Wybuch elektrowni w Czarnobylu to efekt kilku czynników, jednak bezpośrednią przyczyną były błędy konstrukcyjne reaktora. W nocy z 25 na 26 kwietnia pracownicy przeprowadzili zaległy test systemów bezpieczeństwa nowego, czwartego reaktora. Ten miał wykazać, jak długo w sytuacji awaryjnej, energia kinetyczna ruchu obrotowego turbin produkuje wystarczającą ilość energii elektrycznej dla potrzeb awaryjnego sterowania reaktorem. Co ciekawe, w ramach przygotowań do testu technicy wyłączyli niektóre z systemów kontroli jego pracy, między innymi system automatycznego wyłączania reaktora w razie awarii.

Katastrofa w Czarnobylu

Początkiem wybuchu elektrowni w Czarnobylu był zrzut prętów bezpieczeństwa do rdzenia reaktora. Te w ramach testu miały przerwać działanie reaktora i go wygasić, jednak błędna konstrukcja sprawiła, że zwiększyły jego moc. Ich końcówki wykonane były z grafitu, bo dzięki mniejszemu tarciu lepiej przechodziły przez kanały w rdzeniu reaktora. Wykorzystanie grafitu okazało się katastrofalne w skutkach. 

Podczas wsuwania wypychały chłodziwo i wbrew zamierzeniom wprowadzone pręty przyspieszyły reakcję rozszczepienia. Doszło do przegrzania rdzenia, kanały paliwowe popękały, a w ciągu trzech sekund moc reaktora wzrosła do 530 MW. Moc cieplna osiągnęła 30 GW, niemal dziesięciokrotnie przekraczając normalny poziom. O godz. 01:24 wzrost ciśnienia znajdującej się w reaktorze pary wodnej doprowadził do pierwszej eksplozji pary wewnątrz reaktora. 

Następnie doszło do znacznie większej, drugiej eksplozji wodoru i tlenu. Ta wysadziła ważącą 1200 ton pokrywę ochronną reaktora i zniszczyła budynek czwartego bloku. Do reaktora dostało się powietrze, przez co doszło do zapłonu kilku ton grafitowych bloków izolujących reaktor. Te płonęły przez 9 dni i uwolniły do atmosfery najwięcej izotopów promieniotwórczych. Toksyczne pyły uniosły się w powietrze nawet na 10 km

Przyczyny wybuchu elektrowni w Czarnobylu mają także ludzki wymiar. Nie jest tajemnicą, że w ZSRR zasady bezpieczeństwa nie były priorytetem. Eksperyment pierwotnie był planowany dla dziennej zmiany. Tak się nie stało, a testem zajęła się nocna grupa pracowników, która nie była zaznajomiona z procedurami. Pracownicy, którzy rozpoczęli pracę o północy, w przekazanych im opisach procedur znaleźli mnóstwo ręcznych poprawek i skreśleń. Operatorzy byli nieświadomi zatrucia ksenonowego i niestabilności reaktora. Podczas testu zwiększono moc reaktora do 200 MW, czyli poziomu trzykrotnie niższego niż wymagany do eksperymentu. Mimo to nie przerwano go. Na jego kontynuację nalegał Anatolij Diatłow, nadzorujący program wyłączenia reaktora, który zlekceważył zastrzeżenia operatorów. Ci nie dorównywali mu pozycją i doświadczeniem, a Diatłow nie znosił sprzeciwu i żądał bezmyślnego posłuszeństwa.

Jak próbowano zatuszować informację o wybuchu w Czarnobylu?

Władze ZSRR nie chciały, aby Zachód dowiedział się o katastrofie. Pierwszy sekretarz osiem godzin po wybuchu miał wiedzieć tylko tyle, że doszło do jakiejś awarii. Michaił Gorbaczow twierdził po latach, że władza na Kremlu sama nie wiedziała, z czym naprawdę ma do czynienia. Szybciej niż wiadomość o katastrofie na Zachód dotarła chmura radioaktywnego pyłu. 28 kwietnia 1986 roku elektrownia atomowa w Forsmark w Szwecji odnotowała zwiększony poziom promieniowania pochodzącego z południa. Jako źródło wskazane zostały okolice Kijowa, a podejrzenie pada na elektrownię w Czarnobylu. Niepokojąco podobne raporty o skażeniu zaczynają płynąć z Danii i Norwegii.

Sarkofag elektrowni jądrowej w Czarnobylu./SERGEI SUPINSKY/AFP

Pierwsza informacja o wybuchu w Czarnobylu podana przez władze Polski pojawiła się dopiero 29 kwietnia. Co ciekawe, komunikat o awarii powstał dzień wcześniej na posiedzeniu BP KC KPZS. Prawdopodobnie ówczesny kierownik propagandy stwierdził jednak, że taka informacja była zbyt „antyradziecka”, dlatego nie została podana do publicznej wiadomości. Jednocześnie ciągle brakowało szczegółowych informacji co do katastrofy. Zignorowano także wiadomości płynące ze Szwecji. Dopiero trzy dni po katastrofie poinformowano, że nad północno-wschodnimi regionami Polski przeszedł na dużej wysokości radioaktywny obłok. W komunikacie podkreślono, że przeprowadzone na terenie całego kraju pomiary radioaktywności nie dają podstaw do obaw o ludzkie zdrowie. Po raz pierwszy więc Polacy dowiedzieli się, że w ich kraju znalazło się skażone powietrze.

Na podstawie pomiarów z 29 kwietnia z godz. 15.00 ustalono, że nastąpiło jedynie podwyższone stężenie aktywnego jodu w powietrzu. To mogłoby być szkodliwe dla zdrowia, gdyby występowało w dłuższym okresie. W komunikacie stwierdzono, że wobec przejściowego charakteru nie stanowi ono zagrożenia dla zdrowia. Mimo to panika wśród społeczeństwa narastała, dlatego Polacy rzucili się do aptek po płyn Lugola. Roztwór, który składa się w 87 proc. wody destylowanej, 2 proc. jodku potasu i 1 proc. jodu, przyjmowano w celach ochronnych. Dziś wiemy, że płyn nie był wówczas konieczny, gdyż zagrożenie w Polsce nie było wysokie.

Czy można już mieszkać w Czarnobylu?

Czarnobyl leży zaledwie 110 km od Kijowa. W pobliżu elektrowni znajduje się Prypeć, w którym mieszkało około 50 tysięcy osób. Tych zaczęto ewakuować dopiero dwa dni po wybuch. Ewakuowanym powiedziano, że wyjeżdżają na trzy dni. W sumie katastrofa bezpośrednio dotknęła około 350 tysięcy osób, bo tyle musiało opuścić miejsce zamieszkania. Nie tylko w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Terytorium wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu stało się trzydziestokilometrową strefą wykluczenia, w której nikomu nie wolno się osiedlać.

Warto zdać sobie sprawę, że Prypeć uważano za idealne miejsce do życia. Jak na warunki ZSRR miasto było doskonale zaopatrzone. Wynika to z faktu, że Rosjanie szczególnie dbali o załogi energogradów, czyli miast obsługujących kluczową dla Związku Radzieckiego energetykę jądrową. Dlatego pomimo obowiązującej zamkniętej strefy, część mieszkańców wróciła do Czarnobyla. O tych, którzy do dziś zamieszkują Strefę Zamkniętą, utworzoną w Czarnobylu i jego okolicach, mówi się Samosioły. Od końca 1988 roku na obszary wysiedlone powróciło ok. 1600 osób. Obecnie na zamkniętych terenach żyje kilkadziesiąt takich osób, głównie w podeszłym już wieku.

Centrum Prypeci w 2018 roku. W centrum zdjęcia - dom kultury "Energetyk". Dwa dni po wybuch ewakuowano 50 tys. mieszkańców. W większości byli to pracownicy elektrowni oraz ich rodziny, którym obiecano, że wrócą do swoich domów.

Centrum Prypeci w 2018 roku. W centrum zdjęcia – dom kultury „Energetyk”. Dwa dni po wybuch ewakuowano 50 tys. mieszkańców. W większości byli to pracownicy elektrowni oraz ich rodziny, którym obiecano, że wrócą do swoich domów.
/Jakub Krzywiecki

Przed zbrojną inwazją Rosji na Ukrainę w 2022 roku odbywały się masowe wycieczki do Czarnobyla. Nie brakowało biur, które oferowały zwiedzanie najbardziej popularnych miejsc jak Prypeć, Czerwony Las, park rozrywki, radzieckie centrum dowodzenia czy samą elektrownię jądrową w Czarnobylu. Taką wycieczkę można było mieć już za ok. 100 dolarów. Wszystkie trasy turystyczne były sprawdzane pod kątem poziomu promieniowania przed wizytą. Niemniej długotrwałe przebywanie w tym obszarze może być niebezpieczne

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version