Na razie na plażach widać koparki, a tawerny są puste. — Turyści do nas przyjadą, ale to będzie sezon last minute — słyszę na Krecie.
Agia Pelagia to dawna wioska rybacka, która tak jak wiele miejscowości na kreteńskim wybrzeżu stała się kurortem. Słynie z pięknej plaży z przylepionymi do niej tawernami. W połowie maja zejście z głównego deptaka wygląda jednak jak plac budowy. Plażę przecinają głęboki wykop i drewniane szalunki. W oddali widać spychacze i koparki. Na nadmorskim bulwarze więcej czarnych kotów niż ludzi. Jedne przemykają między pustymi stolikami. Inne wygrzewają się w kadłubach łodzi.
Sennie jest też w Elundzie. Wzdłuż zwykle zatłoczonej w sezonie głównej ulicy spaceruje samotna para turystów z Chin. Puste łodzie rybackie kołyszą się na wodzie. Mewy rozgrzebują kłęby żółtych sieci. Choć jest piątkowe popołudnie, w portowej tawernie nie ma żywej duszy. W najlepszej lodziarni (gałka lodów 2,80 euro) siedzą dwie samotne kobiety. Elunda stała się modna kilkanaście lat temu, kiedy w położonym niedaleko hotelu Blue Palace Resort (basen niemal przy każdym z pokoi) dwa tygodnie spędziła Lady Gaga. Wielu zamożnych ludzi z całego świata ma w miasteczku luksusowe wille z widokiem na Spinalongę — wyspę, która do połowy XX w. była kolonią trędowatych. Jednak bogactwo w Elundzie jest ukryte na wzgórzach, niżej widać rzędy skromnych domów. Tak jest niemal na całej wyspie.
Kreta
Foto: zdjęcia Jacek Pawlicki
300 tys. Polaków
Na razie pusto, ale w lipcu i sierpniu na plażach będą tłumy. W ruinach pałacu w Knossos trzeba będzie stać w długiej kolejce, żeby zobaczyć którąś z odrestaurowanych komnat z minojskimi freskami. Wszędzie będzie słychać język polski, bo Kreta to jeden z naszych ulubionych urlopowych kierunków. W 2025 r. przyjechało tu ponad 300 tys. rodaków. W tawernach kelnerzy, słysząc język polski, krzyczą: „Kalimera! Zien dobry, Polska!”.
Knossos
Foto: zdjęcia Jacek Pawlicki
— Sezon turystyczny na Krecie zaczyna się po Wielkanocy, ale rozkręca powoli. Z tygodnia na tydzień pracuję coraz dłużej, najpierw do 19, potem 22, a w szczycie sezonu do północy — opowiada Bernadetta, sprzedająca pamiątki w jednym ze sklepików w Retimno. — W lipcu główny deptak będzie nie do przejścia — mówi. W Grecji mieszka od 1991 r. Przyjechała na wakacje do brata i została na stałe. Zamieszkała w Retimno m.in. dlatego, że przypomina jej rodzinne Gorlice. Niedaleko są piękne góry, których najwyższy szczyt Psiloritis (2456 m n.p.m.) o tej porze roku jest jeszcze ośnieżony. Wyszła za mąż za Greka, ale się rozwiodła. W sezonie pracuje w sklepie, jesienią i zimą dorabia, zbierając oliwki. — Zasiłek jest śmiesznie mały, wynosi ledwie 500 euro i przysługuje tylko przez trzy miesiące, a ja jestem bez pracy od listopada do kwietnia. Życie na Krecie nie jest łatwe — podkreśla.
Mural w Retimno, najbardziej urokliwym mieście Krety
Foto: zdjęcia Jacek Pawlicki
Mówi, że Kreteńczycy są mili, ale głównie dla turystów, bo z nich żyją. — Poznałam ich także z tej gorszej strony. Potrafią być nie do wytrzymania, są zakłamani. Żyję tu 35 lat, mówię biegle po grecku, ale wciąż jestem dla nich xenia, czyli obca — tłumaczy. Jednak Krety nie zamierza opuścić, przynajmniej do emerytury, bo uważa, że nie ma piękniejszego miejsca na ziemi. Na pożegnanie wlewa mi kieliszek tsikoudii, kreteńskiej wersji raki, czyli aromatycznego, mocnego bimbru z wytłoków z winogron. — Domowej roboty, bo pędził ją mój szef, mocna, ale dobra — mówi.
Częstowanie tsikoudią, lokalnym winem czy kalitsounią, słynnymi kreteńskimi przekąskami nadziewanymi słodką odmianą owczego lub koziego twarogu mizithra, to przejaw tradycyjnej gościnności. — Cała Grecja z niej słynie, ale na Krecie tę gościnność trzeba pomnożyć razy pięć — przekonuje Halina Strzyżewska, dyrektor Corendon Airlines na Polskę. Te tureckie linie lotnicze zaczęły od kwietnia latać do Heraklionu. — Jeśli trafisz do jakiejś wioski w listopadzie i akurat pędzi się typowy alkohol grecki, czyli raki, zaproszą cię, poczęstują lokalnymi przysmakami takimi jak pieczony głąb z kapusty, napoją raki i winem. Trzeźwy ani głodny nie wyjdziesz — opowiada.
W ostatniej chwili
Strzyżewska pracowała wcześniej w niemieckim TUI, zna dobrze specyfikę kreteńskiego rynku turystycznego. Kiedy pytam, jak widmo wojny w Iranie i paliwowe kłopoty linii lotniczych wpłyną na ruch turystyczny do Grecji, opowiada, że tegoroczny sezon jest dla wszystkich wyzwaniem. — To będzie sezon last minute. Wiedząc, że fala rezerwacji pojawi się na kilka dni przed planowanym terminem wylotu, hotelarze i linie lotnicze nie mogą za dużo planować. Myślę jednak, że Grecja wyjdzie z tego zwycięsko, tak jak udało jej się wygrać na pandemii, kiedy jako pierwsza w Europie zaczęła przyjmować zagranicznych turystów — podkreśla.
Wspomina, że w spokojnych sezonach Anglicy czy Niemcy rezerwowali wakacje z rocznym wyprzedzeniem. — Ale teraz podobnie jak Polacy zostawiają wszystko na ostatnią chwilę. Możemy mówić już o trendzie last minute — mówi.
Potwierdza to Grigoris Petrakis, menedżer hotelu Fodele Beach & Water Park Holiday Resort położonego 40 minut jazdy samochodem od Heraklionu. Wysoki, siwy, przypomina Zorbę i tak jak ta literacka postać tryska optymizmem. — Turyści, którzy zazwyczaj spędzali wakacje w krajach arabskich czy Turcji, w tym roku przyjadą do Grecji, ale zrobią to w ostatniej chwili. Chociaż sytuacja na świecie jest wciąż niestabilna, wszystko wskazuje na to, że sezon będzie podobny do zeszłorocznego. Prognozy są korzystne. Spodziewamy się, że na Kretę przyjedzie 5,6-5,7 mln zagranicznych turystów — mówi.
W sezonie Kreta zmienia się w fabrykę wakacji. 56 proc. PKB wyspy pochodzi z turystyki. W 2025 r. dochody z tej branży sięgnęły prawie 4,6 mld euro. Statystyczny turysta zostawia na wyspie średnio 767 euro. Dla porównania średnia w całej Grecji to nieco ponad 500 euro na przybysza. Przy tak wielkim uzależnieniu od turystyki wyspiarze odczuwają nawet najmniejsze zachwianie na rynku. Co gorsza, nie każdy dobrze zarabia na turystycznym boomie.
Uświadamia mi to Karolina Krajnik, znana w mediach społecznościowych jako KonKret by Polka na Kretowisku. Od 2009 r. mieszka na stałe na Krecie, ma męża Greka. W sezonie prowadzi rodzinną tawernę w popularnym kurorcie turystycznym oraz sklep z pamiątkami i produktami spożywczymi. Zimą zajmuje się pisaniem książek, w których opowiada o codziennym życiu wśród Greków i o kreteńskiej mentalności. — Pytanie o to, jaki będzie sezon, wraca na Krecie co roku o tej porze, a w lokalnych mediach jest pełno statystyk i prognoz — opowiada. — Jednak liczba osób przylatujących na wyspę nie zawsze przekłada się na ilość pieniędzy, które rzeczywiście zostają tutaj na miejscu. Turyści z wykupionym pakietem all-inclusive często nie opuszczają hoteli. A jeśli już wychodzą, to mają ścisły harmonogram. Widać to choćby po parasolach i leżakach na plaży, które wynajmujemy przy naszej tawernie. Około godz. 13 plaża nagle pustoszeje, bo wszyscy wracają na obiad do hoteli.
Kreta zamiast Turcji?
Według Krajnik życie zwykle weryfikuje prognozy. — Wystarczy jeden krzykliwy nagłówek, jak choćby zeszłoroczne „Kreta płonie”, i natychmiast rezerwacje są anulowane, choć pożar obejmował jedynie niewielki fragment wyspy. A przecież Kreta jest ogromna — podkreśla. Jej greccy znajomi prowadzący pensjonaty mówią, że rezerwacji na maj i czerwiec jest wyjątkowo mało — nawet o połowę mniej niż rok temu o tej porze. Być może wpływa na to sytuacja na świecie, a może fakt, że coraz częściej cały pakiet z lotem i hotelem wychodzi taniej niż samodzielna organizacja wyjazdu.
— Myślę, że ludzi na wyspie nadal będzie dużo, ale coraz więcej osób będzie ostrożniej podchodziło do wydatków. Już w zeszłym roku często pytano mnie, gdzie można kupić ziemniaki czy inne produkty, żeby ugotować coś samemu w apartamencie — mówi Karolina Krajnik. — Turyści coraz częściej wolą np. rozłożyć ręcznik na plaży, niż płacić za leżak, czy ograniczyć wizyty w tawernach do minimum.
Michał Kaczor, przedstawia się jako Michalis. — Grecy nie wymawiają „ł” — tłumaczy. Od 10 lat mieszka w Grecji. Pracuje jako przewodnik i na razie nie ma zbyt wiele pracy. — Sezon rozkręca się powoli. Maj był słaby, rzadko kiedy uzbierała się grupa do oprowadzania. Zwykle ludzie przyjeżdżali na tydzień na krótkie wakacje i siedzieli w hotelach — mówi.
Turystom z Polski poleca alternatywne kreteńskie wakacje. — Warto wynająć samochód, jeździć od miasteczka do miasteczka, od tawerny do tawerny. W południowej części wyspy nawet w szczycie sezonu można znaleźć kwaterę bez rezerwacji z góry — podkreśla. Inny scenariusz to dwie-trzy noce w Chanii na Zachodzie i tyle samo w Heraklionie. Z Chanii można pojechać do laguny Balos, z Heraklionu blisko do Knossos.
— A poza sezonem? — pytam. — Winobranie od końca sierpnia do września, a w listopadzie pędzenie tsikoudii. W marcu albo październiku, kiedy nie jest już tak gorąco, można pół dnia pochodzić po górach, a potem zjechać na plażę i wykąpać się w morzu, bo woda ma wciąż 28 stopni — mówi. — Kreta jest też świetnym miejscem dla amatorów wspinaczki górskiej. Francuzi przyjeżdżają tu kamperami, jeżdżą od wąwozu do wąwozu i wspinają się tam, gdzie akurat jest cień.
Halina Strzyżewska uważa, że Kreta nie bez powodu jest najpopularniejszą z greckich wysp. Jest tu ponad 500 plaż, świetne jedzenie, mnóstwo zabytków. — W Niemczech co druga grecka rezerwacja dotyczy pobytu na Krecie — mówi. Przewiduje, że turyści, którzy jeździli zwykle na wakacje do Turcji, wybiorą w tym roku Grecję albo Hiszpanię. — Turcja stała się droga. Gdybyś chciał w którymś z tureckich kurortów pójść w sezonie na dobrą kolację, to zapłaciłbyś więcej niż w Monachium — tłumaczy.
Kreta to hotelowe zagłębie Grecji. Według danych Hellenic Chamber of Hotels działają tu 1643 hotele, dysponujące w sumie 197 tys. łóżek. Do tego doliczyć trzeba 120 tys. łóżek w apartamentach i 180 tys. w Airbnb. W sezonie na wyspę przyjeżdża 10 razy więcej ludzi, niż na niej mieszka, i to z myślą o nich buduje się coraz to nowe obiekty — głównie pięciogwiazdkowe kompleksy all-inclusive. Hotelowy boom zaczął się po pandemii. Dwa lata temu na wyspie zabrakło szkła do kabin prysznicowych i aluminium. Coraz trudniej jest też o dobrą działkę z dostępem do morza.
W Fodele można usłyszeć opowieść o pasterzach z okolicznych wiosek, którzy mimo kuszących ofert nie chcą sprzedać deweloperom swej ojcowizny. — Wolą pracować jako sprzątacze w hotelu, niż sprzedać ziemię — opowiada mi jeden z menedżerów. Ale i tak w turystyce brakuje rąk do pracy — na początku sezonu brakowało co najmniej 5 tys. pracowników. Imigranci z Azji tylko częściowo rozwiązują ten problem.
Tu trudno się nudzić
Dlaczego Kreta jest tak wyjątkowa? — zapytałem Karolinę Krajnik. — Pierwsza rzecz to różnorodność. Można tu znaleźć wszystko: plaże piaszczyste, kamieniste i skaliste, wysokie góry, morze o kilku odcieniach błękitu, jaskinie, wąwozy, wodospady i maleńkie wioski ukryte gdzieś poza głównym szlakiem. Wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów, by krajobraz zmienił się całkowicie. Nawet w środku sezonu można znaleźć ciche miejsca z dala od tłumów, a czasem mieć plażę tylko dla siebie. Na Krecie naprawdę trudno się nudzić.




