Miała być epokowa zmiana w duchu rodzicielstwa bez przemocy i odejście od „pruskiej szkoły”. Wyszło zamieszanie, z którego osłabiony MEN Barbary Nowackiej po dwóch latach próbuje wycofać się rakiem.
My tylko uzupełniamy
MEN oddało do konsultacji nowy projekt zmian w rozporządzeniu w sprawie oceniania, w którym są zapisy o pracach domowych. W uzasadnieniu mowa jest jedynie o „uzupełnieniu” przepisów. Ale to mylące.
Projekt nie zmienia tego, że prace domowe są nieobowiązkowe, a w klasach 1-3 zakazane – poza tymi, które dotyczą ćwiczeń z pisania i czytania. Oficjalnie nadal nie będzie można stawiać za nie ocen.
Jednocześnie MEN wprowadza trzy zmiany, drobne tylko z pozoru.
Po pierwsze: nauczyciel będzie musiał sprawdzić każdą wykonaną przez ucznia pracę domową i przekazać mu o niej informację zwrotną. Po drugie: resort dopuszcza uwzględnianie „systematyczności” ucznia przy wystawianiu ocen końcowych. Po to, aby było możliwe „docenienie wysiłku wkładanego przez ucznia w wykonanie pracy domowej”. Po trzecie: MEN doprecyzowuje, że zadania domowe mają służyć „utrwalaniu” i „praktycznemu stosowaniu” treści realizowanych podczas lekcji.
Co to oznacza dla uczniów?
Teoretycznie ocen za prace domowe nadal wystawiać nie można. Odrabiasz czy nie – jedynka nie wleci. Przynajmniej nie od razu. Bo w praktyce zadania na powrót stają się ważnym elementem pracy dydaktycznej i oceniania.
Nauczyciel będzie mógł uwzględnić w ocenie końcowej z przedmiotu czy uczeń systematycznie wykonywał prace domowe, czy częściej wybierał odpoczynek i własne zajęcia po szkole. To bardziej przypomina szantaż niż wolność wyboru. I oznacza, że cała opowieść o „dobrowolności” prac domowych staje się fikcją. Wiadomo przecież, że w tym układzie lepiej będzie zadania odrabiać niż ryzykować, że brak systematyczności zaniży całościową ocenę z przedmiotu.
MEN zastrzega wprawdzie, że prace domowe mają dotyczyć wyłącznie treści realizowanych podczas zajęć edukacyjnych. Ma to pewnie zapobiegać nadmiernemu obciążaniu uczniów. Trudno jednak o bardziej iluzoryczne ograniczenie – w praktyce każde zadanie da się uzasadnić „utrwalaniem materiału”.
Miał być relaks…
Dwa lata temu Barbara Nowacka mówiła o pracach domowych językiem psychologii dziecięcej i dobrostanu. – Brak prac domowych w przypadku najmłodszych uczniów ma wiele zalet i sprzyja wyrównywaniu szans – tłumaczyła w 2024 r., gdy MEN pokazało pierwszy projekt zmian w rozporządzeniu.
Zresztą już wtedy reformę złagodziła wobec twardych zapowiedzi z czasu kampanii wyborczej. Już nie było mowy o zakazie, ale o dobrowolności.
W uzasadnieniu do nowelizacji MEN przekonywało, że odpowiada na liczne postulaty „odciążenia uczniów”, bo „dzieci są przemęczone i zniechęcone do zajęć”. Resort powoływał się też na badania naukowe, z których miało wynikać, że w szkołach podstawowych „większa częstotliwość i intensywność prac domowych nie przyczyniają się do polepszenia efektów nauczania”, a „prace pisemne, zwłaszcza oceniane stopniami, mogą mieć nawet szkodliwe konsekwencje”.
MEN przekonywało również, że podobny problem dostrzegają inne kraje europejskie – tam także alarmowano, że prac domowych „zadaje się zbyt dużo”, co może prowadzić do zmęczenia uczniów, spadku zainteresowania nauką i pogłębiania nierówności edukacyjnych.
– Miejscem, w którym uczniowie, zwłaszcza młodsi, powinni zdobywać wiedzę i umiejętności jest przede wszystkim szkoła – mówiła Barbara Nowacka. I tak, w kwietniu 2024 r. konkret nr 45 ze „100 konkretów na pierwsze sto dni rządów”, w którym Koalicja Obywatelska obiecała: „Zlikwidujemy prace domowe w szkołach podstawowych. Zapewnimy pomoc w szkole zamiast korepetycji w domu”– został oficjalnie odhaczony jako zrealizowany.
Chyba jednak głównie według starej szkolnej zasady: „zakuć, zdać, zapomnieć”.
…będzie motywacja
W nowym projekcie nie ma już ani słowa o szkodliwym wpływie prac domowych na dobrostan uczniów. MEN nie pokazuje też nowych badań, z których wynikałoby, że wcześniejsze argumenty były błędne.
Co prawda jesienią Instytut Badań Edukacyjnych przedstawił raport podsumowujący pierwsze efekty reformy. Badanie oparto na ponad 7,5 tys. ankiet zebranych w 2081 szkołach. Wypowiadali się dyrektorzy i nauczyciele.
Ponad 60 proc. dyrektorów szkół i ponad połowa nauczycieli uznała, że dzieci zyskały więcej czasu na odpoczynek, zabawę i aktywność fizyczną. Co drugi nauczyciel ocenił też, że zmiany zmniejszyły obciążenie uczniów, a 40 proc. dyrektorów – że ograniczyły szkolny stres.
Jednocześnie ponad dwie trzecie nauczycieli zauważyło osłabienie motywacji uczniów do odrabiania prac domowych i mniejszą samodzielność w procesie uczenia się.
Choć MEN nie powołuje się na ten raport w uzasadnieniu nowych zmian, to właśnie „wzmocnienie motywacji uczniów do samodzielnej pracy własnej” staje się dziś głównym argumentem resortu.
I dlatego ministerstwo wraca do starego, dobrze znanego szkolnego mechanizmu: oceny. Tyle że w zawoalowanej formie. Stopnia za pojedyncze zadanie nadal wystawić nie będzie można, ale „systematyczność” ucznia już będzie można oceniać. W jaki sposób? W jakiej skali? Tego MEN nadal nie precyzuje.
Niech napiszą, kiedy oddychać
Konsultacje i uzgodnienia w sprawie projektu mają trwać do 10 czerwca. Ale już nie budzi on entuzjazmu. Paradoksalnie, nawet nauczyciele, którzy od początku krytykowali ograniczenie prac domowych, nie są zachwyceni nową propozycją MEN.
Problemem nie jest już sama idea prac domowych, ale sposób, w jaki ministerstwo próbuje nią zarządzać. Katarzyna Hall, ministra edukacji w pierwszym rządzie Donalda Tuska, napisała na Facebooku: „To kolejny przejaw braku zaufania do nauczycieli”.
Podobnie zareagowała Joanna Berdzik, była wiceministra edukacji w rządzie PO-PSL. „MEN staje się nie tylko dyrektorem szkoły, ale także nauczycielem” – napisała. Skrytykowała też, że MEN wrzuca do jednego worka ocenę postawy ucznia z oceną jego kompetencji przedmiotowych. „Coś zupełnie absurdalnego!”
Na nauczycielskich forach dominują znużenie i drwiny. O projekcie MEN pedagodzy piszą: „kolejna efekciarska zmiana” albo „papier wszystko przyjmie”.
„Uczę matematyki i fizyki, jestem wychowawcą oraz koordynatorem konkursów. Mam około 200 uczniów. Kiedy mam sprawdzić każdą pracę domową i każdemu udzielić informacji zwrotnej?”
„Prosimy jeszcze o wytyczne, kiedy wdech, kiedy wydech”.
Jednak są też bardziej praktyczne rozwiązania: „To proste. Nie zadajesz – nie sprawdzasz”.
Prawdą jest, że szkoła nigdy do końca nie zaakceptowała reformy dotyczącej prac domowych. Pokazał to również raport IBE. Choć MEN chętnie cytuje jego fragmenty dotyczące większej ilości wolnego czasu i mniejszego stresu uczniów, znacznie rzadziej wspomina o innych wnioskach. Już we wrześniu pisałam, że w ankietach padło, iż część nauczycieli zwyczajnie nie zastosowała się do nowych zasad. Co trzeci nauczyciel klas 4-8 nadal zadawał obowiązkowe ćwiczenia do domu, a co piąty przyznawał, że wciąż wystawia za nie stopnie.
Jeszcze wyraźniej było to widać w komentarzach. Nauczyciele otwarcie przyznawali, że bez możliwości oceniania prac domowych tracą jedno z podstawowych narzędzi motywowania uczniów do pracy. Wielu mówiło też, że nie wie, jak inaczej monitorować postępy uczniów. Ratunkiem okazały się częstsze kartkówki i sprawdziany.
Przeciw reformie zbuntowali się zresztą również rodzice. Paradoksalnie – bo to oni mieli być jej największymi beneficjentami. Tymczasem wielu zaczęło się skarżyć, że bez prac domowych trudniej zmobilizować dzieci do nauki. Część wręcz naciskała na nauczycieli, by mimo zakazu nadal zadawali i sprawdzali ćwiczenia.
MEN rodziców o ocenę reformy nie pytało. Zrobili to inni. Jesienią RMF FM podało, że 66 proc. Polaków chce powrotu prac domowych. W badaniu dla „Rzeczpospolitej” podobnego zdania było blisko 60 proc. respondentów.
Resort znalazł się więc w niewygodnym położeniu. Reforma, która miała być symbolem nowoczesnej szkoły i przynieść polityczne punkty, nie zdobyła trwałego poparcia ani nauczycieli, ani rodziców.
Dziś MEN nie odwołuje tej reformy wprost. Zamiast tego po cichu zaczyna przywracać rozwiązania, które jeszcze dwa lata temu przedstawiało jako szkodliwe dla dzieci.




