To, jak Rafał Trzaskowski ugasi polityczny pożar w Warszawie, może zdecydować o kształcie następnego rządu. Przed prezydentem stolicy stoi więc wyzwanie o historycznej skali. Na razie idzie mu źle, a pojawiają się nowe afery.
Rafał Trzaskowski 3 lipca w końcu podjął radykalne, personalne decyzje, mające zgasić polityczny pożar wokół tego, co działo się w stołecznym Szpitalu Południowym. Nowy tydzień przyniósł jednak kolejne informacje o nieprawidłowościach w podlegających miastu placówkach: „Newsweek” opublikował materiał Renaty Kim donoszący o mobbingu, jakiemu swoich pracowników miała poddawać dyrektorka Warszawskich Wodociągów (MPWiK), a portal Zero kolejny materiał o sygnaliście, który mimo ochrony ratusza miał zostać zwolniony z Zarządu Dróg Miejskich.
Żadna z tych spraw nie wywołuje pewnie tak wielkich społecznych emocji, jak rewelacje o tym, co działo się w Szpitalu Południowym. Skandalicznie wysokie zarobki lekarzy, oszustwa z czasem pracy, informacje o specjalnych kolejkach dla VIP-ów i aferze w prosektorium rezonują z frustracją, jaką kontakt z systemem ochrony zdrowia wywołuje u milionów rodaków. Sprawy wodociągów i ZDM dokładają jednak władzom Warszawy wizerunkowych kłopotów w środku największego kryzysu, z jakim partia, z której pochodzą, mierzy się w tej kadencji Sejmu. Czy te nowe kłopoty władz stolicy przełożą się na kryzys całej KO?
Podobne problemy
Co ciekawe, we wszystkich sprawach, podobnie jak w aferze Szpitala Południowego, widać podobne problemy. Po pierwsze, brak efektywnego nadzoru miasta nad podległymi mu placówkami. Ustalenia dziennikarzy pokazują, że Szpital Południowy czy miejskie wodociągi funkcjonują trochę jak udzielne księstwa, nad którymi ratusz bardzo luźno sprawuje kontrolę. Jeśli w ogóle.
Po drugie, we wszystkich tych instytucjach widzimy problem z podobnym modelem zarządzania pracownikami: autorytarnym, nieznoszącym sprzeciwu, często po prostu spełniającym definicję mobbingu. Dyrektorka warszawskich wodociągów miała regularnie upokarzać pracowników, podważać publicznie ich kompetencje i poczucie własnej wartości. Sygnalista z Zarządu Dróg Miejskich miał z kolei być szykanowany po tym, jak zażądał od przełożonych polecenia na piśmie. Inaczej nie chciał go wykonać, gdyż uważał, że jest ono pozbawione podstawy prawnej.
Materiał Renaty Kim mówi o politycznej ochronie ze strony stołecznych struktur KO, jaką ma się cieszyć dyrektor wodociągów. Odkąd wypłynęła sprawa Dawida Kacprzyka, cała Polska zastanawia się, jaką rolę w jego niezwykłej karierze w Szpitalu Południowym mogły odgrywać jego partyjne powiązania.
Oczywiście, można powiedzieć, że wszystkie praktyki w stołecznych instytucjach, o których dowiadujemy się dziś z mediów, mają głębokie korzenie i nie zaczęły się wraz z początkiem rządów Trzaskowskiego. Obecny prezydent rządzi jednak miastem już prawie osiem lat i można od niego oczekiwać, by był w stanie zidentyfikować źle działające instytucje miejskie i wdrożyć w nich program naprawczy.
KO płaci dziś cenę za to, że latami nie miała w stolicy z kim przegrać
Problem w tym, że nigdy nie było tego dostatecznie silnej politycznej motywacji, bo KO i Trzaskowski najzwyczajniej w świecie nie mieli w Warszawie z kim przegrać. Partia Donalda Tuska rządzi w stolicy od prawie 20 lat. Od pierwszej wygranej Hanny Gronkiewicz-Waltz w pojedynku z rzuconym na Warszawę byłym premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem nigdy tak naprawdę nie musiała się spocić, by utrzymać władzę.
PiS — choć jego kandydat Lech Kaczyński wygrał pierwsze w historii III RP bezpośrednie wybory na prezydenta stolicy w 2002 r. — stał się w czasie swoich rządów partią w zasadzie niewybieralną w Warszawie i w ogóle w większych miastach — dziś PiS nie ma żadnego prezydenta w mieście liczącym więcej niż 100 tys. mieszkańców. I biorąc pod uwagę, jaki model prawicowości reprezentuje ta partia, trudno się mieszkańcom miast dziwić.
Z kolei lewica czy ruchy miejskie nigdy nie były w stolicy tak silne, by realnie zagrozić kandydatom Koalicji czy wcześniej Platformy Obywatelskiej. I to nawet wtedy, gdy władzę Warszawy obciążała afera reprywatyzacyjna, ze wszystkimi jej szeroko opisywanymi w mediach patologiami.
Niestety, pewność utrzymania władzy nie tworzy mocnych zachęt do polityki zdolnej np. do odważnych reform samorządowych instytucji — zwłaszcza gdy wchodzą one w konflikt z interesami własnego, partyjnego aparatu.
Problem nie tylko warszawski
Czy wszystkie opisywane przez media problemy miejskich instytucji zmienią tę polityczną dynamikę? Czy zagrożą pozycji KO w stolicy? A tym samym zmuszą ją po raz pierwszy od 20 lat do realnej walki o utrzymanie władzy i realnych reform tego, jak działa miasto?
Przewaga KO w Warszawie nadal jest potężna. PiS nadal nie ma kandydatów strawnych dla wielkomiejskiego wyborcy. Konfederacja, lewica czy ruchy miejskie nadal wydają się zbyt słabe, by realnie zagrać o władzę w mieście. Jednocześnie problem dla KO polega na tym, że kłopoty partii w Warszawie mogą przełożyć się na problemy w wyborach do Sejmu i Senatu za rok. Bo choć inaczej niż w przypadku afery z zarobkami lekarza-radnego większość wyborców nie odniesie sytuacji w stołecznych wodociągach do własnych doświadczeń i frustracji, to kolejne negatywne dla KO informacje ze stolicy składają się na obraz partii niezdolnej poradzić sobie z rządzeniem zarówno na samorządowym, jak i ogólnopolskim poziomie.
Do tego dziennikarze odkryli właśnie, że instytucje podległe warszawskiemu ratuszowi są potencjalnie kopalnią tematów. Z kolei ludzie, którzy od dawna w milczeniu obserwowali patologie, zyskują odwagę, by o nich publicznie mówić. Możemy się więc spodziewać niejednej podobnej historii jak ta z warszawskich wodociągów.
Dlatego KO po raz pierwszy od dwóch dekad staje przed przymusem radykalnego programu naprawczego warszawskich instytucji. Bo nawet jeśli w stolicy KO nie ma ciągle konkurencji, to wszystkie warszawskie sprawy mogą zatopić partię za rok. A biorąc pod uwagę, jak po 2023 r. zradykalizował się PiS i jak radykalnych będzie miał partnerów, kolejne lata w opozycji będą dla KO znacznie trudniejsze niż okres 2015-2023.
Trzaskowski nie będzie walczył o reelekcję w wyborach samorządowych w 2029 r. To, jak ugasi dziś polityczny pożar w Warszawie, może jednak zdecydować o czymś znacznie ważniejszym niż to, kto będzie przyszłym prezydentem stolicy: kształcie następnego rządu. Trzaskowskiego czeka więc polityczne wyzwanie potencjalnie nie mniej poważne niż zeszłoroczne wybory prezydenckie. Bardzo wiele, jeśli chodzi o przyszłą ocenę tego polityka przez — mówiąc patetycznie — historię III RP, zależy od tego, czy poradzi sobie z nim lepiej niż z pojedynkiem z Nawrockim.