki. Do jednego posiłku na pensjonariusza przypadały dwie kromki chleba.
W tym samym czasie w sąsiedniej sali komercyjni klienci sanatorium mogli korzystać ze szwedzkiego stołu uginającego się pod ciężarem owoców, wędlin i warzyw. – Na szczęście zabrałem ze sobą mały grill przenośny – mówi Aleksander. – W parę osób zrzucaliśmy się na węgiel, kiełbasę. Grillowaliśmy wieczorami, w krzakach za sanatorium. Zrozumiałem, że zamiast na NFZ muszę liczyć na siebie.
Kuchnia kreatywna i zupa ścierkowa
Lekarz, który wypisał mężowi i mnie skierowanie do sanatorium, powiedział, że nie gwarantuje, że dostaniemy wspólny pokój. Poradził, żebyśmy napisali podanie do naszego oddziału NFZ z prośbą o nierozłączanie. Od razu to zrobiłam – opowiada Anna Lewandowska, emerytowana dziennikarka. – Niestety, nie udało nam się dostać do zalecanego dla osób z chorobami kręgosłupa uzdrowiska nad morzem. Na szczęście w przydzielonym nam przez orzecznika NFZ sanatorium w Kudowie-Zdroju nie było kłopotów ze wspólnym pokojem dla małżeństw. I to, niestety, tyle z plusów.
Po stronie minusów: w łazience brak uchwytów, brodzik wyślizgany, grożący upadkiem. Kuchnia kreatywna: resztki z poprzedniego dnia wykorzystywane jako farsz do pierogów. Zupa bez smaku, tzw. ścierkowa. Sałatka z oliwkami miała je tylko w nazwie. Ale największy minus to kontakt z lekarzem rozpisującym zabiegi.
Anna zabrała – zgodnie z zaleceniami – dokumentację medyczną, m.in. z informacją na temat jej ciężkiego nadciśnienia tętniczego. Lekarz, wyraźnie znudzony, obsługujący kilkumetrową kolejkę kuracjuszy, nawet do niej nie zajrzał. Dowcipkował za to, że Anna jest grzesznicą, bo do sanatorium nie przyjeżdża się z mężem, i za karę będzie jej robił lewatywę. Dostała – podobnie jak większość – przydział na picie wody mineralnej, masaże, kąpiele borowinowe i ćwiczenia w basenie. Po kilku dniach picia tzw. szczawy zaczęła mieć problemy z żołądkiem. Odstawiła. Na szczęście obsługujący pijalnię podpisał wszystkie zabiegi awansem.
Masaże kręgosłupa, które powinny trwać co najmniej 30 minut, zajmowały 10 minut. Fizjoterapeuta przyznał, że zdaje sobie sprawę z bezsensu takiego zabiegu, ale każdy wymasowany pacjent to pieniądze z NFZ. Przepisane ćwiczenia w basenie również okazały się niewypałem: Anna ma problemy z barkiem, pokonywanie oporu wody wiązało się z bólem. – Ale najgorzej zniosłam kąpiele borowinowe – mówi. – Łaziebna zostawiła mnie samą w wannie. Kiedy woda podeszła pod brodę, zrobiło mi się słabo. Kiedy wyprysnęłam z wanny, łaziebna zapytała, czy nie mam aby problemów z nadciśnieniem. Kiedy potwierdziłam, zrobiła wielkie oczy: w moim przypadku taka kąpiel mogłaby się skończyć zawałem! Na szczęście podpisała mi kartę kuracjusza bez konieczności kontynuowania zabiegu.
Po kilku dniach oboje z mężem zastanawiali się nad powrotem do domu. Usłyszeli, że wyjeżdżając przed czasem, będą musieli zapłacić za każdy opuszczony dzień prawie 200 zł. – NFZ płaci za zabiegi od łebka – mówi Anna. – Brak pacjenta to dla sanatorium strata kasy. Trzeba ją sobie odbić.
Wcześniej i bez konsekwencji udało się wyjechać kilku kuracjuszom, którzy złapali w sanatorium covid. My musieliśmy zostać do końca.
Sanatoryjna samowolka
Po 21 dniach w sanatorium w Kołobrzegu wróciłam do domu chora na grypę – mówi emerytowana ekonomistka Jadwiga. – I spłukana, bo wbrew powszechnemu przekonaniu za sanatorium w Polsce się płaci. Owszem, NFZ pokrywa koszty zabiegów leczniczych, ale kuracjusz dopłaca do zakwaterowania i wyżywienia. W zależności od sezonu i rodzaju pokoju musi wyłożyć od 11,90 do 40,90 zł za dzień. Za liczący 21 dni, najtańszy nocleg w pokoju wieloosobowym i bez łazienki można zapłacić 222,60. W lecie trzy tygodnie w najdroższej jedynce to wydatek 858,90 zł. To kwoty ustalone odgórnie, przez ministra zdrowia. Stała jest też danina dla gminy, czyli opłata klimatyczna. Reszta ponoszonych przez kuracjuszy kosztów to sanatoryjna samowolka.
Jadwiga poprosiła lekarza kierującego ją do sanatorium o adnotację w e-skierowaniu, że z jej nawracającym zapaleniem zatok powinna wyjechać w góry. Latem. Dostała przydział w lutym do Kołobrzegu. Na miejscu zastała, jak mówi, poligon. Sanatorium to przerobione koszary wojskowe. Do deptaku w Kołobrzegu ponad 6 km. Komunikacji autobusowej brak. Zabiegi w piwnicach albo w części dobudowanej, w której akurat trwał remont. Sporo ludzi o kulach i z balkonikami, ale nie ma wind. Pokoje wysokie na prawie cztery metry, trudne do ogrzewania. Dwójek i jedynek jak na lekarstwo.
Zakwaterowano ją w pokoju trzyosobowym z jedną szafą, zepsutym radiem, rozklekotanym łóżkiem. I wspólną dla kilkunastu osób łazienką na piętrze, pod którą od szóstej rano ustawiała się kolejka. Tuż po jej przyjeździe w sanatorium padł piec. Mrozem wiało z nieszczelnych okien i spod drzwi. – W ramach zadośćuczynienia prezeska sanatorium poczęstowała nas sernikiem na zimno – mówi Jadwiga. – Niestety, zimno w pokojach trzymało do połowy turnusu. To jednak nie oznaczało, że zwolniono nas od jakichkolwiek opłat.
Należący do sanatorium parking, upchany autami z całej Polski, kosztował 65 zł za dzień. Naliczane już po półgodzinie parkowania. Za telewizor w pokoju trzeba było zapłacić 70 zł od osoby. Płatne niezależnie od tego, czy ktoś telewizję oglądał, czy nie. Dodatkowa zmiana pościeli i ręczników kosztowała 37 zł. Wypożyczenie szlafroka to 70 zł za tydzień. Koc był tańszy – 32 zł za 26 dni. – Ale prawdziwym hitem była opłata za uzupełnienie butelki z mydłem Biały Jeleń. Taki pojemnik kosztuje w Biedronce 5 zł. Za dolewkę mydła sanatorium życzyło sobie 30 zł – mówi Jadwiga. Od lat jest aktywna na forach dla pensjonariuszy sanatoriów i wie, że Kołobrzeg to nie wyjątek. W znanym górskim uzdrowisku trzeba np. płacić za wi-fi: po 50 zł od wnoszonego do pokoju urządzenia odbierającego internet. W jednym z sanatoriów w Ciechocinku dostęp do lodówki kosztuje 10 zł za dobę. Tyle samo trzeba wyłożyć za możliwość ugotowania wody w zdezelowanym czajniku.
Uzdrowiskowe perełki last minute
Czytałam o tym Kołobrzegu i się załamałam, kiedy rok po rozpoczęciu starań o sanatorium dostaliśmy tam przydział z NFZ – mówi Maria, emerytowana sprzątaczka. – Mąż, mistrz blacharski i zasłużony krwiodawca, był świeżo po udarze i miał problemy urologiczne. Nie wyobrażałam sobie, że korzysta ze wspólnego WC.
Zadzwoniła do swojego oddziału NFZ z prośbą o zmianę sanatorium. Usłyszała: odrzucenie przydziału oznacza spadek na koniec kolejki i konieczność ponownego przejścia całej, trwającej ponad rok ścieżki urzędowej. Jedyne, co Maria może zrobić, to jak najszybciej napisać o rezygnacji do swojego oddziału NFZ. Jeśli będzie mieć szczęście i fundusz uzna, że powód rezygnacji jest zasadny – np. z powodu choroby męża – dostanie nowy termin bez utraty miejsca w kolejce. Wtedy będzie również mogła się starać o tzw. zwroty, czyli powstałe wskutek rezygnacji innych pacjentów wolne miejsca w sanatoriach. Czytała, że sanatoryjni bywalcy wyhaczają w ten sposób perełki, np. letnie terminy w chwalonych sanatoriach nad morzem. Problem polega na tym, że do takiego uzdrowiska last minute trzeba się pakować z dnia na dzień. W ich przypadku to niewykonalne.
Na szczęście NFZ uznał jej tłumaczenie i nie zepchnął na koniec kolejki. Na forach dla pensjonariuszy sanatoriów roi się od opowieści tych, którzy zostali w ten sposób ukarani. Cierpiąca na reumatyzm Jolanta z Zakopanego odrzuciła przydział do Gołdapi. Przeraziło ją sąsiedztwo sanatorium z granicą rosyjską i dwunastogodzinna podróż nocnym pociągiem. Emerytowany księgowy Jarosław nie pojechał do Ciechocinka, bo termin turnusu nakładał się na wizytę u endokrynologa, na którą czekał prawie dwa lata. Cierpiący na astmę Zbigniew był gotów pojechać wszędzie, ale prosił o turnus latem. Po śmierci żony mieszka sam, ogrzewa dom ekogroszkiem. Wygaszenie pieca zimą to ryzyko zamrożenia instalacji. Dostał przydział na grudzień. Elżbieta, emerytowana nauczycielka, musiała wybierać: wyjazd do Cieplic albo przypadający na ten termin ślub kościelny córki. Wybrała to drugie. Wszyscy za tzw. nieprzyjazd zostali zepchnięci na koniec kolejki. Z wizją kolejnego skierowania do sanatorium nawet za dwa lata.
System, nie ludzie
Od sześciu lat zwracam skierowania do sanatoriów, ponieważ nikt nie gwarantuje mi jedynki. Ani kuracji nad morzem, mimo rekomendacji mojego lekarza – mówi emerytowana pedagożka specjalna Flora Mildwurm. – Kilka razy, jak to nazywam, wylosowałam Krynicę Górską, Inowrocław i Ciechocinek. Kiedy wreszcie udało się dostać skierowanie do uzdrowiska w Kołobrzegu, usłyszałam, że z powodu braku miejsc mogę tam nawet zostać dokwaterowana do małżeństwa. Zrezygnowałam.
Flora Mildwurm słyszała, że w maju polscy parlamentarzyści opracowali pakiet propozycji surowych kar, również finansowych, za nieuzasadnione rezygnacje z turnusów. W zeszłym roku zanotowano ponad 130 tys. „nieprzyjazdów”, które ponoć wygenerowały ogromne koszty dla sanatoriów i NFZ. Irytuje ją to zwalanie winy na przeciętnego kuracjusza, bo – jak mówi – to nie ludzie są winni, ale system lecznictwa uzdrowiskowego woła o pomstę do nieba. I nie chodzi tylko o niejasne, przypominające rosyjską ruletkę zasady przydzielania turnusów.
Na fora dla pensjonariuszy sanatoriów co chwila ktoś wrzuca ostrzeżenia przed kolejnymi patosanatoriami. Nieliczni po powrocie do domu wysyłają pisma do NFZ, w których opisują nieremontowane latami, przepełnione klitki, wspólne łazienki, słabe jedzenie i naciąganie na kasę. Urzędnicy odpisują, że NFZ jest tylko świadczeniodawcą sanatoriów, a właściwym adresatem skarg są zarządy placówek. – I koło się zamyka – mówi Flora Mildwurm. – Wypisuję się z tego. Korzystam z refundowanych zabiegów rehabilitacyjnych w moim mieście.
Aleksander, emerytowany pracownik służb mundurowych, dotrwał do końca turnusu w Jeleniej Górze. Schudł kilka kilogramów. Po powrocie do domu musiał zainwestować w zabiegi manualne na kręgosłup: bolał mocniej niż przed przyjazdem do sanatorium. Za rok jedzie komercyjnie na Litwę albo do Czech. Wyjdzie taniej niż w Polsce i nikt nie będzie mu zarzucał, że skoro NFZ dał mu coś za darmo, nie powinien kręcić nosem.




