— Amerykański przemysł potężnie inwestuje w wiatr na lądzie. Z kolei w Chinach w zeszłym roku powstało aż 130 GW z łącznych 160 GW wybudowanych na całym świecie. To pokazuje, że OZE to globalny trend. I sypie się narracja „Unia się kończy, bo chce być ekologiczna, gdy Chiny smrodzą” — mówi w rozmowie z „Newsweekiem” Paweł Przybylski, prezes firmy ONDE.
Newsweek: Trwają wielkie inwestycje w OZE i modernizacje sieci. Czy przyjdzie moment, że nasze rachunki za prąd zaczną spadać?
Paweł Przybylski, prezes ONDE: Musimy pamiętać, że na cenę końcową na rachunku składa się kilkanaście pozycji, samo wytworzenie energii jest jedną z nich.
Celem transformacji nie jest dziś obniżenie cen energii za wszelką cenę, ale zastopowanie ich wzrostu. Dekady stagnacji doprowadziły nas do momentu, w którym niezbędna jest gruntowna przebudowa systemu sieci energetycznych. Spora część z nich powstała jeszcze w latach 60., dodatkowo cały model był mocno scentralizowany i nie odpowiada już współczesnym potrzebom. A mówimy o inwestycjach rzędu kilkuset miliardów złotych, które w głównej mierze finansujemy z KPO i funduszy unijnych, ale częściowo też z naszych podatków. Problem polega na tym, że nie uruchamiając tych działań i pozostając w obecnym modelu, nasze rachunki za energię poszybowałyby w niespotykanym dotąd tempie.
Transformacja energetyczna już się dzieje, weszliśmy w epokę elektryfikacji gospodarki i przed nami gigantyczny wzrost zużycia prądu. W zeszłym roku zużyliśmy ok. 175 TWh, a rządowe estymacje w Krajowym Planie na rzecz Energii i Klimatu pokazują, że w ciągu kolejnych 20 lat zużycie wzrośnie niemal o 100 TWh. Rośnie liczba samochodów elektrycznych na drogach, powstają energochłonne centra danych, a w ciepłownictwie prąd zastępuje węgiel czy gaz. Każdy z nas zużywa i będzie zużywać coraz więcej energii. Tego procesu nie odwrócimy.
Koszt sieci na rachunku może być więc w wartościach bezwzględnych wyższy. Jeśli jednak równolegle postawimy na lądową energetykę wiatrową, fotowoltaikę i magazyny energii, to część rachunku odpowiadająca za samą energię będzie niższa. To oznacza, że spadek ceny prądu może zbilansować wzrost cen za dostawę. Biorąc też pod uwagę inflację, prąd może stanowić mniejszy procent wydatków w gospodarstwie domowym.
Podobno w Niemczech dzięki inwestycjom rachunki dla obywateli ustawicznie maleją?
— To ciekawy przykład. W Polsce regulacjom podlegają ceny energii dla odbiorców indywidualnych, a w Niemczech sytuacja jest odwrotna. Tam urząd kontroluje ceny dla przemysłu i usług, a energia dla odbiorców indywidualnych jest sprzedawana na wolnym rynku. Oznacza to, że firmy mocno konkurują ceną. I rzeczywiście, konkurencja jest tam na tyle silna, że różnice w ofertach dla czteroosobowej rodziny mogą wynieść nawet kilkaset euro rocznie.
Paweł Przybylski, prezes firmy ONDE
Foto: Mat. Prasowe
W Polsce Urząd Regulacji Energetyki chroni odbiorców indywidualnych, a przemysł działa na rynku konkurencyjnym. Rozpoczyna się też trend konkurencji na rynku odbiorców indywidualnych. Możemy zmieniać dostawców, wchodzą taryfy dynamiczne. Odbiorca jest wtedy informowany o cenie prądu w danym momencie i może sterować swoim zużyciem.
Jakie są hamulce na drodze do tańszego prądu z OZE?
— Mamy ponad 11 GW mocy w wietrze na lądzie i 26-27 GW w fotowoltaice, z czego połowa to mikroinstalacje dachowe. W zeszłym roku udział OZE w produkcji energii po raz pierwszy przekroczył u nas 30 proc. OZE w Polsce wchodzi już w dojrzałość i branża może mieć powody do dumy. Jednak wciąż nie wykorzystujemy w pełni naszego potencjału.
W słoneczne i wietrzne dni, przy niskim popycie, produkcja energii jest niewspółmierna do zużycia. Elektrowni węglowych nie da się łatwo wyłączyć, więc operator wyłącza instalacje OZE. Pojawiają się ceny ujemne, co oznacza, że inwestor musi dopłacać za wprowadzanie prądu do sieci.
Brakuje mechanizmów zarządzania tą energią, przede wszystkim magazynów energii, które gromadziłyby prąd w dzień, a oddawały go wieczorem, gdy nie wieje i nie świeci słońce.
Blokadą jest też legislacja. Energetyka wiatrowa na lądzie była zamrożona przez blisko 10 lat z powodów politycznych. W górnictwie pracuje około 70 tys. osób i to grupa, która skutecznie walczy o swoje interesy. Tymczasem mało kto zauważa, że sektor OZE, obejmujący wiatr na lądzie i morzu, fotowoltaikę, biomasę i biogaz — zatrudnia już w Polsce prawie 150 tys. ludzi. To grupa dwa razy większa niż liczba górników. Nie ma ona jednak takiego przebicia i bywa traktowana negatywnie, zwłaszcza wiatraki na lądzie.
Czy strach mieszkańców przed wiatrakami wciąż jest dużą barierą?
— Energetyka wiatrowa to niestety temat mocno upolityczniony i wykorzystywany przez grupy nacisku. Deweloper, który chce budować farmę, musi inwestować w komunikację, tłumaczyć i pokazywać korzyści z podatków, jakie wpłyną do budżetu gminy. Często organizuje się wycieczki dla mieszkańców do gmin, gdzie wiatraki już stoją, by mogli porozmawiać z lokalnymi wójtami i sprawdzić, czy turbiny hałasują.
Czasem niechęć wynika z czysto ludzkiego poczucia niesprawiedliwości. Wiatrak stoi na polu jednego rolnika, który przez 25 lat dostaje za to pieniądze i dalej uprawia tam zboże, a sąsiedzi nie zyskują nic. Branża i administracja rządowa pracują nad rozwiązaniami ustawowymi. Jeden z pomysłów to specjalny fundusz, na który inwestor co roku wpłaca środki dla całej społeczności gminy. Inna opcja to bezpośrednie upusty na prąd dla mieszkańców żyjących w sąsiedztwie farmy wiatrowej. To zbilansowałoby nierówności.
Poważną blokadą dla OZE jest sprzeciw MON w kwestii budowy turbin. Ale minister Kosiniak-Kamysz deklarował na ostatniej konferencji Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej w Świnoujściu, że resort już nie będzie przeszkadzał.
— Zapowiedzi premiera Kosiniaka-Kamysza to bardzo dobry krok. Pierwsze zarysy stref ograniczeń, o których zaczęło mówić MON w związku z wojną w Ukrainie i nową sytuacją geopolityczną, były dla energetyki wiatrowej zabójcze. Uniemożliwiały stawianie nowych turbin. Wiemy jednak, zarówno od samego ministra, jak i z niższych szczebli w resorcie, że dialog rozpoczęty przez branżę przyniósł efekty i pojawiła się otwartość na poluzowanie tych restrykcji.
W Polsce budujemy teraz mało wiatraków, między innymi przez ograniczenia MON. Tymczasem Ukraińcy mimo trwającego konfliktu zbrojnego, przelatujących samolotów bojowych, dronów i pocisków, cały czas inwestują w wiatr. W zeszłym i w tym roku budują więcej niż my. Oczywiście wojsko musi mieć przestrzeń do działania, a radary odpowiednią widoczność, ale da się to zorganizować tak, by nie zabijać zielonej energetyki. Jako branża liczymy na racjonalny kompromis. Nie chcemy ingerować w bezpieczeństwo kraju, tylko współistnieć.
Czy w przypadku Ukrainy to nie jest tak, że oni po prostu nie mają wyjścia niż budować dużo, ze względu na bezpośrednie zagrożenie?
— Dokładnie tak. I właśnie dlatego przykład Ukrainy jest tak istotny w dyskusji o bezpieczeństwie energetycznym. Budowa rozproszonych źródeł energii jest oczywiście uzasadniona strategicznie. Nie ma wtedy jednej wielkiej elektrowni, która jest łatwym celem dla wroga. Rozproszone, mniejsze źródła rozmieszczone na dużym obszarze, w połączeniu z rozbudowaną siecią, zmniejszają ryzyko odcięcia kraju od prądu w razie awarii czy ataku.
Ale spójrzmy na innych sąsiadów. Niemcy w zeszłym roku zbudowali ponad 5 GW w samej wiatrowej energetyce lądowej i wydali pozwolenia na kolejne 15 GW. Polska od początku istnienia branży uzbierała zaledwie 11 GW. Niemcy potrafią w rok wybudować połowę tego, na co my potrzebowaliśmy dekad. To nie przymus, tylko trend. Nawet w USA, gdzie Donald Trump otwarcie zwalcza wiatraki morskie, co zresztą zaczęło się od jego prywatnego sporu o to, że turbiny psuły mu widok z okien jego hotelu w Anglii, amerykański przemysł potężnie inwestuje w wiatr na lądzie. Potrzebują ogromnych ilości prądu do zasilania nowych centrów danych.
Z kolei w Chinach w zeszłym roku powstało aż 130 GW z łącznych 160 GW wybudowanych na całym świecie. To pokazuje, że OZE to globalny trend. I sypie się narracja „Unia się kończy, bo chce być ekologiczna, gdy Chiny smrodzą”.
Wracając do wicepremiera — czy ta deklaracja rządu jest dla was wiarygodna?
— Nie byliśmy nią zaskoczeni, bo rozmowy z MON-em i wojskiem trwały od dawna. Cieszy nas, że te argumenty trafiają do rządzących, ale do deklaracji politycznych zawsze podchodzimy ostrożnie. Historia OZE w Polsce ma ponad 20 lat — przepisy i systemy wsparcia ciągle się zmieniały, a obietnice różnych rządów rzadko były realizowane w 100 proc.
Paweł Przybylski, prezes firmy ONDE
Foto: Mat. Prasowe
Będziemy monitorować sytuację i przypominać politykom o ich słowach. Jeden z inwestorów słusznie zauważył na konferencji PSEW, że piękne słowa padły na szczytach władzy, ale teraz ministrowie powinni wysłać maile do urzędników na szczeblach wojewódzkich, powiatowych i gminnych, bo to tam zapadają decyzje operacyjne i tam potrzebne jest realne zielone światło, a nie tylko werbalne wsparcie.
Musimy też pamiętać o układzie politycznym. Nawet jeśli rząd ma szczere chęci, na końcu ustawy musi podpisać prezydent. Niektóre ustawy energetyczne podpisał, inne zablokował. Na konferencji w Świnoujściu nie było żadnych przedstawicieli Kancelarii Prezydenta, więc nie wiemy, czy Karol Nawrocki chętnie te zmiany podpisze.
A czego konkretnie wymagają te zapowiedzi? Będą potrzebne nowe ustawy?
— Tak, część zmian będzie wymagała ścieżki ustawowej. Kluczowym postulatem branży jest na przykład zmiana prawa umożliwiająca równoległe procesowanie decyzji środowiskowej oraz miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Obecnie robi się to jeden po drugim. W Polsce przygotowanie wszystkich pozwoleń do rozpoczęcia budowy trwa od 7 do 10 lat. Niemcy, opierając się na unijnej dyrektywie RED III, skracają ten czas do kilkunastu miesięcy.
Słychać zapowiedzi, że w latach 30. czeka nas pełna modernizacja sieci, która pozwoli w pełni wykorzystać potencjał OZE. Czy to oznacza skokowy boom inwestycyjny dla branży?
— Polskie Sieci Elektroenergetyczne oraz czterej najwięksi operatorzy dystrybucyjni (Enea, Energa, Tauron, PGE) planują wydać w najbliższej dekadzie od 150 do 200 mld zł na modernizację i rozbudowę sieci. To potężny boom dla producentów kabli, transformatorów, rozdzielnic oraz dla firm wykonawczych.
Dla firm wykonawczych, takich jak ONDE, oznacza to skokowy wzrost przychodów, większe zyski i wzrost zatrudnienia. Gdy turbiny w Polsce były blokowane, musieliśmy szukać projektów za granicą, żeby nie zwalniać ludzi i nie marnować potencjału. Odblokowanie wiatru na lądzie to dla nas powrót do czasów, kiedy budowało się wiele projektów równolegle. Pojawią się nowe przetargi, powstaną nowe firmy wykonawcze i nowi dostawcy urządzeń. W skali makro to potężny zastrzyk dla polskiego PKB. Nie będzie to wyłącznie inwestycja w energetykę, a impuls dla całego przemysłu, rynku pracy i konkurencyjności polskiej gospodarki.

