Okrucieństwa w starciach z rdzenną ludnością Ameryki nie dały mu szansy na litość Lakotów, Dakotów, Czejenów i Arapaho. Kobieta z Drogi Cielęcia Bizona ciosem maczugi zwaliła legendę amerykańskiej kawalerii z konia, zginął od strzałów w pierś i skroń.
Szeregowy Franciszek Berwald miął granatowe kepi w dłoniach, przyglądając się zwłokom gnijącym trzy dni w czerwcowym słońcu Wielkich Równin. Martwy mężczyzna ledwo przypominał złotowłosego, postawnego, piegowatego awanturnika z czasów, gdy jego sława przyćmiewała innych amerykańskich dowódców. U własnych żołnierzy zyskał wtedy przydomek Ringlets (Loczki), dla wojowników Lakota był Pȟehíŋ Háŋska (Długie Włosy). Jasna skóra, tak podatna za życia na poparzenia słoneczne, była teraz poczerniała. Nagie ciało było odziane tylko w skarpetki. W genitalia wbito strzałę.
Tak skończył gen. George Armstrong Custer, weteran sprawiedliwej wojny secesyjnej i niesprawiedliwych wojen z Indianami. Odwagę i brawurę, śmiałość i porywczość, oddziela na wojnie cienka linia. Custer ją przekroczył. To, co przyniosło mu uznanie pod Gettysburgiem, teraz stało się gwoździem do jego trumny. A okrucieństwa w starciach z rdzenną ludnością Ameryki nie dały mu szansy na litość ze strony Lakotów, Dakotów, Czejenów i Arapaho.
Szeregowy Berwald z pomocą kolegów przeniósł ciało na travois, rodzaj indiańskich sań. Prawdopodobnie nie tak wyobrażał sobie życie w tej ziemi obiecanej, kiedy wyruszał z Poznania do Ameryki. Ale przynajmniej przeżył.
George Armstrong Custer
Foto: Zuma Press
Wykopali płytki grób, na głębszy nie mieli siły po trzech dniach walki, a wszystkich przerażała też myśl, że Indianie mogą wrócić. Przykryli zwłoki travois, przysypali kamieniami i ruszyli w dół rzeki. Parowiec Fort West zabrał ich do Fortu Lincoln, bazy 7. Pułku Kawalerii. Wraz z nimi wieść o klęsce Custera nad Little Bighorn dotarła na wschód i wstrząsnęła Ameryką.
Zagadka Berwalda
Nie znalazłem jego aktu chrztu. Nawet rok urodzenia jest zagadką. Porównując zadeklarowany wiek podczas spisów ludności USA oraz zaciągu do wojska, można wyliczyć, że opuścił łono matki ok. 1850 r.
Nie wiadomo też, czy Berwald to jego prawdziwe nazwisko. Wśród imigrantów w XIX w. przyjmowanie nowej, anglosaskiej tożsamości było powszechne, zwłaszcza jeśli pochodziło się z „gorszej” części Europy. Dla rasistowskich elit republiki Włosi, Irlandczycy czy Polacy plasowali się na drabinie społecznej niewiele wyżej od ludności czarnoskórej. Przypadki nowych nazwisk zdarzały się też w pułku Custera. Kolega Berwalda z kompanii, Giovanni Cassella, przedstawiał się jako John James. Trębacz i goniec Giovanni Martini wolał być Johnem Martinem. Ba! Jeden z dwóch lub trzech Polaków w pułku, piekarz z Warszawy, nazywał się Robert Rowland. Jego prawdziwe nazwisko zaginęło w mrokach dziejów.
Berwald może być jednak spolszczoną lub zamerykanizowaną wersją niemieckiego Beerwald lub Bärwald. Był katolikiem, jako miejsce urodzenia podał Posen, Poland — co sugeruje, że miał niemieckie korzenie i polską tożsamość. W XIX-wiecznych metrykach spotkać można to nazwisko wśród osadników bamberskich w podpoznańskich Jeżycach, Winiarach i Naramowicach, choć żaden z aktów chrztu nie dotyczy Franciszka.
Zdjęcie sierżanta Franciszka Berwalda z podpisem: „Jedyny ocalały z masakry wojsk Custera” opublikowane w „New York Times” 28 listopada 1897 r.
Foto: Fot. The New York Times 28.11.1897
Tajemnicą jest też jego życie przed przybyciem do Ameryki. Pierwszy pewny fakt miał miejsce 25 stycznia 1873 r. w Pittsburghu, gdy zgłosił się do wojskowego centrum rekrutacji. Porucznik Norwood zapisał, że stał przed nim 22-letni młodzieniec o brązowych włosach, szarych oczach i rumianej twarzy. — Z zawodu jestem kowalem — powiedział Franciszek (a właściwie już Frank) i być może dlatego przydzielono go do 7. Pułku Kawalerii.
„To nie jest moja ziemia”
Sformowany po wojnie secesyjnej pułk zdążył już okryć się hańbą. Późną jesienią 1868 r. oddział Custera dokonał masakry Czejenów wodza Czarnego Kotła. Historycy do dziś spierają się o prawdziwą naturę tragedii nad Washitą, ale nawet federalna agencja do spraw Indian nazwała to „masakrą niewinnych”.
W kolejnych latach na tereny Indian, przyznane im w kolejnych traktatach przez rząd w Waszyngtonie, ruszały ekspedycje — a to geologów szukających złota, a to geodetów wytyczających trasy pod budowę kolei, a to białych osadników. Wyprawy łamiące traktaty z rdzenną ludnością eskortowane były przez wojsko.
Gdy w Black Hills, na świętej ziemi Czejenów, przyznanej im po wsze czasy traktatem, odkryto złoto, białych ogarnęła gorączka poszukiwań. Do prezydenta Granta wyruszyła delegacja z Wielkich Równin, błagając go o honorowanie porozumień, ale Cętkowany Ogon, Czerwona Chmura i Samotny Róg niczego nie wskórali. Wielcy panowie w Waszyngtonie mieli im do zaproponowania jedynie 25 tys. dol. odszkodowania i przesiedlenie na tereny dzisiejszej Oklahomy. — Ale to nie jest moja ziemia; nie dotyczy mnie i nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Jeśli to taka dobra ziemia, powinieneś wysłać tam białych ludzi, którzy są teraz na naszej ziemi, i zostawić nas w spokoju — mówił Cętkowany Ogon.
Kiedy Indianie nie odeszli po dobroci, nakazano im natychmiastowy powrót do rezerwatów. Nie mogli spełnić tego warunku, nawet gdyby chcieli — był środek zimy, a jak wygląda zima na równinach Środkowego Zachodu widać chociażby w filmie „Fargo”. 8 lutego 1876 r. gen. Philip Sheridan wypowiedział im wojnę.
„»Siódmy« wychłoszcze wszystko”
W połowie maja ciszę przed świtem w Forcie Lincoln rozcięły dźwięki trąbki grającej sygnał „Buty i siodła”. Berwald zerwał się i oporządził konia. Kiedy kapela zagrała „Dziewczynę, która została w domu”, pułk ruszył, oświetlany blaskiem jutrzenki. Plan zakładał marsz kolumn z trzech kierunków, aby złapać Indian w kleszcze. Ze wschodu szła kolumna gen. Terry’ego, w skład której wchodził „Siódmy” Custera. Z zachodu, z Fortu Ellis, ciągnęły oddziały płk. Gibbona. Od południa, z Fortu Fettermana, nadchodziła kolumna gen. Crooka.
Nad potokiem Rosebud siły Lakotów, Czejenów i Arapaho zatrzymały marsz Crooka. Szalę zwycięstwa przeważyła Kobieta z Drogi Cielęcia Bizona, która uratowała rannego brata i poprowadziła Czejenów do kontrataku. Zapamiętajmy jej skomplikowane imię, bo ta dama pojawi się jeszcze w naszej historii. 1:0 dla Indian.
Generał Terry nakazał Custerowi marsz wzdłuż Rosebud, aby uniemożliwić Indianom ucieczkę na południe, na kierunku odsłoniętym przez Crooka. Choć dał mu swobodę, zalecił zabranie dodatkowych sił z innego pułku z szybkostrzelnymi kartaczownicami Gatlinga, marsz i koordynację działań z Gibbonem. Custer zignorował te rady. Dodatkowe kompanie uznał za zbędne, chełpiąc się, że „»Siódmy« wychłoszcze wszystko, co napotka”.
Na papierze faktycznie był to imponujący oddział. 31 oficerów, 578 kawalerzystów, 45 zwiadowców i przewodników. Ale nie licząc wspomnianej masakry, „Siódmy” nie brał udziału w poważnych walkach, a weteranów spod Washity prawie już nie było w składzie. Pułk miał też fatalną sytuację na szczycie dowodzenia. Bezpośrednimi podwładnymi Custera byli kpt. Benteen i mjr Reno. Pierwszy nie znosił przełożonego i uważał go za niekompetentnego dowódcę. Drugi nienawidził nie tylko Custera, ale też ludzi i życia w ogóle, a jedyną radość przynosiły mu litry whisky, którą wlewał w siebie każdego dnia.
„Ty i ja wracamy do domu”
Tymczasem po zwycięstwie nad Crookiem Indianie pod wodzą Szalonego Konia i Siedzącego Byka dotarli do doliny Little Bighorn, którą nazywali Rzeką Tłustej Trawy. Rozbili obozowisko, którego rozmiar przekraczał wszelkie szacunki wojska — blisko tysiąc namiotów, zamieszkanych przez 7 tys. ludzi, z czego ponad jedną trzecią stanowili wojownicy. 25 tys. koników skubało trawę butelua i chłeptało czystą wodę z Little Bighorn. Jak okiem sięgnąć, rozciągała się niezmierzona równina, poprzecinana wąwozami i jarami, w których płynęły liczne potoki.
Indianie świętowali triumf nad Rosebud. Większość była przekonana, że to koniec. Ale wódz plemienia Hunkpapa Lakota, legendarny Siedzący Byk, podczas rytualnego tańca słońca miał wizję białych opadających na indiańską wieś jak szarańcza. Dlatego o zmroku wspiął się na pagórek i złożył Wielkiemu Duchowi dary: płaszcz ze skóry bizona, fajkę i tytoń. — Ojcze, oszczędź plemię. Błagam cię. Chcemy żyć — modlił się.
W tym samym czasie 40 km na wschód indiańscy skauci na służbie Custera z niepokojem analizowali ślady pozostawione przez przeciwników. Głębokość i szerokość bruzd po travois świadczyła o liczebności grupy. W dodatku szlaki nie rozbiegały się — wyglądało na to, że wszyscy wojownicy schodzą się w jedno miejsce. Podekscytowany Custer nakazał nocne przejście na wzgórze oddzielające doliny Little Bighorn i Rosebud. W ciemnościach żołnierze stukali w metalowe kubki, aby pomóc kolegom zorientować się w kierunku marszu.
Nad ranem 25 czerwca, pomny triumfu sprzed kilku lat, Custer postanowił rozdzielić siły i zaatakować z kilku stron. Tylko że nad Washitą miał pięciokrotnie więcej żołnierzy niż przeciwnik, a tu Indianie przewyższali go liczebnie dwa-trzy razy. Jeden ze skautów z plemienia Wron zaklinał generała, by nie dzielił oddziału. — Ty zajmij się zwiadem, ja zajmę się wojaczką — odparował złotowłosy. Na te słowa zwiadowca rozebrał się i zaczął malować twarz, szykując się na śmierć. — Dlaczego to robisz? — zapytał Custer. — Bo ty i ja wracamy dziś do domu — odpowiedział Indianin. — Szlakiem, którego żaden z nas nie zna.
Pierwsza salwa
Kompanię E przypisano do skrzydła, ale Berwalda i ośmiu innych żołnierzy dowódca przydzielił do taboru. Była to normalna praktyka, z każdej kompanii wydzielano kilku żołnierzy i wzmacniano nimi ochronę zaopatrzenia. Jeśli nawet Franciszek był rozczarowany, że zamiast bić się z Indianami, będzie pilnował mułów z jedzeniem i amunicją, żal musiał być krótki. W ciągu niespełna sześciu godzin wszyscy żołnierze kompanii E oprócz dziewiątki w taborach byli już martwi.
Custer podzielił pułk na cztery części. Skrzydła Reno oraz jego własne miały ruszyć w górę rzeki. Skrzydło Benteena — sprawdzić skarpy na południu, a potem dogonić resztę. Tabor ruszył za głównymi siłami takim tempem, na jakie pozwalały muły. Po kilku kilometrach Reno z Custerem dostrzegli pierwszych wojowników. Benteen jednak nie nadciągał. Generał znów podzielił siły. Wysłał Reno na prawy brzeg rzeki, a sam podążał lewym. — Idźcie tak szybko, jak to właściwe, i atakujcie ich, gdziekolwiek spotkacie. Ja was wesprę — powiedział do podwładnego.
Skrzydło Reno, cały czas pociągającego z piersiówki, jako pierwsze dotarło do wioski. — Do ataku! — wybełkotał major. Pociski z karabinów Winchestera zasypały tipi, w których mieszkali Indianie Hunkpapa Lakota. Po początkowej panice wojownicy ruszyli do przeciwuderzenia. Szczególnym zapałem wyróżniał się wódz zwany Żółcią, który w pierwszej salwie stracił dwie żony i trójkę dzieci.
Na widok kontratakujących Indian pijany Reno stracił panowanie nad sytuacją. Choć do tej pory zaledwie jeden z jego żołnierzy został ranny, major nakazał odwrót na lewy brzeg. Zapanował chaos. Oddział nie miał trębacza, większość żołnierzy nie wiedziała, jakie są rozkazy. Nikt nie ubezpieczał odwrotu, każdy zwiewał na własną rękę. Kawalerzystów, próbujących w panice przeprawić się przez rzekę i wspiąć na skarpę na drugim brzegu, dopadali Lakotowie. Reno dotarł na szczyt pagórka nazwanego potem Reno Hill, ale mógł tylko przyglądać się, jak wojownicy skalpują jego ludzi i podrzynają im gardła.
Biali dostali, czego chcieli
Nagle Indianie zniknęli. Do wojowników dotarła wiadomość, że Custer obszedł wioskę i pojawił się na jej północnym skraju. Tam generał po raz pierwszy zobaczył, z jak potężnym przeciwnikiem ma do czynienia. Jak okiem sięgnąć rozciągał się las indiańskich szałasów. Martini vel Martin dostał rozkaz do przekazania na tyły: „Benteen. Przybywaj. Duża wioska. Szybko. Przynieś amunicję”. Goniec pogalopował i od tej chwili jesteśmy zdani na relację Indian, bo żaden z pozostałych przy Custerze nie doczekał następnego dnia.
Rozpętało się pandemonium. Odsłonięci na wzniesieniu kawalerzyści stanowili łatwe cele dla Indian, którzy nie zamierzali ryzykować życia. Przeciwnik chował się w kępach bylic, wychylał tylko, by oddać strzał, i znów znikał w gęstych trawach. W dodatku ludzie Custera byli wykończeni po całonocnym marszu. — Kiedy schodzili z koni, kołysali się na nogach jak gałęzie cyprysu na wietrze — wspominał Siedzący Byk. Raz po raz szelest lecącej strzały kończył się plaśnięciem grotu wchodzącego w ciało i ostatnim jękiem zabitego. Raz po raz pocisk wystrzelony z indiańskiego karabinu gruchotał kości czy czaszkę. Konie szarpały się, rżały i kwiczały z przerażenia i bólu. Bojowe okrzyki Lakotów mroziły krew w żyłach. Chrobotowi zacinających się zamków towarzyszyły głośne przekleństwa po angielsku, włosku, niemiecku, francusku, duńsku i norwesku.
W rozpaczliwym geście Custer postanowił przebić się do wioski i wziąć jeńców. Co mu strzeliło do głowy, by na to wpaść? Miał już tylko kilkudziesięciu ludzi, a w obozowisku było parę tysięcy osób. W dodatku squaw Lakotów i Czejenów nie były jak dystyngowane damy białych. Część krążyła z dziećmi po pobojowisku i dobijała rannych żołnierzy, kalecząc zwłoki i odcinając im genitalia. Część walczyła ramię w ramię z wojownikami. Kiedy Indianie dopadli tłumacza Isaiaha Dormana, czarnoskórego mężczyznę żonatego z Lakotką, Siedzący Byk powiedział kobietom: „Nie zabijajcie go, to mój przyjaciel”. Wystarczyło, że wódz odwrócił się plecami, a jedna ze squaw wypaliła Dormanowi w czoło i zbezcześciła zwłoki.
Custer z niedobitkami wrócił na wzgórze. Przerażeni żołnierze tracili panowanie. — Strzelali jak pijani, w ziemię, w powietrze, jakby oszaleli — wspominał Żelazny Jastrząb. Część popełniła samobójstwo, inni odrzucali broń i błagali o litość, by po chwili skończyć ze strzaskanymi na miazgę czaszkami. Tego dnia nie było litości. — Ci biali mężczyźni tego chcieli, domagali się tego, a ja im to dałem — wspominał Żelazny Jastrząb. — Moje serce było złe. Byłem jak człowiek, który nie ma rozumu — dodawał Deszcz w Twarzy.
Custer zginął jako jeden z ostatnich. Bohaterka znad Rosebud — Kobieta z Drogi Cielęcia Bizona — ciosem maczugi strąciła go z konia. Dwa strzały zakończyły życie legendy amerykańskiej kawalerii. O wpół do szóstej było po wszystkim.
Ostatnie takie zwycięstwo
Tymczasem Franciszek Berwald wraz z taborem doszedł na wzgórze Reno Hill. Pijanemu majorowi towarzyszył już Benteen ze swoim skrzydłem, który dotarł tu wcześniej i racjonalnie zignorował prośby Custera o wsparcie. Generałowi nic by już nie pomogło, a zostając na wzgórzu, Benteen mógł zadbać o przygotowanie stanowiska obronnego i ocalenie przynajmniej części pułku. Wojownicy, którzy już rozprawili się z Custerem, wracali dokończyć dzieła z Reno i Benteenem.
— Postawiliśmy tabor w środku, a konie położyliśmy na ziemi, chowając się za nimi — wspominał Berwald. Przerażone wierzchowce próbowały się zerwać, ale padały pod gradem pocisków. — Jeden strzał, jeden czerwonoskóry, brzmiała komenda — dodawał Franciszek.
Żołnierze okopywali się, wieczorem fortyfikacje były jako tako ukończone. Rozlegały się jęki rannych błagających o wodę, ale ci, którzy odważyli się zejść ze wzgórza, najczęściej już nie wracali. — Byłem pierwszym, który przyniósł czajnik wody ze strumienia — przechwalał się Berwald dziennikarzowi. Właśnie wtedy kula z indiańskiego karabinu miała rozorać mu udo. Naszego rodaka poniosła fantazja, bo kilku żołnierzy za bohaterski czyn zdobycia wody dla rannych otrzymało Medal Honoru, najwyższe wojskowe odznaczenie w USA. Berwalda nie ma na tej liście.
Obrona Reno Hill trwała dwa dni. 27 czerwca do niedobitków „Siódmego” dotarły posiłki płk. Gibbona i gen. Terry’ego. Bitwa nad Little Bighorn/RzekąTłustej Trawy dobiegła końca.
Było to ostatnie wielkie zwycięstwo Indian nad białymi. W starciu z coraz potężniejszą machiną amerykańskiego państwa plemiona z prerii nie miały szans. Wkrótce wszyscy mieli być zamknięci w coraz to mniejszych rezerwatach, gdzie do dziś zmagają się z biedą, bezrobociem i uzależnieniami.
Jedyny Polak, który przeżył
Franciszek Berwald nie był jedynym Polakiem w składzie „Siódmego”, ale tylko on mógł opowiedzieć o bitwie. Piekarz Robert Rowland z Warszawy w czasie starcia nad Little Bighorn był oddelegowany do jednego z fortów w Montanie. Trzy lata później strzelił sobie w łeb. Naszym rodakiem mógł być też niejaki Ygnatz Stungewitz, urzędnik z Kowna. On z kolei znalazł się w kompanii C, jednej z tych, które poszły z Custerem. Na tym skrzydle polegli wszyscy.
Nasz Bamber po klęsce na równinach Montany służył jeszcze wiele lat w armii, aż zdrowie odmówiło mu posłuszeństwa. Przeniesiony do korpusu medycznego, ożenił się z Mary Hibler, córką Alzatczyka i Irlandki. Prawdopodobnie nie mieli dzieci. Kiedy Berwalda przydzielono do Akademii Wojskowej West Point, zamieszkali w pobliskim Highland Falls. Zmarł w 1936 r. i został pochowany na Cmentarzu Najświętszego Serca Jezusowego.
Opisując bitwę nad Little Bighorn, korzystałem z książki „The Earth Is Weeping. The Epic Story of the Indian Wars for the American West” Petera Cozzensa. Wspomnienia Berwalda na podstawie wywiadu dla „New York Timesa” z 28 listopada 1897 r.

