Coraz więcej trzydziestoparolatków, a nawet czterdziestolatków, nigdy nie było w związku. Jeśli to się zdarzy, bywają pogubieni lub przestraszeni. O takich osobach często mówi się „red flag”. Czy słusznie? I czy da się zbudować zdrową i dobrą, ale pierwszą w życiu relację w dojrzałym wieku?
Już na pierwszej randce z Zosią (29 l.) Szymon (37 l.) usłyszał, że jest „red flagiem”. Kimś, na kogo trzeba uważać. Kogo należy brać pod lupę. Traktować z dużym dystansem, a może nawet podejrzliwie. Zdziwił się, ale i zasmucił. Skąd ta „czerwona flaga”? — Zosi chodziło o to, że nigdy nie miałem żadnego poważnego związku, więc stała się podejrzliwa — opowiada spokojnie. — Nigdy z nikim nie mieszkałem, od kiedy wyprowadziłem się z domu rodzinnego w wieku 22 lat. Dostałem kawalerkę po babci, więc nie musiałem nawet dzielić mieszkania studenckiego czy gnieść się w akademikach. Mogłem rozwijać siebie, swoje pasje i skupić się na karierze. Tak właśnie zrobiłem — dodaje z dumą. Dziś ma stabilną pracę w branży finansowej, zarabia trzy średnie krajowe. Hybrydowe auto, częste wyjazdy. Mieszkanie też już kupił sobie znacznie większe. Cztery pokoje z tarasem. — Przez to, że mam tyle metrów tylko dla siebie, jeszcze mocniej poczułem, że przyszedł czas na założenie rodziny. Głupio tak chodzić samemu po stumetrowej powierzchni i słyszeć odgłos własnych kroków. Używam jednego pokoju i kuchni. Trzy pokoje stoją puste: jest sypialnia, ale wolę spać na kanapie w salonie, drugi to składzik na sprzęt, na rower, deskę SUP i deskorolki. A w trzecim pokoju nie ma jeszcze nic — przyznaje Szymon. Marzy, aby mieszkanie wypełniło się hałasem. Najchętniej miałby już żonę i trójkę dzieci. Tyle że kompletnie nie wie, od czego zacząć.
Desperacja
Wypadł z rynku. Po studiach chodził sporadycznie na randki, ale wszystkie traktował niezobowiązująco. Trochę go to wtedy znudziło, może do tego nie dojrzał? – Uznałem, że wolę skupić się na karierze, sporcie, imprezach — przyznaje. Ostatnio coraz dotkliwiej odczuwa pustkę. Koledzy, szczególnie w podobnym wieku, już mają stałe partnerki, a inni całe rodziny. — Zostałem sam, nawet nie mam z kim imprezować, bo z kolegów zrobili się pantoflarze — śmieje się Szymon.
Na myśl o użyciu aplikacji randkowej czuje dyskomfort. Nigdy tego nie lubił. Po barach, gdzie można kogoś poznać, nie chce mu się chodzić. Nie ma z kim. Nie umie zaczepiać obcych kobiet na social mediach lub na ulicy. — Czułbym się jak desperat albo playboy — mówi wprost.
Teraz planuje umówić się z koleżanką z działu, z którą zawsze długo i miło rozmawiają przy automacie z kawą.
Dominika (41 l.) też czuła się jak desperatka, kiedy trzy lata temu zalogowała się na dwie aplikacje randkowe. Partnera szukała od wielu lat. Ciągle coś nie wychodziło. Kilka razy została zghostowana, i to po jednej lub kilku randkach. Innym razem ktoś chciał, aby została tą trzecią (miał żonę i maleńkie dziecko). Uciekła. Miała poczucie, że ciągle źle trafia. Że ma pecha. Uwierzyła, że związek i miłość nie są jej pisane.
Teraz wchodzi w swój pierwszy związek w życiu. Poznali się na aplikacji. Spotykają się od dwóch miesięcy. O tym, że są w związku, zgodnie postanowili na czwartej randce. On zaproponował, aby zlikwidowali apki i nie szukali już nikogo, skoro są razem. Zachwycił ją. Wreszcie dojrzały, porządny mężczyzna, który nie chce uciec, nie ukrywa żony albo nie chce się tylko zabawić, bez zobowiązań.
— Cieszę się, że jestem z kimś, ale i nie mogę uwierzyć, że to już. Często mam jakieś chore wizje, że on za chwilę zniknie albo uzna, że coś ze mną nie tak. Huczy mi w głowie pytanie, które usłyszałam od ojca kilka dobrych lat temu, podczas świąt: „Powiedz, Dominika, co z tobą nie tak, że nikt cię nie chce?”. Wypowiedział je przy stole, przy którym siedziała cała nasza rodzina. Zranił mnie potwornie. Płakałam, upokorzył mnie przy wszystkich. Na dodatek zaczęłam wierzyć, że to ze mną jest coś nie tak, skoro od dawna jestem sama – twierdzi.
Od dwóch miesięcy czuje się jak w komedii romantycznej; lęka się, że czar pryśnie, a ukochany zniknie. Na razie nie ma nic, co wzbudziłoby jej nieufność, lęk, niepokój. Partner jest pewny siebie, ale nie próżny; stabilny, zrównoważony, przyjazny. Nie ma nałogów, ma za to dobrą pracę i fajną paczkę znajomych, którzy przyjęli Dominikę z otwartymi ramionami.
Wybawiciel
Dominika wciąż nie wyznała partnerowi, że jest jej pierwszym „prawdziwym”. Owszem, miała jakieś przelotne romanse, dosłownie kilka przez całe dotychczasowe życie. Ostatni pewnie z dziesięć lat temu. Teraz boi się, że on zacznie się dziwić, może śmiać, albo i zastanawiać, czy „wszystko z nią ok”? Może faktycznie „nikt jej nie chciał”? Każdy temat, który dotyczy przeszłości czy relacji, wprawia ją w stres. Unika odpowiedzi, kończy wątki. Dominika na razie nie chce myśleć o tym, kiedy i jak pozna partnera ze swoimi rodzicami. Boi się, że ojciec od razu da kąśliwy komentarz na temat jej przedłużającego się singielstwa i nowego wybawiciela.
Aż 44 proc. Polaków w wieku 18-29 lat deklaruje, że nie pozostaje w żadnym związku. Wśród młodych mężczyzn udział tych, którzy ze względu na brak szans nigdy nie ułożą sobie życia, szacowany jest na przynajmniej kilkanaście procent. Jeśli zaś chodzi o dorosłych w wieku 20-40 lat, ok. 40 proc. osób nie jest w żadnej relacji. Część z nich nigdy nie miała związku. Tak wynika z raportu na temat życia towarzyskiego i uczuciowego młodych Polaków, przedstawionego w 2025 roku przez Centrum Badania Opinii Społecznej.
Wiele osób żyjących solo mówi wprost, że nie wie, gdzie może poznać drugą osobę. Z powyższych badań CBOS wynika, że respondenci poznawali swoich partnerów/partnerki najczęściej na prywatnych imprezach lub spotkaniach z przyjaciółmi, także w szkole, na studiach lub w miejscu pracy. W pokoleniu Z większą rolę odgrywały aplikacje randkowe oraz inne sposoby nawiązywania znajomości przez Internet, a wśród millenialsów częściej pojawiały się miejsca „w realu”, czyli kluby i bary.
Bez pocałunku i przytulenia
Zjawisko, w którym osoby do 35., a nieraz nawet 40. roku życia jeszcze nigdy nie były w związkach romantycznych, obserwuje z perspektywy gabinetu Sylwia Wierzbicka, psycholożka i seksuolożka. — Są to czasami osoby, które nie doświadczyły nawet pocałunku lub przytulenia, oczywiście nie licząc dzieciństwa czy relacji rodzinnych i przyjacielskich — opowiada.
Terapeutka zauważa wzrost liczby pacjentów, którzy zgłaszają się z problemem braku doświadczeń w związkach romantycznych. Co ciekawe, osoby te często prowadzą interesujące, aktywne i dobre życie. — Mają niezłą karierę, niezależność finansową, różne pasje i czasami bogate życie towarzyskie. Spełniają niemal wszystkie „filary” dorosłego życia, poza tym jednym, wymarzonym: partnerstwem romantycznym — relacjonuje.
W social mediach i w wielu treściach pop-psychologicznych osoba, która nie miała „poważnego związku” do trzydziestki, czterdziestki (wskaźniki są różne), to właściwie „chodzący red flag”. Ktoś, na kogo trzeba uważać, a może nawet omijać szerokim łukiem… Czy rzeczywiście?
— Takie szkodliwe przekazy, a do tego presja rodziny i środowiska, aby wejść wreszcie w związek, nierzadko powodują, że wiele osób zadaje sobie pytanie: „co jest ze mną nie tak?”. Z takimi wątpliwościami przychodzą do gabinetu — przyznaje Wierzbicka. — Wbrew przypuszczeniom, rzadko są to osoby z traumatycznymi doświadczeniami dzieciństwa czy zaburzeniami więzi, choć na terapii zawsze staramy się sprawdzić, czy za długim singlowaniem nie kryje się trauma, zranienie. Okazuje się jednak, że osoby te często przez wiele lat skupiały się na karierze, podróżach lub budowaniu niezależności, odkładając temat związków na później. Poza tym obserwuję, że część takich osób przez bardzo długi czas mieszkała lub nadal mieszka z rodzicami. Jest to powtarzający się wzorzec. Oczywiście, trudny rynek mieszkaniowy sprzyja temu trendowi, ale może to również opóźniać rozwój autonomii w kontekście relacji — tłumaczy psycholożka.
Jeszcze inne osoby bardzo chcą być w relacji, ale się… boją. — Wejście w związek wiąże się z naruszeniem komfortowej rutyny, zmianą przyzwyczajeń i ryzykiem emocjonalnym (istnieje potencjał zranienia). Im dłużej żyje się samotnie, tym trudniej dopuścić kogoś do swojego świata — wyjaśnia Wierzbicka.
Sporo poszukujących osób tworzy obecnie tzw. wish list. Są to niekiedy bardzo długie listy z życzeniami i cechami, które powinien mieć potencjalny partner/partnerka. Dotyczą i wyglądu, i cech zewnętrznych, i wewnętrznych, i statusu, itd. — Wraz z wiekiem wzrastają oczekiwania wobec partnera, często pod wpływem mediów społecznościowych i pop-psychologii (koncepcje „bare minimum”). Ostatnio w jednym z reality show pewna kobieta przekonywała, że jeśli mężczyzna minimum raz w tygodniu nie daje kwiatów swojej partnerce, bez okazji, to nie nadaje się do związku. To wszystko może prowadzić do nierealistycznych oczekiwań i standardów — mówi Wierzbicka.
Źródło cierpienia
Marzena (46 l.) jest czasami wkurzona na matkę. Wdrukowała jej nad wyraz pesymistyczny scenariusz związkowy. Nic dziwnego, Marzena była wychowywana tylko przez mamę i babcię. Obie kobiety powtórzyły smutny scenariusz: zostały porzucone przez partnerów, ojców swoich jedynych córek. Najpierw babcia, potem mama. Mężczyźni przepadli, nie kontaktowali się z rodziną i z córkami. Marzena od małego słyszała, że miłość lepiej omijać, bo rani, a związek to znój i trud, zakończony zwykle nieszczęśliwie. Mówiła jej o tym babcia, mówiła jej o tym matka. Przekonywały, że mężczyźni wykorzystują kobiety i nie można na nich liczyć.
W jej domu nigdy nie było mężczyzn. Czasem wpadał jakiś kolega matki albo kuzyn, żeby na przykład zreperować kran, przenieść szafę. Marzena dopiero dzięki terapii, na którą zapisała się kilka lat temu, odkryła, jak bardzo brakowało jej ojca. I jak bardzo nie rozumie i obawia się dziś mężczyzn. Jednocześnie od zawsze marzyła, by mieć pełną rodzinę, co najmniej dwójkę dzieci. Na macierzyństwo wydaje się być dla niej za późno, dobrze to wie. A w związku wreszcie jest od roku. Na razie to relacja na odległość, ale dobra i solidna. Pełna pasji, rozmów, szacunku. Marzena przyznaje, że ciągle popełnia błędy, ale partner jest wyrozumiały. Ile to już razy zarzucała mu, że ją zdradza albo kłamie, gdy nie odpisał po chwili lub nie odebrał od razu. Ileż razy myślała, że z nią pogrywa i na pewno odejdzie, że bawi się nią. On za każdym razem spokojnie wyjaśnia każde nieporozumienie, choć bywa zniecierpliwiony lub smutny, że ona mu zarzuca złą wolę. Marzena jest pewna, że gdyby nie klisza, którą wdrukowały jej matka z babcią, miałaby od dawna swoją rodzinę. A jeśli nawet nie, to ten związek kosztowałby ją mniej stresu, mimo że jest udany.
Negatywne przekazy rodzinne mają sporą siłę rażenia. — Jeśli ktoś wychował się w przekonaniu, że związki są źródłem cierpienia lub jeśli oczekuje ideału, to może skutecznie blokować nawiązywanie relacji. Dodajmy do tego strach przed pierwszym odrzuceniem. Doświadczenie pierwszego zranienia w wieku 35 lat może być szczególnie destabilizujące, zwłaszcza jeśli osoba była wcześniej przed tym skutecznie chroniona — komentuje Wierzbicka.
Nie żałuję
Psycholożka podpowiada, że jeśli taka osoba trafi na terapię, warto, aby skoncentrowała się na poszukiwaniu źródeł problemu w przeszłości: doświadczenia rówieśnicze, rodzinne przekazy, genogramy seksualne. Równie ważna jest praca nad „tu i teraz”, czyli nad aktualnymi obawami, wyobrażeniami o związkach i lękiem przed zmianą. — Pracujemy też nad budowaniem nadziei i chęcią do podejmowania ryzyka, nawet jeśli oznacza to potencjalne zranienie — przyznaje Wierzbicka.
Wspomina pewną pacjentkę, która poleciała do innego kraju, aby przeżyć doświadczenie pierwszej, choć krótkiej relacji z kimś, o kim wiedziała, że ją potem rzuci i zrani. Tak bardzo chciała wreszcie doświadczyć bliskości, że zdecydowała się na ten krok. Nie żałuje.
Kolejnym ważnym aspektem jest usilne poszukiwanie osoby do założenia rodziny. Szczególnie w przypadku kobiet, które biologicznie mają jednak pewien określony czas na urodzenie dziecka. Przed 40-tką część z nich wpada w panikę, jeśli nadal są singielkami, a marzą o dzieciach. Desperacja bywa fatalnym doradcą, często staje się dla innych nieatrakcyjna i odpychająca. — Niestety, może odstraszyć najlepszego partnera — obserwuje psycholożka.