Naprężone muskuły, błyszczące zegarki, drogie samochody. Kobiety bez praw wyborczych, sprzeciw traktowany jako zachęta, poniżanie innych mężczyzn. Kalki treści zza oceanu sprzedawane za kilkaset złotych jako wiedza tajemna. Spędziłem tydzień w polskiej manosferze i oto co tam zobaczyłem.
Algorytmy prowadziły mnie po polskiej manosferze przez tydzień. Przez posty, reelsy, webinary, wystąpienia i dyskusje wprost do koszyków zakupowych. Przeczytałem trzy książki, w tym jedną za 349 zł, a każda miała mieć moc, aby zmieniać życia. Zebrawszy materiał, wklepałem go do jednego z agentów AI. A ten odmówił analizy, zasłaniając się protokołami bezpieczeństwa.
Dotykaj, aż przestanie jej to przeszkadzać
Za przeczytanie tej książki płaci się 349 zł, choć nie jest białym krukiem, tylko e—bookiem o przeciętnej długości. Dowiedziałem się z niej, że kobiety pragną drapieżników, ich opór tak naprawdę oznacza pożądanie, a męska agresja jest z natury atrakcyjna — o tym w skrócie opowiada „Łobuz”.
Zainteresował Cię temat? Przeczytaj wszystkie nasze teksty o manosferze
Książka oferuje błyskawiczny dostęp do czarno—białego świata, który nęci obietnicami: „tylko ja wiem, czego chcą kobiety”, „nie teorie — praktyczne kroki”, „staniesz się kimś wyjątkowym”, „moje życie jest lepsze, dlatego mogę cię nauczyć”.
„Łobuza” napisał Kamil Konatkowski, znany w środowisku jako James albo po prostu Samiec Alfa. Określa się z pomocą liczb: 18 lat na siłowni, 13 w branży, 10 w związku, tyle samo kobiet w łóżku, co przeczytanych książek — ponoć ok. 200. Partnerek Konatkowski miał mieć zresztą tyle, że ich wygląd nie robi już na nim specjalnego wrażenia, ale i na to znalazł praktyczne rozwiązanie — wytwarza w sobie pożądanie w sztuczny sposób różnymi ćwiczeniami.
Od kilkunastu lat organizuje kursy uwodzenia, podobno pomógł setkom mężczyzn. Technikę szlifował w Białymstoku w klubie „Łóżko”. Jak wpadł na to, żeby zostać królem podrywu? Olśniło go na potężnym kacu, gdy było mu już tak wszystko jedno, że zaczął chwytać obce kobiety za ręce. Mówiły, że nie chcą, ale nie przestawał, bo, jak tłumaczy, nie reagowały wystarczająco zdecydowanie. Nie wzywały ochrony ani nie uciekały, no to uznał, że „coś unosi się w powietrzu”. Ta historia, przynajmniej w książce, kończy się stosunkiem pod drzewem. „Przeleciałem ją mimo wyraźnego oporu i słów >>nie jestem zainteresowana<<” — chwali się Konatkowski.
Po wszystkim doszedł do wniosku, że za tym niespodziewanym sukcesem stoi nieświadome przeistoczenie się w łobuza. A łobuz to według niego — a raczej według amerykańskiej manosfery — myśliwy, który stosuje manipulacje, nie interesuje się kobietami, które się nim interesują, nie zważa na ich oczekiwania, zamiast tego traktuje je jak małe dziewczynki, które nie wiedzą, czego chcą. On jest łowczym, błędem w matrixie, którego system nie jest w stanie odczytać. One zaś zdobyczą, a świat, oczywiście, dżunglą.
Konatkowski namawia:
„Jeśli masz dziewczynę w domu i pomimo werbalnych oporów eskalujesz dotyk i jesteś seksualny (budujesz z nią napięcie), dziewczyna w końcu pęknie”.
„Gdy kobieta zabiera twoją rękę i prosi, żebyś jej nie dotykał, to nie robisz tego, ale później próbujesz znowu. Gdy prosi, żebyś przestał się tak na nią patrzeć, ty robisz to dalej”.
„Gdybyśmy jako dzieci widzieli, że ojciec klepie matkę po tyłku, nie mielibyśmy problemu z kobietami w przyszłości”.
W „Zdobyć kobietę” dodaje: „Jeśli na mój dotyk bądź bliskość reaguje źle, to znak, że nie jest jeszcze na to gotowa. Nie oznacza to jednak, że nie spróbuję ponownie za jakiś czas. Tak działam do momentu, aż zacznie mnie pragnąć”.
A co jeśli kobieta spyta, dlaczego ją dotykamy, pomimo jej sprzeciwu? Konatkowski radzi grać głupa: „To nie ja cię dotykam. To moja ręka to robi, ja nie mam nad nią żadnej kontroli, jakaś zwariowana jest”. I namawia: „Nigdy, przenigdy nie dajecie jej logicznej odpowiedzi na problem, który ona stworzyła”.
Dla niego to „tworzenie uczucia dyskomfortu”, ale polskie prawo nazywa to przestępstwami seksualnymi (w zależności od sytuacji — artykuły 197, 198 i 199).
Kobieta chce wilkołaka
Tytułowy „Łobuz” to proste nawiązanie do wałkowanego przez amerykańską manosferę „bad boya”, złego chłopca, tego wybrańca, który nieustannie odnosi sukcesy, sam wybiera partnerki, nie jest nudny, uległy, ani podatny na manipulacje. Kobiety mają być zaprogramowane, żeby pożądać takich mężczyzn.
Swoich czytelników Konatkowski nazywa hetmanami. Ten prosty zabieg, znów, zapożyczony zza oceanu, ma pozwolić zbudować wspólny język, tożsamość, stworzyć grupę wtajemniczenia, która będzie odróżniała się od nieświadomej i nieprzebudzonej reszty.
Konatkowski pisze w swoich książkach wprost, iż kobiety zażywały z jego powodu antydepresanty i miały stany lękowe, czego dziś żałuje, jednak nie przeszkadza mu to przekonywać, że szanowanie granic drugiej osoby prowadzi mężczyznę donikąd. Tak samo, jak bycie uprzejmym i okazywanie poczucia humoru. „Bycie zbyt miłym dla kobiety jest konsekwencją strachu przed odrzuceniem” — przekonuje w „Zdobyć kobietę”.
Odpowiedzi na pytanie, czego pragną kobiety, Konatkowski szukał podobno w literaturze erotycznej, choć znów wydaje się to niczym więcej niż tylko zapożyczeniem, o czym za momencik, bo najpierw trzeba szybko napisać, kogo one tak naprawdę pożądają.
Morderców, handlarzy ludźmi, wampirów, wilkołaków, w każdym razie ciągnie je do złego. „Przecież ona wie, że wystarczy jeden jego cios i zmiata ją z powierzchni ziemi. To niezwykle podnieca kobiety, dlatego uwielbiają wielkich, groźnych, wytatuowanych mężczyzn, którzy są niezwykle czuli wobec zwierząt czy małych dzieci” — tłumaczy Konatkowski.
To nic innego niż obecna od dawna w treściach amerykańskiej manosfery mroczna triada, czyli psychologizowanie narcyzmu, makiawelizmu i psychopatii jako atrakcyjnych cech. Pamiętacie Andrew Tate’a?
Konatkowski stara się, byśmy odnieśli wrażenie, że zdobywanie kobiet jest najfajniejszą zabawą na świecie, sztuką dla sztuki sprawiającą, że faceci po prostu poczują się pewniejsi siebie, lepsi od innych mężczyzn, a na pewno od kobiet. Do tego jednak dodaje coś odróżniającego go od większości twórców polskiej manosfery i sprawiającego, że jego sklep internetowy jest miejscem egalitaryzmu, choć rzecz jasna jednej tylko płci. Otóż Konatkowski nie przekonuje, że aby wyrywać na potęgę, trzeba być bogatym i przystojnym. Wręcz przeciwnie, przywołuje historie podbojów dokonywanych przez mężczyzn w jego ocenie zupełnie nieatrakcyjnych „zakolaków”.
To równouprawnienie gromadzi mężczyzn pod wspólnym sztandarem i poszerza Konatkowskiemu bazę klientów. Kolejnym interesem życia może być podporządkowanie sobie partnerki. „Dziewczyna, która ma bzika na Twoim punkcie, to nie ta, która śmiało idzie z Tobą do łóżka, daje się dotykać i jest dla Ciebie miła. Mam na myśli zupełnie inne zachowania. Szalenie zakochana kobieta: robi dla ciebie wszystko, daje ci pieniądze, jeśli jesteś w potrzebie, może cię utrzymywać, jest w stanie zostawić wszystko i wszystkich, byleby być z tobą”.
Konatkowski ma w ofercie swojego sklepu kilka książek (od 99 do 349 zł), dostęp do wirtualnej społeczności (890 zł za rok), kurs „Magnetyczne wrażenie” (499 zł), trzydniowe warsztaty (nie podaje publicznie ceny), wideoporadniki (w wersji premium nawet 1199 zł).
Niestety, przynajmniej z książek, nie dowiadujemy się, dlaczego opisywane przez niego techniki działają. To pytanie nurtowało Konatkowskiego kiedyś tak mocno, że zapisał się na studia psychologiczne i chciał przeprowadzić stosowne badania. Te jednak okazały się zbyt drogie, więc pozostało mu przypuszczenie, którym dzieli się w książce.
Otóż jego techniki działają, bowiem kobiety znajdują się poza skalą logicznego rozumowania, co odróżnia je od logicznie myślących mężczyzn. Zdradza też tajemnicę tajemnic: „Musisz polegać na swoim testosteronie. Niech cię prowadzi nasz męski hormon. To naprawdę wystarczy, żebyś stał się dla kobiet męski”.
Mężczyzna ofiarą przemocy ekonomicznej
Skoro jesteśmy już przy testosteronie, to kuracją tym hormonem zajmuje się Paweł Kaczmarczyk, prowadzący na różnych platformach kanał „Druga Strona Medalu”.
W przeciwieństwie do Konatkowskiego, któremu jest wszystko jedno, Kaczmarczyk wierzy w genetycznie lepszego mężczyznę: ten musi być wysoki, dobrze zbudowany, wypowiadać się głębokim głosem i odznaczać się wysokim poziomem testosteronu. Do tego osiągać sukcesy, być zaborczy, narcystyczny, czasem chamski, ale przede wszystkim asertywny i dbać wyłącznie o siebie. — To absolutnie pożądany mężczyzna przez kobiety — przekonuje Kaczmarczyk.
A kobiety? Mają niższy udział w dochodach podatkowych Polski, więc dyskusja o parytetach nie ma sensu. Nie szanują komplementów i nie powinny być roznegliżowane. Jeśli nie prezentują tradycyjnych wartości, to nie zasługują na mężczyznę. Wyuzdany seks na pierwszej randce? Syrena alarmowa, trzeba wiać. Są jednak chwile, gdy powinno się wziąć sprawy w swoje ręce — gdyby partnerka Kaczmarczyka piła alkohol i udała się z obcym mężczyznom do jego mieszkania, życzyłby jej „drogi w zaświaty”. Kolejna fundamentalna kwestia — jeśli mężczyzna dzieli się z żoną pieniędzmi, to ma obowiązek wymagać od niej seksu, bo inaczej pada ofiarą przemocy ekonomicznej.
Według Kaczmarczyka kobiety nie nadają się praktycznie do niczego. Chociaż robi tu pewien wyjątek. Mimo całej swojej niechęci do kobiet klinika, którą reklamuje, oferuje swoim klientkom botoks.
Każdy chce być Trumpem
— Co jest dla mężczyzny bezpieczniejsze: spotkać na trasie wyprawy górskiej żmiję czy ożenić się z kobietą? — pyta Roman Warszawski.
Naprawdę nazywa się Tomasz Tomaszczyk, jest warszawskim adwokatem. Obok prowadzenia spraw z zakresu prawa pracy, zajmuje się pomaganiem mężczyznom w rozwodach — lubi opowiadać o alienacji rodzicielskiej i alimentach. Sam jest przeciwnikiem małżeństw i nie wierzy w równość. — Kobiety powinny mieć przywileje związane ze zwiększoną ochroną, a mężczyźni powinni mieć prawa polityczne, bo ich los jest ściśle związany z losem państwa — mówi Tomaszczyk jako Warszawski.
A co takiego się dzieje, kiedy kobiety stają się równe mężczyznom? Powstaje niż demograficzny. — Równe kobiety nie chcą mieć dzieci z równymi mężczyznami — uzasadnia i szybko tłumaczy, jak widzi te sprawy: — Jeśli kobieta chce mieć z tobą dziecko, to nie będzie chciała mieć podwójnego nazwiska, bo będzie chciała, żebyś był z tym dzieckiem jak najbardziej związany.
W książce promowanej przez „Najwyższy Czas” przekazuje: „Mężczyzna musi mieć świadomość, że wraz z powołaniem na świat dziecka ono staje się narzędziem do kontrolowania go przez kobietę”.
Jego twierdzenia składają się typowy miks konserwatyzmu z narracją manosfery: „kobiety chcą dominującego mężczyzny, a zachodnia cywilizacja im to odebrała”.
Warszawski mocniej od Konatkowskiego i Kaczmarczyka interesuje się polityką. Występuje na prawicowych konferencjach przed Krzysztofem Bosakiem. Uważa, że z powodu praw wyborczych kobiet scena polityczna przesunęła się w lewo. — Donald Trump całe życie był demokratą, ale republikanie poszli za bardzo w lewo i on nagle stał się republikaninem, nie zmieniając poglądów — tłumaczy zawiłości świata Warszawski.
Samego Trumpa widzi jako samca alfę, kogoś, kim pragną być inni mężczyźni, i którego pragną modelki. Uważa też, że degrengoladę sceny politycznej podzieliło chrześcijaństwo, mają dziś zbyt wiele lewicowych elementów.
Wszystko w porządku jest natomiast z rasizmem. — Nie ma w Polsce problemu mniejszości rasowych, bo jest ich zbyt mało — uważa Warszawski, na jednym wydechu zapewniając, że Polska nigdy nie dyskryminowała homoseksualistów, a LGBT, feminizm i ekologizm to różne odmiany komuny.
Najlepszym ustrojem jest dla niego kapitalizm prowadzący do wielkiego rozwoju świata, dzięki któremu niedługo przeniesiemy się w kosmos. Problem mogą mieć z tym mniej rozwinięte społeczności. — Gdy pojawia się susza, wspólnoty pierwotne mordują bez oporów wszystkich na swojej drodze — mówi.
Przejęcie w głosie Warszawski zdradza, gdy pochyla się nad losem chłopców. Przywołuje sytuację z pewnej szkoły podstawowej, w której pojawiła instalacja — upamiętniająca himalaistkę Wandę Rutkiewicz — z napisem „kobiety górą”. — To może sprawiać, że chłopcy będą czuli się odrobinę niekomfortowo, a dziewczynki będą źle traktować chłopców w przyszłości — prognozuje.
Nie podoba mu się też hasło „kobiety do przodu”. — Dlatego mamy tak niską liczbę urodzeń i nie mamy randeczek — ocenia.
W książce wyraża tęsknotę za starymi czasami: „Dzisiaj w społeczeństwie nie ma już takiego przekonania, że o męża trzeba zadbać na tej zasadzie, żeby chodził najedzony i zaspokojony”.
Zapewne z wszystkich tych powodów podpowiada, że wazektomia jest dziś opcją do rozważenia.
Mężczyźni sukcesu nie lubią pyskatych
Trafiam też na profile mniejszych płotek, oczywiście mam na myśli ich wpływ na manosferę, a nie zasobność portfela. Kamil Bełz ma na jednej z platform 140 tys. obserwujących, a w realu, jak twierdzi, pięć mieszkań i osiem milionowych biznesów za sobą.
Uważa, że mężczyźni, tacy jak on, to znaczy bogaci, nie chcą kobiet, które odniosły sukces. Sam pragnie partnerki, która będzie za niego wdzięczna, a „nie rozwydrzonej laski, która wszystko już ma i która nawet jak dostanie coś od niego, to nie doceni”. Chce w domu kobiecej energii, a nie wspólnika do biznesu, bo pragnie mieć tam spokój i harmonię, potrzebuje więc „kogoś, kto nie będzie miał swojego zdania, nie będzie się kłócił i nie nie będzie pyskaty, tylko kogoś, kto doceni”.
Mężczyźni na poziomie wolą skromne dziewczyny. „Mówię do dziewczyn sukcesu: jeśli chcecie zajeb**** faceta, to musicie w jego obecności trochę odpuścić. Ja rozumiem, że biznes biznesem, musicie być twarde i niezależne, ale jak jesteście w jego obecności, to dajcie mu być facetem, niech on się czuje męski, silny i niech będzie królem”.
To tylko kilka oświeconych myśli, więcej nie wyłapałem, ale tylko dlatego, że zasłuchałem się, w głos Bełza promującego przede wszystkim swoje bogactwo. Z całkowitą pewnością ogłasza on, że w trzy miesiące da się założyć milionowy biznes. Sam zarobił już 21 mln, pracując godzinę dziennie. Niestety nie prowadzi konsultacji, bo nikogo, co absolutnie zrozumiałe, nie byłoby na nie stać. — Jeśli nie jesteś milionerem, to jesteś głupi, leniwy albo arogancki — zagrzewa nas wszystkich do walki, odnosząc się zapewne do tych, którym się nie udało, bo pracowali w ciągu dnia tylko pół godziny albo nie potrafili ugryźć się w język.
Nielimitowanym źródłem wsparcia, motywacji i pokory jest dla niego Bóg.




