Nie dość, że niewiele wiadomo o leczeniu infekcji wywołanej przez hantawirusy ani o sposobie, w jaki ten wirus się rozprzestrzenia, to jeszcze brakuje pieniędzy na badania.
Obecność hantawirusa stwierdzono na statku Hondius, który właśnie dotarł do macierzystego portu w Rotterdamie, gdzie zostanie poddany kwarantannie i dezynfekcji. Wcześniej statek opuścili pasażerowie, a w Holandii z pokładu zejdzie także załoga, której kapitanem jest Polak. Jak poinformował dr Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny, mężczyzna zostanie przewieziony specjalnym transportem do Polski i poddany kwarantannie. Podobnym nadzorem objęte zostały wszystkie osoby, które podróżowały tym statkiem lub miały z nimi kontakt.
Służby sanitarno-epidemiologiczne mają być w gotowości do 21 czerwca, bo okres wylęgania hantawirusa, czyli czas wystąpienia pierwszych objawów po kontakcie z osobą zakażoną, może wynieść do sześciu tygodni. — Wtedy okaże się, czy mamy do czynienia z pandemią — mówi dr Grzesiowski. Na razie wśród chorych są jedynie osoby podróżujące statkiem Hondius.
Ornitolodzy w Argentynie
Hondius nie jest luksusowym wycieczkowcem, na którym pasażerowie spędzają wakacje życia i mają pod dostatkiem rozrywek, alkoholu i jedzenia. To statek ekspedycyjny. Podróżują nim naukowcy i osoby zwiedzające świat w niekonwencjonalny sposób, często w ekstremalnie trudnych warunkach. Dwoje pierwszych zmarłych było ornitologami, którzy zanim dostali się na statek, badali w Argentynie żyjące tam ptaki. Eksperci próbują ustalić, jaką dokładnie drogę przebyli i gdzie mogli się zarazić hantawirusem.
Rozpoczęli też badania nad samym wirusem, bo dotychczas infekcje nim wywołane były bardzo rzadkie, a że można się zarazić od gryzoni lub ich wydzielin, łatwo uniknąć zakażenia. Ustalono także, że wirus nie przenosi się z człowieka na człowieka, a jeśli już, to sporadycznie. Niewielkie ogniska choroby dotyczyły członków rodziny lub pracowników służby zdrowia, którzy mieli długotrwały i bardzo bliski kontakt z zakażonymi pacjentami.
Mimo to podczas ewakuacji pasażerów statku Hondius podjęto szczególne środki ostrożności. Pracownicy medyczni byli ubrani w kombinezony, jakie znamy z pandemii COVID-19, które szczelnie zakrywają całe ciało, od stóp do głów. Eksperci obawiali się bowiem, że wirus może zmutować i stać się groźniejszy niż dotychczas, bo taką zmianę zaobserwowano u koronawirusa na początku pandemii COVID-19. Decyzję tę podjęto, gdy okazało się, że hantawirus powoduje wysoką śmiertelność — zmarło troje pasażerów na 12 zainfekowanych.
Eksperci WHO uznali patogen za kandydata do obserwacji, ale zagrożenie nim określili jako niskie, bo nawet na tak małej przestrzeni, jaką jest statek, nie przenosi się łatwo z człowieka na człowieka. Współczynnik reprodukcji, który mówi, ile osób może zarazić jeden chory, oszacowano na około 2. Dla porównania wskaźnik ten dla grypy wynosi od 1 do 3, dla SARS-CoV-2 — od 2 do 20, a dla odry — od 12 do 18.
Wciąż nie wiadomo jednak, w jaki sposób hantawirus się rozprzestrzenia — drogą kropelkową jak w przypadku grypy, co oznacza, że do infekcji dochodzi, gdy wirusy zawarte w wydzielinie z dróg oddechowych przedostają się do powietrza podczas kichania, kaszlu lub mówienia, a następnie wnikają do organizmu zdrowej osoby? Czy może transmisja zachodzi drogą powietrzną, jak w przypadku SARS CoV-2, czyli wirusy unoszą się w powietrzu przez wiele godzin i przenoszą na znaczne odległości? Rozprzestrzeniają się nie tylko podczas kaszlu, kichania czy mówienia, ale także oddychania? Ta informacja może być kluczowa, gdyby wirus zaczął się przenosić między ludźmi.
Ze statku na cały świat
Hondius wypłynął pod koniec marca z południowych krańców Argentyny i po półtora miesiąca miał dotrzeć do Wysp Zielonego Przylądka. Początkowo nic nie zapowiadało kłopotów, ale po kilku dniach podróży zachorował 70-letni Holender. Miał ciężką infekcję dróg oddechowych, lekarz pokładowy stwierdził zgon z przyczyn naturalnych. Jego ciało przetransportowano na Wyspę Świętej Heleny. Tam statek opuścili także żona zmarłego oraz część pasażerów. Wszyscy podróżni dobrze się czuli.
Żadnych objawów nie miała też żona zmarłego. Poleciała do Republiki Południowej Afryki, skąd miała samolot do Holandii. Zasłabła jednak na lotnisku i zmarła w szpitalu w Johannesburgu. Gdy na oddział intensywnej terapii przywieziono kolejnego chorego pasażera, udało się ustalić, że przyczyną zachorowania u wszystkich tych osób był szczep Andes hantawirusa.
O pojawieniu się ogniska ciężkich przypadków chorób układu oddechowego WHO została powiadomiona 2 maja. Tego samego dnia informację o wirusie otrzymały również nasze służby sanitarno-epidemiologiczne. Epidemiolodzy na całym świecie rozpoczęli poszukiwania osób, które mogły mieć kontakt z pasażerami statku Hondius. Nie było to łatwe, ponieważ w ekspedycji brali udział obywatele 23 krajów. Osoby, które opuściły Wyspę Świętej Heleny, udały się do 12 państw, m.in. USA, Kanady, Turcji, Nowej Zelandii, Singapuru i kilku krajów w Europie. Podróżowały różnymi samolotami.
Dotychczas udało się odnaleźć kilka tysięcy osób, które mogły mieć kontakt z zakażonymi hantawirusem. Wszystkie są poddane kwarantannie. Większość przebywa w domach. Jak poinformował dr Grzesiowski, kilka osób z Polski, które podróżowały tym samym samolotem co pasażerowie statku Hondius, jest pod nadzorem sanitarnym.
Wirusy z dwóch światów
Chorobę wywołaną przez hantawirusa opisano po raz pierwszy w Korei w latach 50. Nazwa pochodzi od nazwy rzeki Han, która przepływa przez Seul, dzieląc miasto na dwie części. Ustalono wówczas, że gryzonie są tylko nosicielami wirusa i same z jego powodu nie chorują. Inaczej jest z ludźmi. Hantawirusy powodują początkowo objawy przypominające ciężką grypę — gorączkę, bóle mięśni, głowy i brzucha. Z czasem może dojść do uszkodzenia nerek i krwotoków.
W latach 90. XX w. opisano nowe hantawirusy: szczep Sin Nombre obecny w Stanach Zjednoczonych w regionie Four Corners na styku stanów: Utah, Colorado, Nowy Meksyk i Arizona) i szczep Andes w Ameryce Południowej. Sądzono, że one również nie rozprzestrzeniają się wśród ludzi.
Obraz ten zburzyła w 2018 r. epidemia w niewielkiej miejscowości Epuyen w Argentynie. Do zakażenia doszło podczas imprezy weselnej. Z 34 chorych 11 osób zmarło. Naukowcy rozrysowali układ stołów podczas wesela i miejsca, które zajmowały osoby zakażone, oraz odległości między nimi. Wniosek mógł być tylko jeden — wirus przenosi się między ludźmi, ale najprawdopodobniej w wyniku bardzo bliskiego kontaktu, bo podczas wesela ludzie tańczą, ściskają się i nierzadko całują.
Na podstawie analizy dotychczasowych przypadków eksperci przypuszczają, że istnieją dwie grupy hantawirusów. Szczepy obecne w Azji i Europie są mniej groźne dla człowieka, bo można się nimi zarazić, mając kontakt z zakażonym gryzoniem lub jego wydzielinami. Wywołują zazwyczaj gorączkę krwotoczną z zespołem nerkowym, której śmiertelność wynosi około 14 proc. W Polsce notuje się od kilku do kilkunastu zakażeń rocznie.
Za to w obu Amerykach druga grupa szczepów może rozprzestrzeniać się między ludźmi, ale potrzebny jest długotrwały lub bardzo bliski kontakt z osobą zakażoną. Patogeny te wywołują hantawirusowy zespół płucny, a śmiertelność u osób zakażonych szacuje się na ok. 30 proc.
Wydaje się także, że dany gatunek gryzonia przenosi jeden gatunek hantawirusa. To dobra wiadomość, bo oznacza, że żyjące u nas gryzonie nie są nosicielami wirusów „amerykańskich”.
Brak pieniędzy
— Jednak sytuacja w Argentynie niepokoi. W ciągu ostatnich czterech lat nastąpił tam wzrost śmiertelności z powodu zakażeń hantawirusami o ponad 15 proc. W ostatnich dwóch latach stwierdzono ponad sto zgonów. Z punktu widzenia epidemiologicznego nie jest to dużo, ale ostatnio Argentyna dokonała cięć w budżecie opieki zdrowotnej o 30 proc., a w marcu tego roku z kraju wycofała się Światowa Organizacja Zdrowia — mówi dr Grzesiowski.
Ma to związek z decyzją Donalda Trumpa, który już w styczniu ubiegłego roku rozpoczął proces wycofania USA ze Światowej Organizacji Zdrowia. Powodem tej decyzji było nieodpowiednie — jego zdaniem — zarządzanie pandemią COVID-19. Oznacza to, że Stany Zjednoczone, które dotychczas były największym sponsorem tej organizacji, nie będą już finansować WHO. Budżet WHO na lata 2026-2027 wynosi 4,3 mld dol. Pierwotnie był planowany na 7,4 mld dol.
Oznacza to, że mniej pieniędzy można będzie przeznaczyć na badania nad wirusami, w tym opracowanie metod zapobiegania infekcji i leczenia chorych, a na hantawirusy nie ma ani leków, ani szczepionki. Na razie pacjentów leczy się objawowo. Będzie można im też podać przeciwciała od ozdrowieńców. Metoda ta była stosowana na początku pandemii SARS-CoV-2, zanim zostały opracowane szczepionki.
Badania nad szczepionkami przeciwko wirusom są niezwykle potrzebne, bo jak przekonuje w rozmowie z czasopismem naukowym „Nature” dr Jay Hooper, wirusolog z Instytutu Badań Medycznych Chorób Zakaźnych Armii Stanów Zjednoczonych w Frederick w stanie Maryland, w przypadku każdego wirusa odzwierzęcego (czyli obecnego w organizmie zwierząt, który przenosi się na ludzi) sytuacja jest nieprzewidywalna. Wraz ze zmianami klimatu może też dojść do zmian w populacjach gryzoni. Przybywa także osób mieszkających na obszarach, na których występują te gryzonie, lub przyjeżdżających w te regiony, a to może zwiększyć liczbę zachorowań, uważa dr Hooper, który od ponad trzech dekad pracuje nad nowoczesną szczepionką przeciwko kilku szczepom hantawirusów.
Jedynym krajem na świecie, w którym zarejestrowano szczepionkę przeciwko hantawirusom, jest Korea Południowa, ale preparat jest mało skuteczny, a do jego produkcji wykorzystuje się tkankę mózgową zwierząt. Różni się on zatem od nowoczesnych szczepionek. Władze Korei zdecydowały się go jednak zarejestrować, bo uznano, że hantawirus stanowi tam poważne zagrożenie epidemiczne. Umieszczono go na liście dziewięciu największych zagrożeń mogących wywołać pandemię. W Korei każdego roku notuje się od 300 do 400 przypadków zakażeń, głównie wśród mężczyzn w wieku 20-30 lat.
Już kilka lat temu Centrum Innowacji Szczepionkowych Uniwersytetu Koreańskiego w Seulu i firma farmaceutyczna Moderna rozpoczęły współpracę przy opracowaniu nowoczesnej szczepionki mRNA przeciwko hantawirusom. W lutym 2025 r. naukowcy poinformowali, że eksperymentalny preparat zapobiegł zakażeniu u myszy. To dobra wiadomość, ale może minąć kilka lat, zanim szczepionka zostanie zarejestrowana. Kandydat na szczepionkę jest wciąż w fazie przedklinicznej, co oznacza, że nie rozpoczęto jeszcze badań na ludziach.
Afryka nie tak daleka
Nie ma także ani leków, ani szczepionki przeciwko szczepowi Bundibugyo wirusa eboli, który wywołał epidemię w Demokratycznej Republice Konga. Jej wybuch ogłosiło ministerstwo zdrowia tego kraju w połowie maja. Według kongijskich władz zakażonych szybko przybywa. Już zachorowało ponad 500 osób, a zmarło co najmniej 131. W Ugandzie, która sąsiaduje z Demokratyczną Republiką Konga, stwierdzono dwa przypadki zachorowania, a jedna osoba zmarła (dane z 20 maja).
— Bardzo niepokojąca jest liczba zachorowań i śmierci w tak krótkim czasie w połączeniu z rozprzestrzenieniem się w licznych strefach oraz poza granice kraju — mówi Trish Newport z organizacji Lekarze bez Granic. — W Ituri [region objęty epidemią — D.R.] już teraz wiele osób ma trudność z dostępem do opieki medycznej. Trzeba działać szybko, aby zapobiec rozwojowi epidemii.
WHO ocenia ryzyko dla zdrowia publicznego związane z epidemią eboli jako „wysokie na poziomie krajowym, wysokie na poziomie regionalnym i niskie na poziomie globalnym”. Jest bowiem bardzo mało prawdopodobne, aby osoba zakażona, ale nie mająca objawów, wyjechała z rejonu objętego epidemią i dostała się na międzynarodowy samolot. Pierwsze objawy infekcji pojawiają się dość szybko po kontakcie z osobą zakażoną — najpóźniej po trzech tygodniach, ale najczęściej już po kilku dniach.
Gdyby jednak osoba zakażona, ale bez objawów, przyleciała np. do Europy, sytuacja mogłaby wymknąć się spod kontroli. Ebola to zakaźna, wirusowa gorączka krwotoczna, przenoszona na ludzi poprzez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami lub innymi płynami zakażonych zwierząt. Rozprzestrzenia się także z człowieka na człowieka poprzez bliski kontakt z płynami ustrojowymi osób zakażonych.
Obecna epidemia w Demokratycznej Republice Konga jest 17. wywołaną przez ebolę od 1976 r., kiedy opisano pierwszy przypadek tej choroby. Zazwyczaj infekcje powoduje szczep Zaire (przeciwko któremu jest zarejestrowana szczepionka), ale o szczepie Bundibugyo niewiele wiadomo. To trzecia epidemia wywołana przez ten szczep. Pierwsza miała miejsce w Ugandzie w latach 2007-2008, a druga w Demokratycznej Republice Konga w 2012 r. Współczynnik umieralności w przypadku szczepu Bundibugyo wynosi między 25 a 40 proc.





