Wokół Koalicji Obywatelskiej narosło ostatnio sporo aferek. Takich, które dość łatwo mogą przekształcić się w kulę śniegową i kawałek po kawałku zaczną zabierać partii poparcie. A Donald Tusk milczy.
Historia Tomasza Lenza od kilku tygodni jest tematem rozmów nie tylko w studiach telewizyjnych. W końcu pojawił się raport z kontroli w szpitalu. Okazało się, że placówka musi zapłacić 134 tys. zł kary za to, że wszyscy dyżurujący akurat lekarze zajmowali się w niedzielne popołudnie członkiem rodziny (senator Lenz ujawnił, że chodzi o dziecko). A wówczas polityczny bohater tej afery z rozbrajającą naiwnością oświadczył, że „to chyba nie o jego sprawę chodzi”. Zamiast zamknąć sprawę, tylko rozpalił ją na nową.
Problemów Lenza można było łatwo uniknąć, a przynajmniej je ograniczyć. Gdyby senator nie próbował grać na emocjach i nie mówił o dramatycznej sytuacji dziecka, gdyby przeprosił, gdyby zapłacił. A przede wszystkim, gdyby nie uznał, że musi poza procedurami skorzystać z usług publicznej ochrony zdrowia. Tak byłoby najlepiej. Koledzy senatora Lenza dodają do tego, że zupełnie zabrakło mu rozwagi. Dyrektor szpitala w Aleksandrowie Kujawskim był członkiem kujawsko-pomorskiej Platformy Obywatelskiej (póki istniała) i w zeszłym roku został zawieszony za bardzo ostrą krytykę całego rządu ze szczególnym uwzględnieniem ministry zdrowia. Szefem struktur w kujawsko-pomorskim jest Tomasz Lenz.
Teraz senator niemal codziennie pogarsza swoją sytuację, przedstawiając coraz bardziej absurdalne tłumaczenia.
Nie tylko sprawa Tomasza Lenza. Reakcje Donalda Tuska według nowego wzoru
W całej sprawie ciekawe jest jeszcze coś. Donald Tusk milczy, a władze partii mają zająć się Lenzem w przyszłym tygodniu. Do tej pory Kierownik niemal zawsze takie sprawy rozwiązywał brutalnie i jednoznacznie — zrzuceniem delikwenta z sań. Premier doskonale wie, że rząd mogą zatopić ośmiorniczki za paręset złotych, a wizyta u lekarza bez kolejki tym bardziej. Nie tylko jednak Lenza nie wyrzucił, ale nie kazał mu też przeprosić, okazać skruchy i jakoś zejść wszystkim z oczu.
To nie jest jedyna taka historia w ostatnich tygodniach. Kiedy Wirtualna Polska opisała praktyki Romana Giertycha — który miał przeciągać przy pomocy swoich współpracowników sprawy dotyczące Getin Banku — premier uciął temat. Stwierdził tylko, że działalność adwokacka Giertycha go nie interesuje. W sprawie afery pedofilskiej w Kłodzku milczał premier, a przez wiele dni milczała także wicemarszałkini Wielichowska. Oczywiste jest, że żadne z nich nie odpowiada za czyny luźno związanych z partią osób, ale już za to, że osoba, wobec której pojawiają się oskarżenia, jest pełnomocnikiem partii w wyborach — owszem.
Donald Tusk zachowuje się ostatnio tak, jak przyzwyczaił nas do tego prezes Kaczyński — zamilcza tematy. To była praktyka prezesa PiS za każdym razem, kiedy partię dotykały poważne problemy — nie reagować, nic nie mówić, nie przypominać, w końcu wszyscy się znudzą. Donald Tusk wyrzucał, przepraszał i grzmiał. A prezes udawał, że jego ludzie są nieskazitelni i to mu się doskonale sprawdzało.
Teraz Tusk sprawia wrażenie, że nic już właściwie mu nie przeszkadza. Zarzuty dla Jacka Sutryka w sprawie Collegium Humanum? Nie ma sprawy. Platforma nie tylko poparła go dwa lata temu w wyborach samorządowych — już po publikacjach „Newsweeka” dotyczących jego MBA uzyskanego w CH, ale teraz udzieliła mu wsparcia przy uzyskaniu absolutorium. Nie ma także problemu z tym, że Sutryk dorabiał do prezydenckiej pensji na stanowiskach u kolegów samorządowców w spółkach komunalnych. Zresztą były prezydent Tychów, którego z kolei zatrudnił Sutryk, bo ten też chciał dorobić, jest teraz senatorem KO.
Donald Tusk już nie rozlicza polityków KO? Jeszcze niedawno było inaczej
Dwa lata temu ze stanowiska wyleciał wiceminister rozwoju i technologii Waldemar Sługocki. Premier uznał wówczas, że służbowa wizyta w Stanach Zjednoczonych nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla nieobecności na ważnym głosowaniu. Dziś zapewne nic takiego by się nie stało. Jeszcze trzy lata temu, kiedy Tomasz Lenz powiedział w telewizji, że trzeba by się zastanowić nad wypłatą 13. i 14. emerytury niemal natychmiast Donald Tusk ogłosił, że nie będzie go na liście do Sejmu i że nie wypowiada się w imieniu partii. Rzeczywiście na liście do Sejmu go nie było, dostał za to miejsce do Senatu, z którego nie mógł nie zdobyć mandatu.
Nawet wyroki nie są już wystarczającym powodem, by premier zarządził przegrupowanie. Stanisław Gawłowski, skazany w pierwszej instancji na 5 lat więzienia, co prawda sam zrezygnował z członkostwa w KO, ale wciąż jest szefem senackiej komisji ds. ochrony środowiska. Nie zapadła polityczna decyzja, żeby dokonać zmian.
Kiedy 12 lat temu wybuchła afera podsłuchowa, pierwsza reakcja Donalda Tuska brzmiała: „Przykra sprawa. Nie lekceważę jej. W poniedziałek o 15 odniosę się do niej publicznie na konferencji prasowej”. Był piątek. Przez weekend narrację przejęła opozycja. Po tej aferze — niezależnie od tego, kto był jej źródłem i kto za nią stał — rząd Platformy zaczął dołować w sondażach i nie udało się już wrócić na kurs. Dokładnie wtedy wszystko, co robiła Platforma, zaczęło urastać do rangi skandalu i wielkiej afery, bo premier przegapił moment, w którym trzeba było się odezwać. Teraz jego milczenie może mieć podobną wagę.