Wniosek prezydenta o rozpisanie referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej to coś więcej niż tylko próba przejęcia inicjatywy politycznej w Polsce. To element szerszej strategii ukierunkowanej na wybory parlamentarne w 2027 r., które zdominować ma spolaryzowana dyskusja o energii i klimacie.
Decyzja pałacu prezydenckiego o skierowaniu do Senatu wniosku ws. „referendum klimatycznego” przyjęta została z pewnym zaskoczeniem. Choć o referendum takim prezydent Nawrocki mówił jeszcze jako kandydat na urząd głowy państwa, to jednak spodziewano się, że moment referendalny będzie lepiej dobrany – tzn. sprzężony np. z wyborami. Tymczasem nie sposób nie odnieść wrażenia, że cały ten wybieg z referendum został zorganizowany w pośpiechu, z bieżącej potrzeby wyjścia z politycznej defensywy, w którą obóz prezydencki został wepchnięty np. sprawą Zondacrypto, kontrowersyjnymi nominacjami do rad czy zmianą szefostwa BBN.
Jednakże manewr z referendum ws. polityki klimatycznej Unii Europejskiej – nawet jeśli użyty w pierwszej kolejności do doraźnych celów – jest częścią pewnej większej całości, która staje się powoli wyborczą lokomotywą prezydenta i jego macierzystego stronnictwa politycznego. Jasne staje się bowiem, że frakcja ta chce wytyczyć w kampanii parlamentarnej linię polaryzacji biegnącą wokół kwestii cen energii i transformacji związanej z polityką klimatyczną.
Wyborcza energia
O tym, że kwestia energetyki, transformacji i klimatu będzie stanowiła paliwo wyborcze dla prawicy w ramach rozpoczynającej się kampanii parlamentarnej wiadomo już od dawna. Dowód na to dał Przemysław Czarnek ze swoim bon motem na temat źródeł odnawialnych oraz z pomysłem zdejmowania z dachu instalacji fotowoltaicznej. Ale już wcześniej wielu samorządowców z południowo-zachodniej Polski alarmowało, że docierają do nich głosy o planowanych działaniach kampanijnych polityków prawicy, które mają ogniskować się wokół turbin wiatrowych, budowanych na tych terenach. Praźródłem tych narracji jest zaś sprawa nieudanej próby poluzowania przepisów wiatrakowych z 2023 r., za którą odpowiedzialna była obecna minister Paulina Hennig-Kloska. W skrócie: w optyce prawicy transformacja energetyczna ma polaryzować – i to na bardzo podstawowym poziomie emocjonalnym.
Referendalny pomysł prezydenta Nawrockiego jest z tą koncepcją w pełni zbieżny. Zaproponowane przez głowę państwa pytanie dotyczące polityki klimatycznej Unii Europejskiej, która ma podnosić koszty życia, spełnia dwojaką funkcję: z jednej strony wiąże transformację energetyczną z wyzwaniami finansowymi, z drugiej: przedstawia ten proces jako coś obcego, narzuconego przez zewnętrzne siły. Jest to więc gra prowadzona na dość precyzyjnie wybranych polach – niestety, niemających nic wspólnego z realną troską o państwo czy poważną debatą na temat unijnej polityki klimatycznej.
Warto bowiem zauważyć, że z punktu widzenia celowości instytucji, jaką jest referendum, cały wybieg prezydenta jest kompletnie bez sensu. Żeby to zrozumieć, wystarczy zadać sobie pytanie: co zmieniłoby odrzucenie unijnej polityki klimatycznej w wiążącym referendum? Krótka odpowiedź brzmi: nic. Taka decyzja społeczeństwa nie przyznaje bowiem prezydentowi, rządowi czy parlamentowi dodatkowych kompetencji umożliwiających np. zablokowanie klimatycznych dyrektyw lub rozporządzeń UE. Owszem, władza wykonawcza zostałaby zobligowana do podjęcia działań w tym celu, ale paleta jej możliwości nie poszerzyłaby się ani o jotę. Prezydent mógłby jedynie powiedzieć, że „Polacy chcą odrzucenia tej polityki”, co przy tak postawionym pytaniu nie byłoby szczególnie zaskakujące. Ale możliwości jej odrzucenia pozostałyby takie same jak przed referendum.
Co więcej, stawianie oporu unijnej polityce klimatycznej jest cechą wspólną zarówno obecnego, jak i poprzedniego rządu. Obie te ekipy działały np. na rzecz przedłużenia tzw. rynku mocy dla polskich elektrowni węglowych, co zapewniało im dłuższe funkcjonowanie. Obie te ekipy zgodnie krytykowały system handlu emisjami ETS i dążyły do jego osłabienia lub zawieszenia. Obie te ekipy starały się torpedować pakiet Fit for 55, czy to głosując przeciwko jego elementom, czy też wspierając przeprowadzaną korektę jego elementów. Polskie władze nie potrzebują zatem referendalnego mandatu społeczeństwa, by walczyć z unijną polityką klimatyczną, robią to tak czy siak.
Energia wyborów
Referendum jest natomiast potrzebne do podgrzania sporu wewnętrznego – i tylko do tego. Każda decyzja Senatu w tej sprawie będzie mogła zostać bowiem wykorzystana jako amunicja polityczna – niestety, w dość cyniczny sposób. Chodzi bowiem o wsparcie narracji, która mówi: jest drogo, bo UE wymyśliła sobie ideologię klimatyczną.
Tymczasem wystarczy sięgnąć pamięcią w okres ostatnich czterech lat, by uświadomić sobie, że europejskie turbulencje gospodarcze w postaci np. inflacji czy podwyżki stóp procentowych, jakie wtedy wystąpiły, nie miały nic wspólnego z polityką klimatyczną. Wręcz przeciwnie, one wynikały z potężnego uzależnienia od paliw kopalnych, jakie ciąży nad UE. To, że w sierpniu 2022 r. gaz na rynku unijnym był 35 razy droższy od tego w hubach eksportowych USA nie wynikało z systemu ETS tylko z rozpętanej przez Rosję pełnoformatowej wojny na Ukrainie i związanego z tym kryzysu energetycznego. To, że obecnie budżet Polski traci miesięcznie 1,6 mld zł na mrożeniu cen paliw, nie wynika z unijnej walki z silnikami spalinowymi, tylko z blokady Cieśniny Ormuz.
Tych niuansów próżno jednak szukać w narracjach, jakie wkrótce zaleją polską debatę publiczną. Trzeba jednak zaznaczyć, że obranie takiej strategii wyborczej wynika również z czynników chronologiczno-demograficznych. PiS, a więc macierzysty obóz prezydenta, zdaje sobie bowiem sprawę, że to najprawdopodobniej ostatnie wybory parlamentarne, w których będzie można użyć znanych energetycznych chwytów – przede wszystkim zaś współpracy ze wciąż potężnymi górniczymi związkami zawodowymi. Górnictwo węglowe w Polsce zwija się bowiem nieubłaganie: tylko w tym roku z kopalń odejdzie prawie 9 tys. górników, czyli ok. 12 proc. zatrudnionych w sektorze. Według wskazań Polskich Sieci Elektroenergetycznych maksymalnie za 10 lat zapotrzebowanie na węgiel kamienny w Polsce spadnie tak gwałtownie, że będzie można obsłużyć je jedną kopalnią. Oznacza to koniec potężnego przełożenia, jakie na polską scenę polityczną mają górnicze związki zawodowe – ich rola będzie topnieć wraz ze spadkiem wydobycia węgla kamiennego, który w UE wydobywany jest już wyłącznie nad Wisłą.
Politycy PiS, którzy przez lata budowali sojusze np. z „Solidarnością” zdają sobie z tego sprawę – i chcą ustawić na swojej wyborczej szachownicy figurę górnika, póki jeszcze jest ona do dyspozycji.
Nie wiadomo, czy oparcie się na argumencie energetycznym opłaci się wyborczo – wiadomo natomiast, że mamy do czynienia z wrzuceniem pod pociąg polaryzacji absolutnie kluczowego sektora gospodarki, który decydować będzie o bezpieczeństwie, wpływach i konkurencyjności Polski przez dekady. Prawdziwie ważne pytanie, jakie trzeba zadać teraz społeczeństwu, brzmi: czy chcesz, żeby ta kwestia stała się zakładnikiem wyborczych gier na emocjach?




