Omijać, nie odpowiadać, bagatelizować, zmieniać temat — tak PiS chce się uporać ze sprawą swojego posła Marcina Romanowskiego. Prokuratura otrzymała list podpisany nazwiskiem Romanowskiego nadany z Naddniestrza, separatystycznej republiki w Mołdawii, która jest kontrolowana przez Rosję.
Ojej… tam są Rosjanie, do których uciekł Romanowski”. Tak to jest komentowane w mediach, ale my omijamy temat — mówi jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości.
Sprawa jest bardzo niewygodna. Marcin Romanowski jest wciąż posłem Prawa i Sprawiedliwości — ucieka przed zarzutami, które stawiać mu chce prokuratura, i wizją aresztowania. Jako wiceminister sprawiedliwości nadzorował Fundusz Sprawiedliwości — śledczy chcą mu stawiać zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i ustawiania konkursów na finansowanie z tego funduszu. Romanowski najpierw wyjechał na Węgry, ale po porażce Viktora Orbana musiał uciekać dalej. I wtedy ślad po nim zaginął. Usiłował — tak jak jego były szef i były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro — wyjechać do USA, ale to mu się nie udało.
Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynął wniosek Marcina Romanowskiego o wydanie listu żelaznego. Z pisma oraz z koperty wynika, że przesyłka została nadana w Tyraspolu, na terenie Naddniestrza. Na konferencji prasowej rzecznik Prokuratury Krajowej był pytany, czy prokuratura ma pewność, że pismo faktycznie zostało wysłane przez byłego wiceministra. — Nie mamy pewności. Mamy ogólną zasadę domniemania wiarygodności dokumentów — powiedział prok. Nowak. Jak zaznaczył, pismo zostało podpisane własnoręcznie — imieniem i nazwiskiem Romanowskiego. — Nie było to przedmiotem opinii [biegłego w zakresie] pisma ręcznego, natomiast jest to podpis podobny — dodał prokurator.
Mec. Bartosz Lewandowski, pełnomocnik Romanowskiego napisał na X o swoim kliencie: „Potwierdzam fakt złożenia przez mojego klienta wniosku o wydanie listu żelaznego i złożenia oświadczenia o przebywaniu poza terytorium Unii Europejskiej. Prokuratura Krajowa dysponuje adresem korespondencyjnym Marcina Romanowskiego oraz oświadczeniem mojego mocodawcy, a dzisiaj prokurator potwierdził, że prokuraturę obowiązuje domniemanie wiarygodności tego dokumentu”.
PiS liczy, że ucieczka Marcina Romanowskiego zejdzie na dalszy plan
W PiS śledzą, jakie zainteresowanie budzi sprawa Marcina Romanowskiego. — Miliony ludzi tym nie żyją. Gdy temat się pojawił w mediach, to było chwilowe zainteresowanie, ale potem opadło — mówi jeden z polityków PiS. A skoro Romanowski schodzi na dalszy plan, to politycy PiS starają się unikać pytań o partyjnego kolegę i omijać temat, jak tylko to możliwe.
— Strategia jest taka, żeby omijać problem. Musimy go przeczekać i nie dawać paliwa, by się toczył — słyszymy w PiS. Paliwem jest komentowanie i odnoszenie się do sprawy.
Widać to po zachowaniach konkretnych polityków PiS. Rzecznik partii, poseł Rafał Bochenek, rzucił jedynie: — Nie mam żadnej informacji na temat tego, gdzie przebywa Marcin Romanowski, nie mam z nim żadnego kontaktu. Natomiast wiem jedno, że gdyby wrócił do Polski, nie ma co liczyć na uczciwy, bezstronny proces przed polskim sądem.
Podobnie kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek. Dopytywany w czasie wywiadu w Polsacie o kwestię Naddniestrza stwierdził, że gdyby Marcin Romanowski faktycznie się tam znajdował, „byłoby to przekroczenie pewnej linii”. — Nie mam pojęcia, gdzie jest Romanowski. Nie ma to najmniejszego znaczenia dla Polaków. A taka wrzutka, gdy wiele rzeczy sypie się na naszych oczach, jest bardzo cenna dla rządzących — mówi Czarnek. Podkreślał, że zajmuje się innymi rzeczami: sprawą pieniędzy dla powodzian, wyciekiem danych osobowych polskich pacjentów. Nalegał przy tym, by zmienić temat z Romanowskiego na inny.
Linia PiS jest bardzo asekuracyjna: najlepiej nie mówić nic, a jeśli już, to zmieniać temat i próbować narzucić własną agendę.
W PiS podsuwają jako przykład zachowanie posła Andrzeja Śliwki. Złapany na korytarzu sejmowym przez reportera TVP sam nagrywał swoją wymianę zdań z dziennikarzem. A potem opublikował ją. Reporter „19.30” pytał o Marcina Romanowskiego, a Śliwka odparowywał pytaniami, ile zarabia w telewizji i nazywał go „propagandystą”. — Śliwka w ogóle nie odpowiadał na pytania o Romanowskiego, zasłaniając się ważniejszymi tematami — podkreśla jego kolega z ław sejmowych.
— Linia jest taka, że my nie możemy tego komentować, bo nie wiemy nawet, czy list jest autentyczny i czy został faktycznie wysłany z Naddniestrza. Przecież można wysłać list i się podpisać czyimś nazwiskiem. Prokuratura sama się podłożyła, bo powiedzieli, że oni sami nie wiedzą, czy list faktycznie wysłał Romanowski. Skoro prokuratura nie wie, to co tu komentować? — dodaje kolejny rozmówca.
Tymczasem ludzie związani z Mateuszem Morawieckim czują ulgę, że nie muszą już bronić żadnego z ziobrystów — ani Zbigniewa Ziobry, ani Marcina Romanowskiego.
Sam Morawiecki nie miał problemu z komentowaniem tej sprawy. — Gdyby tak rzeczywiście było [że poseł PiS jest w Naddniestrzu — przyp. red.], jeśli to się potwierdzi, byłoby to skrajnie naganne i nie miałbym tutaj żadnych słów usprawiedliwienia dla czegoś takiego. Zaznaczam, że nie wiem, jaka jest rzeczywistość w tym zakresie — powiedział na konferencji prasowej.