Feministyczna erotyka celuje w upodobania kobiet, które chciałyby, ale są zdegustowane pornografią głównego nurtu.
Krótki film „Pan feminista” opowiada o przystojnym profesorze nauk genderowych, który uwodzi studentkę i konsumuje owoce sukcesu w sali wykładowej. Uwodzi elegancko, konsumuje czule, zasadniczo różniąc się kulturą osobistą tudzież dbałością o potrzeby partnerki od hydraulików, serwisantów, dostawców pizzy zaludniających typowe pornosy. „Pana feministę” wyreżyserowała Erika Lust (naprawdę Hallqvist) — niekoronowana królowa pornografii dla kobiet zwanej również — słusznie czy nie — feministyczną.
Szwedka kręci filmy od ponad 20 lat, ale światową sławę przyniosło jej oparcie produkcji na pomyśle banalnie prostym, a jednak nowatorskim. Przenosi mianowicie na ekran fantazje seksualne pań, zweryfikowane badaniami fokusowymi.
Duszenie, policzkowanie, opluwanie
Branża porno generuje 100 mld dol. rocznego dochodu, jedną szóstą tej kwoty przynoszą treści produkowane w USA, a 70 proc. to zysk ze sprzedaży internetowej — przekraczający sumę profitów najpotężniejszych lig sportowych świata: MLB, NFL i NBA. Pornhub.com odnotowuje rocznie 130 mld wizyt trwających przeciętnie 10 minut. Niewiele mniejszą popularnością cieszy się kilkanaście innych portali oferujących erotyczne filmy. Przy czym prawie połowa oferty ukazuje przemoc — od lżenia, przez klapsy, miętoszenie, popychanie, aż po gwałt, duszenie, wyrafinowane tortury. 97 proc. ofiar stanowią kobiety.
Dlaczego? To efekt stereotypów zakorzenionych w amerykańskiej kulturze. Przemoc jako najskuteczniejszą metodę leczenia społecznych bolączek lansowały kolejno: westerny, filmy zemsty z Charlesem Bronsonem i Clintem Eastwoodem, wielkie widowiska akcji epatujące muskulaturą Arnolda Schwarzeneggera oraz Sylvestra Stallone’a, a dziś ekranizacje komiksów. Przekaz narzucany przez kolebkę kultury masowej reszcie planety nie odbiega od przekazu goryla, który przyciskając stopą słabszego przeciwnika, wali pięściami w klatę. Wyraża żądzę dominacji.
Amerykanki wywalczyły równe prawa w tym samym czasie co czarni, czyli dopiero pod koniec lat 60. zeszłego stulecia. W perspektywie historycznej to chwila. Przyjęcie liberalnych przepisów nie oznacza jednak zmiany wielowiekowych nawyków oraz tradycji. Większość społeczeństwa wciąż odmiennie postrzega społeczne role kobiet i mężczyzn. Uczniowie podlegają patogennym podziałom na „nerds” (kujonów), „geeks” (syfiarzy), władających kafeteriami „jocks” (atletów) oraz „laski” (princesses). Główną nagrodą za sportowe sukcesy jest seks z cheerleaderkami. Wedle kanonów hollywoodzkiej mitologii zwycięzcy też zawsze przysługuje dziewczyna.
W salach gimnastycznych, szatniach ligowych drużyn, na obozach dla rekrutów pogardliwe określenie „panie” (ladies) stosuje się wobec niepotrafiących sprostać wymogom facetów, wymiennie z epitetami „larwy” (maggots) czy „suki” (bitches). Sprzedawcy nieruchomości nazywają główną sypialnię domu „master bedroom”, co trudno przetłumaczyć na polski, bo u nas „pan” dawno temu przestał oznaczać „władcę”, jest zwrotem grzecznościowym.
— Prymat mężczyzny nad kobietą nigdzie na Zachodzie nie stanowi równie immanentnego elementu stosunków społecznych jak w USA — tłumaczy socjolog C.J. Pascoe. — Różnice w traktowaniu płci szczególnie rażą na tle socjalistycznych demokracji północnej Europy. Tam męskość jest bardziej miękka. Urlopy macierzyńskie dla obojga rodziców zrównują w oczach dziecka role mamy i taty.
Niestety, nowe technologie przyspieszyły proces globalizacji i homogenizacji kultury, a wzorce amerykańskie wygrywają.
Również w pornografii, którą młodzi ludzie zaczynają oglądać znacznie wcześniej niż poprzednie pokolenia. Smartfony ma jedna czwarta amerykańskich ośmiolatków, 42 proc. 10-latków, a powyżej 12. roku życia — praktycznie każdy. By wejść na stronę Pornhub, Xhamster, Youporn itd., wystarczy jedno kliknięcie potwierdzające, że jesteśmy pełnoletni. Oczywiście nikt tej informacji nie weryfikuje. W rezultacie, zwłaszcza przy braku edukacji seksualnej, fikcyjna przemoc inspiruje realną.
Według przeprowadzonych dwa lata temu badań 61 proc. Australijek i 43 proc. Australijczyków w wieku 18-35 lat podczas pierwszego stosunku z nowym partnerem doznało podduszania. Agresorzy sądzili, że realizują naturalny element gry miłosnej — przecież widzieli w filmach porno, jak kobiety uwielbiają być duszone i same nadstawiają szyje. A ponadto buzie i pupy, gdyż równie wielką przyjemność sprawia im policzkowanie, opluwanie tudzież mocne klapsy — choć częstotliwości owych praktyk w realu naukowcy nie zbadali. A mówimy o kraju, w którym edukacja seksualna jest obowiązkowa od przedszkola, choć szkoły wyznaniowe samodzielnie ustalają program zgodnie z dogmatami religii.
Grzeczna dziewczynka
Feministki przez lata zgodnie potępiały pornografię jako instrument ekonomicznej, psychicznej i rzecz jasna seksualnej eksploatacji kobiet, utrwalający płciowe stereotypy, pogardę, nierealistyczne oczekiwania związane z wyglądem partnerek oraz ich erotyczną aktywnością. Oliwy do ognia dolała wydana w 1980 r. książka „Opresja” („Ordeal”) Lindy Lovelace (Boreman). Pierwsza gwiazda gatunku — wsławiona rolą w chwalonym przez krytykę, media, luminarzy kultury „Głębokim gardle” — wyznała po latach, że mąż i menedżer Chuck Traynor traktował ją jak alfons: bił, zmuszał do kręcenia scen zoofilskich, wynajmował obcym mężczyznom, odbierał honoraria.
Dopiero feminizm trzeciej fali, która nadeszła z początkiem ostatniej dekady XX w., uznał, że porno może i powinno stać się narzędziem emancypacji. W dodatku znacznie skuteczniejszym niż rozważania teoretyczek, ze względu na nieporównanie większy krąg odbiorców. Od słów do czynów przeszła m.in. Candida Royalle (Candice Marion Vadala), aktorka porno z lat 70., która w 1984 r. założyła wytwórnię Femme Productions nastawioną na filmy o tajnikach damskiego pożądania wspomagające terapię par. Tristan Taormino (siostrzenica pisarza Thomasa Pynchona) zaczynała od powieści erotycznych i poradnictwa seksualnego, by ostatecznie w 1999 r. przerzucić się na filmy. Grający u niej kobiety i mężczyźni sami decydują, z kim, gdzie, kiedy oraz jak będą uprawiać seks, a reżyserka dba tylko o ładne kadrowanie oraz montaż.
Erika Lust zadebiutowała w 2004 r. filmem „Grzeczna dziewczynka” („The Good Girl”), pokazującym zaspokajanie chuci z perspektywy bohaterki, a zarazem ironicznie reinterpretującym konwencje. Inteligentna kobieta sukcesu Alex (Claudia Claire) często myśli o seksie, lecz pruderia nie pozwala jej realizować fantazji, póki nie zjawia się on — dostawca pizzy (Lucas Foz). To oczywiście żart. W filmie znajdziemy ich więcej, a dowcipna narracja plus naturalność partnerów, którzy nie odstawiają narzuconych scenariuszem wygibasów, tylko ulegają realnej (a przynajmniej realistycznej) namiętności, sprawia, że ogląda się to wszystko bez żenady towarzyszącej konsumpcji zwykłego porno.
Produkcja kosztowała 30 tys. dol., które Erika pożyczyła od znajomych, nie gwarantując zwrotu. Dlaczego? Ponieważ debiutanckie dzieło wykorzystała do promocji, a zarazem sondowania popytu. Każdy mógł ściągnąć 21-minutowe wideo za darmo ze strony Lustfilm.com, dzięki czemu odwiedziły ją miliony internautów, windując notowania marki w rankingu popularności. I potwierdzając zainteresowanie szerokiej publiczności alternatywą wobec — jak stwierdziła autorka na konferencji TEDx 2014 — „napalonych żon, zdesperowanych nianiek, nimfomańskich króliczków”, czyli szablonów odczłowieczonej kobiecości stworzonych przez branżę na użytek facetów o nieskomplikowanych potrzebach.
Erika określa własną twórczość mianem feministycznej, co nie znaczy, że stanowi ona nośnik jakiejś ideologii. Chyba że za ideologię uznamy postulat gwarantowania paniom orgazmu. Producentka gwarantuje również wysokie standardy traktowania pracowników. Nie wymusza posłuszeństwa, aktorzy sami decydują, jak daleko chcą się posunąć, negocjują satysfakcjonujące ich stawki, na planie mają dostęp do urządzeń sanitarnych i darmowe wyżywienie. Dla wielu odbiorców — głównie pań, bo panom to raczej obojętne — świadomość, że podczas kręcenia filmu nie ucierpiał żaden członek ekipy, ma znaczenie.
Bez pompowania i wydłużania
W tym, co robię, znajdziecie wiele płaszczyzn poza seksem: emocje, łączność duchową — mówiła Lust „Newsweekowi”. — Próbuję pokazać seksualizm kobiecy w sposób, jakiego wcześniej nie widywaliśmy na ekranie. Tworzę filmy erotyczne.
Cóż, nikt nigdy nie sformułował jedynie słusznej definicji, ale intuicyjnie możemy przyjąć, że wytrysk na twarz kończący „Grzeczną dziewczynkę” należy jednak zaliczyć do pornografii. Jakkolwiek eleganckiej, realizowanej z poczuciem humoru, wiarygodnie ukazującej psychologię aktu seksualnego.
Na stronie ErikaLust.com znajdziemy manifest etyki zawodowej przyświecającej wytwórni. A także linki do rozlicznych wywiadów i tekstów poświęconych reżyserce w tak prestiżowych tytułach, jak „New York Times”, „Forbes”, „The Atlantic”, „Harper’s Bazaar”, „Cosmopolitan”, „Vanity Fair”, „The Independent”, „Die Welt”, „Le Monde”, „La Repubblica”, „El País”. Plus jeszcze dłuższą listę branżowych nagród. Erika ma nawet własną apkę Xconfessions umożliwiającą oglądanie kilkuset „pikantnych fantazji” samodzielnie lub z partnerem. Wówczas adekwatny algorytm wybiera pozycje, które najbardziej przypadły do gustu obojgu użytkowników podczas sesji indywidualnych.
Bazując na gatunku, który w najlepszym wypadku traktuje kobiety przedmiotowo, a w najgorszym jak odhumanizowane obiekty służące do rozładowania agresji, Erika opowiada interesujące historie. W jej filmach grają sympatyczni aktorzy niepoddani zabiegom chirurgicznym wyolbrzymiającym ich cechy płciowe. Wyglądają atrakcyjnie, lecz normalnie. Panie nie pompują ust ani biustów, a faceci nie muszą spędzać połowy dnia w siłowni i chodzić na regularne depilacje. Pod koniec następuje obopólne zaspokojenie. Spytana, co sprawia, że jej porno różni się od całej reszty, Lust odpowiada: „Estetyka, etyka, reżyseria. Poruszam problemy, kreuję postacie”.
Feministyczny charakter ambitnych pornosów nie ogranicza się do formy ani treści. Także po drugiej stronie kamery producentka zatrudnia kobiety. Pełnią funkcje operatorów, dźwiękowców, oświetleniowców. To wszystko etaty zarezerwowane w tradycyjnych studiach dla facetów. „Kiedy zdjęcia robi mężczyzna, koncentruje się na ciele kobiety, zwłaszcza piersiach i genitaliach — wyjaśnia Erika. — Dziewczynę interesują inne rzeczy, łapie wyraz twarzy partnera, reakcje partnerki”. Miesięcznie stronę odwiedza ponad milion użytkowników, liczba zarejestrowanych subskrybentów (24,95 dol. miesięcznie) przekroczyła 120 tys. Połowę stanowią mężczyźni, co zdaje się potwierdzać tezę, że zwykłe porno odzwierciedla bardziej kulturowe stereotypy niż realne potrzeby i marzenia seksualne panów.
Erika znalazła wiele naśladowczyń. Wkrótce po niej wystartowała Australijka Ms. Naughty ze stroną ForTheGirls. Courtney Trouble założyła najdłużej funkcjonujący portal erotyki transgenderowej (queer porn) Indiepornrevolution.com. Inne twórczynie „feministyczne” to absolwentka filozofii Ovidie, zwana „Intelektualistką”, czy Jincey Lumpkin — producentka, reżyserka, publicystka, właścicielka marki Juicy Pink Box, nosząca przydomek lesbijskiego Hugh Hefnera. Cindy Gallop (Makelovenotporn.tv) stawia na filmy amatorskie, kręcone przez użytkowników. Branża stopniowo się cywilizuje czy — jak kto woli — humanizuje. Może wkrótce młodzi ludzie z krajów, w których edukacja seksualna kuleje, przestaną dusić partnerki bądź partnerów, myśląc, że tak trzeba.





