Mówić czy nie mówić, z iloma osobami się spało? Są partnerzy czy małżonkowie, którzy oczekują pełnej szczerości w tym temacie. Tyle że seks staje się sferą kontroli, bo kobietom społecznie i religijnie narzuca się surowe normy, a od mężczyzn oczekuje licznych podbojów. Podwójny bolesny standard powoduje rozłam i kryzysy w wielu związkach.
„Mam 27 lat. On 31. Byliśmy na imprezie ze znajomymi, trochę alkoholu, luźne rozmowy. Ktoś zaczął temat »liczby partnerów«. Nie chciałam kłamać, więc powiedziałam prawdę… Miałam więcej partnerów niż on się spodziewał. Dużo więcej. Od tamtego momentu coś się zmieniło. Nie zrobił awantury. Nie wyzywał mnie. Ale zaczął rzucać teksty typu: »Nie wiedziałem, że byłaś aż tak imprezowa«, »Niektóre rzeczy lepiej zachować dla siebie«. Wczoraj usłyszałam, że »facet jednak inaczej patrzy na kobietę, z którą było pół miasta«. Tutaj już moim zdaniem totalnie przegiął! Naprawdę? W 2026 r. nadal mierzy się wartość kobiety tym, ilu miała partnerów? Najśmieszniejsze jest to, że gdyby role były odwrócone, jego koledzy klepaliby go po plecach”.
Ten post ukazał się wiosną na grupie „Świat Kobiet” na Facebooku. Zdobył ponad 1,2 tys. polubień i jeszcze więcej komentarzy. Przysłał mi go czytelnik Adam, z sugestią, aby podjąć temat. Sam przyznał, że jeśli chodzi o liczbę partnerów, obowiązują podwójne standardy. Na niekorzyść kobiet.
Klucz i bombonierka
„Body count” (dosłownie mówiąc: licznik ciał) to termin, który zdobył sławę głównie na TikToku. Oznacza liczbę wszystkich partnerów/partnerek seksualnych, których/które mieliśmy w ciągu życia. Pojawia się zwykle w internetowych wątkach i dyskusjach o seksie oraz szczerości w stałych relacjach. Czy mówić partnerce/partnerowi czy małżonkom o tym, z iloma osobami się spało? To pytanie polaryzuje ludzi. Jedni tworzą team „tak, mówić”, a inni stoją po przeciwnej stronie barykady. Uważa się powszechnie jednak, że osoby, które mają wysoki czynnik „body count” (czyli miały wiele doświadczeń seksualnych z różnymi partnerami) nie potrafią tworzyć stałych związków. Nie umieją kochać. Nie nadają się na osobę do miłości, do związku. Poza tym część mężczyzn (ale i kobiet) surowo ocenia szczególnie doświadczone na tym polu kobiety. Nazywane są łatwymi, rozwiązłymi, a nawet puszczalskimi. Bywają wyśmiewane i degradowane.
Magdalena Smaś-Myszczyszyn, seksuolożka, psychoterapeutka i prezeska Polskiego Towarzystwa Terapii Seksualnej, tuż przed naszą rozmową natrafia na Instagramie na tzw. rolkę. Ktoś mówi: „Dlaczego klucz otwierający wiele zamków to idealny klucz, a zamek otwierany przez wiele kluczy jest do niczego?”. — Ta rolka pewnie ma być formą żartu, ale stanowi jaskrawy przykład na istnienie podwójnego standardu, dotyczącego liczby partnerów. Dehumanizuje kobiety, porównując je do przedmiotu, zaś mężczyznom przyznaje prawo do zbierania doświadczeń. I do tego, że mają tzw. narzędzia idealne — komentuje.
Mało partnerów? Czy dużo partnerów? To pojęcie względne. Każdy uważa nieco inaczej. Z różnych badań wynika, że Polki mają średnio 2–6 partnerów seksualnych, a Polacy 4–11 partnerek w całym życiu. „Narodowy Raport o Seksualności” z 2024 r., przeprowadzony na zlecenie Easy Toys, podaje, że 36 proc. Polek i Polaków miało od dwóch do pięciu partnerów lub partnerek seksualnych. Z kolei w raporcie „Seksualna Mapa Polki” (nie Polski!), wykonanym w 2023 r. na zlecenie Gedeon Richter, czytamy, że nasze rodaczki w ciągu swojego życia średnio posiadają 4 partnerów seksualnych. Na liczne pytania odpowiadały kobiety aktywne seksualnie w wieku 18–69 lat: 25 proc. z nich deklarowało posiadanie jednego partnera przez całe życie, 33 proc. miało 2–3 partnerów, 16 proc. kobiet wskazywało 4–5 partnerów, a 4 proc. badanych podało, że było ich więcej niż dziesięciu. Ciekawe, że aż 11 proc. kobiet odmówiło tutaj odpowiedzi.
— Jeśli mowa o kobietach, to pewnie ze dwóch, trzech partnerów w życiu można im jeszcze „wybaczyć”. Gorzej, jeśli było ich pięciu czy siedmiu, nawet nie wspominając o dwucyfrowej liczbie — ironizuje Magdalena Smaś-Myszczyszyn. Niedawno prowadziła ze studentami dyskusję o przekonaniach na temat liczby partnerów. „Kobieta jest jak bombonierka. Kiedy często się otwiera i częstuje innych swoją zawartością, to jak przyjdzie ten właściwy, może okazać się, że w środku nic nie ma”. Takie seksistowskie porównanie wygłosiła jedna ze studentek.
Im mniej wie, tym lepiej
— Nigdy mu nie powiem — zarzeka się Alicja (36 l.). Jest w pierwszym związku, który nazywa „naprawdę serio”. Owszem, miała wcześniej dwie dość poważne, kilkuletnie relacje, w które zainwestowała masę czasu i miłości. Nic z tego nie wyszło: raz była zdradzana, a potem rozstali się pokojowo, niemal bez uczuć (pomyliła zakochanie z miłością).
Od dwóch lat Alicja jest w związku z Robertem (48 l.). — Miał ukochaną żonę, która zmarła tragicznie. Ich jedyna córka obecnie studiuje i mieszka w Hiszpanii. Widziałyśmy się dwa razy, jest w porządku — objaśnia Alicja.
— A Robert spadł mi z nieba, jest jak rycerz: szarmancki, miły, wierny, czuły, troskliwy i wspierający. Natomiast bywa dość radykalny i zazdrosny o mnie. Powtarza, że jestem jego księżniczką i że nie chce beze mnie funkcjonować. Dużo mi o sobie opowiedział. Wiem, że żona była miłością jego życia, byli razem od liceum, prawie trzydzieści lat. Kiedy nagle zmarła, Robertowi zawalił się świat. Powiedział, że przez pierwszy rok od jej śmierci każdego dnia musiał tłumaczyć sobie sens życia. Dla córki. Tylko dla niej postanowił dalej żyć. A potem nagle w osiedlowym sklepie poznał mnie. Akurat się tam przeprowadziłam, zaczęliśmy się widywać przy warzywach i owocach. Miłość spadła na nas nieoczekiwanie. Dziś wiemy o sobie prawie wszystko. Wiem, że jestem drugą kobietą w życiu Roberta. Twierdzi, że pierwsza i jedyna przez całe życie była żona. A teraz ma mnie i koniec. Z nikim więcej nie był w łóżku. A ja? No cóż… — zawiesza głos Alicja.
Partnerów seksualnych miała w sumie czternastu. Wliczając w to związki i Roberta. Czy to sporo? — Moja przyjaciółka, singielka, sypia niezobowiązująco z różnymi mężczyznami co najmniej kilkanaście razy w roku. To jest dużo! Ja po prostu zebrałam trochę doświadczeń, teraz już ich nie szukam. Chcę być z Robertem, jestem mu wierna i to się nie zmieni — mówi z przekonaniem Alicja. — Ale nigdy nie powiem mu, z iloma mężczyznami spałam, bo zmieniłby zdanie na mój temat. On nieraz wypowiada się na temat rozwiązłości kobiet, seksu traktowanego jako sport. Jest w tym zaciekły i krytyczny. Im mniej o mnie tutaj wie, tym lepiej.
Ilość kontra moralność
W Wielkiej Brytanii przeprowadzono badanie na grupie 15 tys. osób w wieku od 16 do 74 lat. Wykazano, że mężczyźni podawali często dwukrotnie większą liczbę partnerów seksualnych niż kobiety. Przeciętnie w przypadku mężczyzn to 14 partnerek, a u kobiet — siedmiu partnerów. Badanie tak skomentowała jego autorka, prof. Kristin Mitchell: „Przypuszczam, że wynika to z tego samego powodu, dla którego kobiety zaniżają liczbę partnerów: pragnienia dostosowania się do tego, co uważają za idealną liczbę dla mężczyzny (lub kobiety)”.
Nierówne podejście, ocenianie kobiet przez pryzmat „wielu partnerów” nie wzięło się znikąd i ma długoletnią historię. Jest to pochodna kultu patriarchatu, obowiązującego tysiące lat. W antycznej Grecji, którą tak podziwiamy za wynalezienie demokracji, kobieta zamężna nie posiadała praw obywatelskich. Nie mogła opuszczać domu. Musiała być mężowi posłuszna, miała obowiązek uprawiać z nim seks w celach prokreacyjnych. Z kolei mężczyzna mógł sypiać z kim popadnie. Z żoną, z kochankami, z młodymi mężczyznami lub chłopcami, z heterami (ówczesnymi eskortkami) — co ciekawe, opisuje historyczka sztuki Sonia Kisza w felietonie dla magazynu „Zwierciadło”.
— Owszem, jest to kwestia i patriarchatu, i religii, i kultury, bo przecież nawet w pokoleniu Z, które wydaje się wyzwolone, zdarzają się ostre restrykcje i normy. Kobiety z jednej strony wiedzą, że mają prawo gromadzić doświadczenia, a ich ilość absolutnie nie świadczy o moralności, jednak wciąż się tego obawiają albo wstydzą — opowiada Magdalena Smaś-Myszczyszyn. Obserwuje, że część osób taką liczbę doświadczeń seksualnych określa jako niemoralne. Ale co ciekawe, owa wartość moralna zależy od płci. — Bo mężczyźni mogą zbierać doświadczenia do woli, ale już kobiety, choć przecież mają ten seks głównie z mężczyznami, tracą wtedy na wartości na „rynku matrymonialnym”.
Nie chcesz tego wiedzieć
Bartosz ma 40 lat i świetną karierę. Tylko w łóżku czuje się jak praktykant. Od niedawna spotyka się z Elizą, swoją równolatką, która zachwyca go pewnością siebie, otwartością, obyciem i fantazją (także seksualną). Im częściej dochodzi do zbliżeń, tym mniej pewnie czuje się Bartosz. Zauważa, że nie ma takiego doświadczenia w różnych praktykach czy pozycjach, jak ona. Ostatnio przełamał się i zapytał, czy miała wielu partnerów przed nim. Eliza tylko się roześmiała: „Hej, chyba nie chcesz tego wiedzieć!”, powiedziała szybko i zmieniła temat. Wtedy stracił rezon. Dziś odczuwa rosnące obawy, że ona uzna go za niemęskiego, niedoświadczonego. Że szybko się nim znudzi i odejdzie.
— Jeżeli kobieta miała wielu partnerów, mężczyzna nierzadko traci pewność siebie, zaczyna się porównywać do innych albo martwi, że jest gorszy. Nawet w tym tygodniu miałam sesję z parą przed trzydziestką, w której on wciąż boi się, że nie sprosta jej oczekiwaniom. Niedawno wyszło na jaw, że kobieta miała sporo doświadczeń seksualnych z innymi. Kiedy się o tym dowiedział, przestał mieć ochotę na zbliżenia — relacjonuje Magdalena Smaś-Myszczyszyn.
Nie tylko w gabinecie walczy ze szkodliwymi mitami. — Choćby z takim, że kobieta, która miała wcześniej kilka czy kilkanaście relacji seksualnych, nie jest zdolna do budowania trwałej relacji. Niektórzy uważają, że gdyby potrafiła stworzyć stały związek, to już by go miała, z jednym z tych partnerów. Tak mówią często panowie, a panie zaczynają w to wierzyć i czują się winne. Wolą nie przyznać się więc do rzeczywistej liczby doświadczeń z obawy przed ostracyzmem, krytyką, wyśmianiem, porównywaniem. Dlatego kiedy do gabinetu przychodzi para, wywiady seksuologiczne przeprowadzam osobno. Zwykle kobiety upewniają się po kilka razy, czy rzeczywista liczba ich wcześniejszych partnerów nie zostanie przeze mnie ujawniona przed ukochanym — przyznaje seksuolożka.
I dodaje: — A przecież zazwyczaj poznajemy się w momencie, w którym seks nie jest dla nas pierwszy. Mieliśmy już jakieś relacje. Dlatego stoję na stanowisku, że nasza przeszłość seksualna należy do nas i do osób, z którymi ją dzieliliśmy. Nie do obecnego partnera czy partnerki. Jasne, możemy opowiedzieć partnerowi czy partnerce, że mamy jakieś doświadczenia, ale ważne jest to, co zbudujemy między sobą. Warto umówić się, że dla siebie jesteśmy pierwsi — podpowiada Magdalena Smaś-Myszczyszyn.
Seks jako kontrola
Pisząc ten tekst, zamieściłam ankietę na moim instagramowym profilu. „Czy mówić w związku o tym, z iloma osobami się spało”. Były tylko dwie opcje: „Tak, pełna szczerość” odpowiedziało 32 proc. głosujących, zaś „nie, to moja sprawa” zaznaczyło 68 proc. W sumie zagłosowało ok. 60 osób (większość kobiet).
Lecz są osoby, które nie dają za wygraną. Podpytują, wypytują, chcą wiedzieć, oczekują szczerości i pełnych faktów. Mówić zatem czy nie mówić? — Ale przecież to nie będzie koniec pytań. Pojawią się nowe, kolejne. „A jak było? A co z nim/nią robiłaś/eś? A w jakiej pozycji? Czemu z nim się zgadzałaś i z nim chciałaś, a ze mną tego nie chcesz robić?” — ostrzega seksuolożka.
Czy pary się o to kłócą? — To jest codzienność gabinetowa. Pary miewają na tym tle kłótnie i kryzysy. Temat potrafi wrócić nawet po długim czasie. Z biegiem lat pożądanie spada, związek się zmienia, seks nie zdarza się już tak spontanicznie. Kiedy pojawiają się jakiekolwiek problemy w życiu seksualnym pary, często wątek określonej liczby partnerów powraca. Mężczyznom zdarza się komentować: „No tak, ja nie jestem cię w stanie zadowolić, wcześniej miałaś tylu facetów” itd. Wciąż żywy jest mit, że im więcej kobieta miała partnerów w życiu, tym teraz mniejszą czerpie przyjemność z seksu — opowiada Magdalena Smaś-Myszczyszyn.
Niepokoi ją, że seks stanowi wciąż formę kontroli. — Bolesny jest podwójny standard, który utrudnia autentyczną komunikację w związkach. Bo kobiety boją się mówić partnerom o swojej przeszłości, a oni, czasem nieświadomie, podtrzymują ten mechanizm, reagując złością, zazdrością, dezaprobatą, kiedy już się dowiedzą — dodaje. Efekt? Zamiast równości i szacunku mamy relację, która jest oparta na nierównych standardach moralnych.




