Mąż w domu, zajmujący się dziećmi i utrzymywany przez żonę? Ona sobie to wyobrażała, on niekoniecznie. Jednak kiedy przed Dominiką stanęła kolejna szansa na awans, zgodził się na taki układ.
— Wiedziałam, że to będzie ode mnie wymagać nadgodzin, wyjazdów służbowych, ale czułam, że warto — mówi Dominika. Awans oznaczał, że zarabiała trzy razy więcej niż jej partner. Nie było jednak mowy, by była w stanie — przynajmniej na początku — jednocześnie zajmować się dziećmi i domem. Minęły dwa lata, odkąd mąż Dominiki zrezygnował z pracy. Kobieta przyznaje, że zaakceptował to dopiero pół roku temu.
Przez pierwszy miesiąc, kiedy nie musiał już chodzić do urzędu, w którym dotychczas pracował, wydawał się szczęśliwy. Potem jednak nastrój zdecydowanie się pogorszył. Skarżył się, że koledzy się z niego podśmiewają. Żartują, że skoro został utrzymankiem, to pewnie teraz, jakby chcieli mieć kolejne dziecko, on je urodzi.
Urobiona po łokcie
Ona z kolei słyszała od niego, że nie tak wyobrażał sobie swoje życie. Że chciał być zaangażowanym ojcem, ale jednak mieć poczucie, że wnosi coś do budżetu, że ma jakąś niezależność. Na początku Dominikę to złościło.
— Wracałam po kilkunastu godzinach pracy, czasem po delegacjach, naprawdę wykończona, a on żalił się, że ktoś coś nagadał albo że czuje się jak wyrzutek społeczny. Myślałam wtedy: serio? Ja tu się urabiam po łokcie, żebyśmy mogli dobrze żyć, a ty się przejmujesz komentarzami kolegów? — wyznaje.
Z czasem zaczęła jednak widzieć, że to jest coś więcej niż urażona duma. Zmiana układu w ich relacji dotyczyła tego, jak postrzegał samego siebie. Pracy, którą stracił, miejsca, które zajmował w świecie, i roli, do której był wychowywany. To, co dla niej było racjonalną decyzją — lepsza pensja, większe możliwości — dla niego oznaczało konieczność rezygnacji z czegoś, co budowało jego tożsamość.
Oddalili się od siebie. Seks, który wcześniej był czymś naturalnym, już nie przychodził tak łatwo. On się wycofywał, unikał inicjatywy, coraz częściej mówił o zmęczeniu. W rozmowach wracał wątek „bycia niewystarczającym”. — Zrozumiałam, że nie chodzi o same pieniądze, ale o to, co one dla niego symbolizowały — mówi.
Stan do przeczekania
Ich rozmowy długo były chaotyczne, pełne emocji i wzajemnych pretensji. Ona czuła przeciążenie, on — utratę. Dopiero kiedy udało się odsunąć na bok pytanie „kto ma rację”, zaczęli się naprawdę słyszeć.
Z jego perspektywy to nie była kwestia wygody czy „siedzenia w domu”, tylko konieczność odnalezienia się w roli, której nigdy nie planował. — Uznałam jego perspektywę. Przyjęłam, że to nie jest atak na mnie, że on próbuje sobie poradzić z czymś, na co nie był przygotowany — mówi Dominika.
Z czasem napięcie zaczęło opadać. Nie dlatego, że sytuacja się zmieniła, ale dlatego, że przestali ją traktować jak tymczasowy stan do przeczekania. — Nie wykluczamy, że gdy młodsza córka pójdzie do przedszkola, Marcin wróci do pracy. Ale czuję, że osłabła w nim ta wewnętrzna presja, że musi coś światu udowadniać. I dzięki temu mnie też ulżyło — stwierdza.
Odwrócenie naturalnego porządku
Kobiety w Polsce statystycznie wciąż zarabiają mniej od mężczyzn — jednak luka płacowa szybko się zmniejsza i obecnie wynosi, według Eurostatu, 6,5 proc. (w całej Unii jest dwukrotnie wyższa). Do tego przybywa branż, w których widać zjawisko „odwróconej luki płacowej”. Z danych GUS wynika, że kobiety prześcignęły mężczyzn pod względem wynagrodzeń m.in. w energetyce, budownictwie, gospodarce wodno-ściekowej czy leśnictwie.
Do tego, jak wynika z analizy BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej, Polki są mniej zadłużone od Polaków i podejmują rozsądniejsze decyzje finansowe. Chociaż brak dokładnych danych dotyczących tego, ile Polek utrzymuje rodzinę lub partnera, to dane każą przypuszczać, że nie odbiegamy w tym względzie od innych krajów. A tam odsetek takich kobiet rośnie.
Z badań Pew Research Center wynika, że w 2023 r. 16 proc. zamężnych kobiet było głównymi lub jedynymi żywicielkami rodziny. W 1972 r. ten odsetek wynosił 5 proc. To, by było ich jeszcze więcej, mogą ograniczać przekonania kulturowe.
— Zarabianie daje mężczyznom sprawczość, jest zrównywane z byciem męskim. Gdy role się odwracają, może to wywoływać wstyd, stres i poczucie zaburzenia „naturalnego” porządku — mówi psycholożka i terapeutka Katarzyna Wieloch.
Wskazuje na badanie wykonane przez naukowczynie z Uniwersytetu w Bath. Przebadały one ponad 42 tys. osób z dziewięciu europejskich krajów (w tym z Polski), by określić poziom ich zadowolenia z życia w zależności od tego, kto i w jakim stopniu utrzymuje rodzinę. Okazało się, że gdy jest to tylko w rękach kobiety, mężczyźni nie tylko gorzej się czują. Wręcz preferują sytuację, w której nie pracuje żadne z nich.
Autorki badania prof. Agnese Vitali i dr Helen Kowalewska wyjaśniały w artykule w „European Sociological Review”, że pracująca partnerka jest przez mężczyzn postrzegana jako zagrożenie dla ich męskości. Jeśli ona też nie pracuje, czują się lepiej.
Co więcej, mężczyźni z par, w których oboje są niepracujący, deklarowali większą satysfakcję z życia niż z par, w których tylko kobieta pracuje. Różnica ta była widoczna nawet w takim kraju jak Finlandia, gdzie kwestie równouprawnienia są traktowane priorytetowo. Jedynym wyjątkiem były obszary z dużym bezrobociem — tu przyzwolenie społeczne na niestereotypowy podział obowiązków było większe.
Każdy ma znaczenie
Katarzyna Wieloch podkreśla, że można nad tym pracować. Wiele konfliktów wokół pieniędzy nie dotyczy samych finansów, tylko niewypowiedzianych potrzeb i lęków. Poleca jasne ustalenie zasad — kto za co odpowiada, czego potrzebuje, jakie są cele. — Najważniejsze jest, by każda ze stron czuła, że ma znaczenie — mówi.
W relacjach kluczowa jest wzajemność. Osoba, która zarabia mniej, często daje więcej w innych sferach, np. wsparcie emocjonalne. — Kiedy to, że jedna z osób bierze na siebie większość lub całość wydatków, dzieje się za zgodą obu partnerów, to resztę można zazwyczaj dograć — podkreśla Wieloch.
Według niej problem pojawia się wtedy, gdy jedna osoba jest zmuszana do utrzymywania drugiej poprzez manipulację. — W takich sytuacjach mówimy już o przemocy ekonomicznej. Partner przejmuje kontrolę nad pieniędzmi albo uchyla się od odpowiedzialności, jednocześnie wywołując w drugiej osobie poczucie winy — zaznacza.
Tłumaczy, że często towarzyszy temu próba odzyskania kontroli w innych obszarach — poprzez dominację, podważanie wartości partnerki czy wycofanie z obowiązków. Zdarza się też, że mężczyzna zarabiający mniej również mniej się angażuje, próbując „przywrócić” tradycyjny podział ról. — Warto się wtedy zastanowić, czy ta relacja jest w ogóle bezpieczna. Nie każdą da się naprawić, zwłaszcza jeśli ktoś nie poczuwa się do odpowiedzialności — mówi.
Udawał, że ma gest
— Wziąłem, bo potrzebowałem — usłyszała 20-letnia wówczas Nina, gdy zapytała, gdzie zniknęła odkładana przez nią w domu gotówka. Pokłócili się o pieniądze, nie po raz pierwszy. Jeśli już zebrała się na odwagę, by o tym rozmawiać, zawsze kończyło się awanturą.
To na niej leżał ciężar utrzymania domu, robienia codziennych zakupów, a nawet zapewniania partnerowi ubrań. Pokrywała 80 proc. kosztów ich życia. On właściwie nigdy nie proponował, że coś odda. A ona rzadko się upominała — była młoda i po uszy zakochana. Przekonana, że wszystko się jakoś ułoży.
— On pracował, ale swoją wypłatę przeznaczał na wyjścia ze znajomymi, gry na konsolę i alkohol. Zarabiałam znacznie więcej i chyba założył, że z tego skorzysta — mówi Nina. Ta nierówność by jej nie przeszkadzała, gdyby to przegadali. Albo, gdyby on wziął na siebie domowe obowiązki. Niestety — sprzątanie i gotowanie też było na jej głowie.
Wielu znajomych nie zdawało sobie sprawy z tego, jak wygląda jej sytuacja. Gdy wychodzili większą grupą, mówił, żeby zrobiła mu przelew, i udawał, że to on ma gest. Do tego kreował ją na „wariatkę”. Doprowadzał ją swoim zachowaniem do granic wytrzymałości, a gdy odwarknęła czy wybuchła płaczem, opowiadał innym, jak ma z nią ciężko. Jej przyjaciele jednak czuli, że coś z nim jest nie tak. A mama zwracała jej uwagę: — Dziecko, ty nic nie jesteś w stanie przy nim odłożyć. Za wszystko płacisz.
Na uwagi mamy reagowała alergicznie. Za bardzo chciała wierzyć, że to wielka miłość. A od przyjaciół się w końcu odcięła, bo partner wmawiał jej, że mają na nią zły wpływ. — Dobrze, że już po tym, jak wyszłam z tego piekła, udało mi się odbudować relacje — zauważa Nina.
Nie było jednak łatwo skończyć ten związek.
Nic mi nie udowodnisz
Kiedy okazało się, że ją zdradza i zabiera kochankę na wyjazdy za jej pieniądze, i tak próbowała ratować tę relację. Przekonał ją, że to ona zawiniła, bo niewystarczająco się starała. Nina uznała więc, że muszą to wspólnie przepracować, i zapisała ich na terapię par. Oczywiście to ona płaciła.
Pierwsza myśl o tym, by w końcu odejść i się ratować, pojawiła się, kiedy ją uderzył. Ostateczną decyzję podjęła jednak na zagranicznych wakacjach. Dostała informację, że jej mama poważnie zachorowała. Chciała z nim o tym porozmawiać, dostać wsparcie. Akurat odpoczywał w pokoju po plażowaniu. Zapłakana przekazała mu straszne wieści, a on rzucił tylko: — Mam to gdzieś. Daj mi spać.
Wtedy zrozumiała, że to człowiek, w którym nigdy nie znajdzie oparcia — nie tylko finansowego, ale przede wszystkim emocjonalnego. — Po powrocie powiedziałam mu, że to koniec. A on, że się nie wyprowadzi. To było mieszkanie, które wynajmowałam od mojej ciotki. Żył tam jeszcze dwa miesiące, aż zagroziłam zmianą zamków. W końcu się wyniósł — mówi Nina.
Były partner przy wyprowadzce zgarnął z domu, co tylko się dało. W tym kupiony przez nią telewizor i ekspres do kawy. Zabrał też 20 tys. zł, które wspólnie odłożyli. Do tego przyszły do niej jego mandaty, które zebrał, jeżdżąc jej samochodem. Gdy go z tym wszystkim skonfrontowała, stwierdził, że i tak mu nic nie udowodni. A ona nie miała siły walczyć. — Po rozstaniu musiałam długo odbudowywać poczucie własnej wartości. Trudno było mi też zacząć znów randkować — podkreśla.
Trafiła nawet na wspaniałego mężczyznę, z którym spotykała się kilka miesięcy. Ale nie wierzyła, że może być tak dobrze, że ktoś może być czuły i jeszcze płacić za randki. Jest jednak przekonana, że w końcu nauczy się przyjmować dobre rzeczy. I pewna, że już nigdy nie da się tak wykorzystać finansowo.
Nietypowa para
W gorszych miesiącach Dagmara zarabia na swoim biznesie pięć razy więcej od męża, w lepszych — nawet dziesięć. To dla niej naturalne, że płaci za ich wakacje, wspólne wyjścia czy pokrywa większą część kosztów wspólnego życia. Gdy się poznawali, różnica w ich dochodach nie była tak duża. Trwała pandemia, a biznes Dagmary wymaga podróżowania. Siłą rzeczy nie była w stanie realizować zleceń. Sytuacja jednak dynamicznie się zmieniła, gdy zniesiono covidowe ograniczenia.
— Nigdy mi nie powiedział, że źle się czuje z tą różnicą w dochodach — mówi. I podkreśla, że także poza aspektem finansowym tworzą nietypową parę. Ona Polka, on obcokrajowiec, ona z wyższej klasy średniej, on z ubogiej rodziny, ona wysoka, on niższy. Dagmara opowiada też, że chociaż w kraju, w którym mieszkają, jej mąż uważany jest za atrakcyjnego, to wedle zachodnich standardów ma „niemęską”, delikatną urodę.
Dorastała w sytuacji finansowego komfortu. Cieszy się, że gdy teraz sama też dobrze sobie radzi ekonomicznie, może się tym z kimś dzielić. Do tego zawsze była przeciwna stereotypowym rolom płciowym. Myśli o tym tak: gdyby była mężczyzną, a jej partner kobietą, nikt nie miałby z tym żadnego problemu. Nikt by nie analizował, że jedna osoba zarabia kilkadziesiąt tysięcy, a druga kilka.
Kula u nogi
W odwrotnej sytuacji, w której to partner zarabia dużo więcej, a ona jest w jakiś sposób zależna, nigdy nie była. Ale przypuszcza, że byłoby to dla niej trudne. Nie czułaby się bezpiecznie, gdyby w tej kwestii musiała się opierać na mężczyźnie. Pamięta historię znajomej, którą chłopak zabrał na egzotyczne wakacje, gdzie się rozstali. Zostawił ją tam, a ona nie miała pieniędzy na bilet powrotny.
Dagmara stawia na samowystarczalność. Zasobność portfela partnera ma więc dla niej drugorzędne znaczenie. Gdy jeszcze randkowała, nigdy nie sprawdzała, ile ktoś zarabia, czym się zajmują jego rodzice.
— Niestety, widzę, że kobiety potrafią mówić o mniej zarabiających mężczyznach jak o „kuli u nogi” — wzdycha Dagmara.
Wystarczająco dużo
Układ, jaki ma z mężem, jest dla niej idealny. Jej praca wiąże się z regularnymi wyjazdami na tydzień lub dwa. Jeśli nie jeździ — nie zarabia. On ma etatową, spokojną pracę, którą może wykonywać z domu. Ma czas zająć się ich psami, posprzątać, pozałatwiać sprawunki.
Dagmara wie, że jej tryb pracy dla wielu osób mógłby być problemem. W końcu dla partnera może się to wiązać z poczuciem samotności, lękami o wierność. Od męża dostaje jednak wsparcie zamiast pretensji. Czuje, że każde z nich wiele wnosi do relacji. I że razem mają wystarczająco dużo.




