Na wakacje dzieci jadą po przygodę. Czy bardziej od śpiewów przy ognisku potrzebują psychologa?
Cisza poobiednia. Harcerze śpią w namiotach, kadra zbiera się nad jeziorem.
— Znajdźcie wygodną pozycję. Zamknijcie oczy — mówi Kuba, obozowy psycholog.
Mają tylko kwadrans na relaksację. Ktoś się spóźnia, bo jeszcze pomagał w kuchni, inny poprawiał zuchom namioty. Biorą głęboki oddech.
— Wyobraźcie sobie ścieżkę wśród bambusów. Wychodzicie na piękną, piaszczystą plażę…
Siedzą na Mazurach. Anka marzy o spaniu do południa we własnym łóżku. Arek — o dobie bez 20 par wpatrzonych w niego oczu.
Psycholog na warcie
Na facebookowej grupie dla wychowawców kolonijnych ogłoszenie: „Poszukuję psychologa na obóz harcerski. Bardzo mile widziana znajomość środowiska harcerzy”. Kuba odpowiedział na nie jako jeden ze 120 kandydatów.
— Byłem świeżo po studiach, potrzebowałem praktyki. Za dwutygodniowy turnus dostałem 5,5 tys. zł brutto — mówi.
Spodziewał się, że będzie pomagał głównie rozwiązywać obozowe konflikty. Szybko się jednak zorientował, że tego będzie najmniej. Każdego dnia miał po kilka indywidualnych spotkań.
— Dzieci przychodziły z tym, co się u nich dzieje w życiu. Również z problemami domowymi — mówi. — W wielu przypadkach miałem wyrzuty sumienia, że nie mogę objąć ich długofalową pomocą.
Jeszcze kilka lat temu nikt nie myślał o zatrudnianiu psychologa na obozie. Obóz miał dawać to, czego nie da miasto — kontakt z naturą, prawdziwe wyzwania, oderwanie od codzienności. Czy to już nie wystarcza?
— Mamy duże obozy, dużo się na nich dzieje. I uczestnikom, i kadrze przydaje się takie wsparcie — mówi Kacper Kozłowski, drużynowy i organizator obozów ZHP w Lublinie. W tym roku już po raz czwarty zabierają psychologa na obóz.
Pomysł pojawił się, kiedy ZHP wdrażał nową politykę ochrony dzieci i młodzieży. Uruchomili telefon zaufania, Strefę Pomocy, zaczęli szkolić do tego kadrę. Trochę z rozpędu zatrudnili psychologa na letnim obozie w bazie koło Giżycka. Nie na wyjazd terapeutyczny, tylko na zwykły obóz harcerski — z nocowaniem w namiotach i wartami.
Już pierwszego dnia dopadła ich burza.
— Obóz trzeba było ewakuować, pomagała straż pożarna, zaangażowali się urzędnicy gminy — opowiada Kacper Kozłowski. Wszyscy pamiętali tragedię w Borach Tucholskich sprzed kilku lat. — Ludzie byli roztrzęsieni — dodaje.
Ich było prawie 200. W tej samej bazie stacjonowały jeszcze obozy z innych stron kraju — łącznie ponad 400 osób.
Nikomu nic się nie stało. Musieli tylko tymczasowo koczować w pobliskiej szkole. Psycholog uspokajał płaczące dzieci, wyciszał ataki paniki, przejmował najtrudniejsze przypadki, żeby kadra mogła ogarnąć całą grupę. Wypożyczali go obozom z innych miast, bo też potrzebowały jego pomocy. Pracował non stop przez trzy dni.
— Wtedy przestałem zadawać sobie pytanie, czy to był dobry pomysł — mówi Kacper Kozłowski.
Przez dwa tygodnie jak na pełnym etacie
Z przypadku zrobiła się rutyna. Ola Mroczek pojechała jako psycholożka na jeden z kolejnych obozów. Najmocniej utkwiło jej w pamięci, jak 9-letni Franek (imię zmienione) uciekł do lasu. Wybiegł ze stołówki z krzykiem: „Idę do domu!”. Połowa zuchów marudziła wtedy o powrocie. Ale tylko Franek spróbował.
Zatrzymał się po kilkuset metrach. Usiadł między drzewami i nie pozwalał się do siebie zbliżyć. Krzyczał tym głośniej, im bliżej ktoś z kadry próbował podejść. Instruktorzy stali z daleka i nie wiedzieli, co robić.
Ola podchodziła powoli. Nie mówiła dużo. Usiadła w pewnej odległości — na tyle blisko, żeby ją słyszał, na tyle daleko, żeby nie czuł się osaczony. Czekała.
— Nie mówiłam, że wszystko będzie dobrze. Nie pytałam, dlaczego uciekł. Po prostu byłam obok — opowiada.
Po chwili chłopiec przestał krzyczeć. Potem przestał płakać. Ola zaproponowała ćwiczenie oddechowe — wdech, wydech, jeszcze raz. Obiecała telefon do rodziców, jak tylko wrócą do obozu.
— Dopiero wtedy można było ruszyć dalej — mówi.
Franek wrócił. Po rozmowie z rodzicami uznał, że jednak może zostać na obozie. Później świetnie się bawił.
Ola jest instruktorką ZHP i pracuje w telefonie zaufania Strefy Pomocy.
— Nie sądziłam, że potrzeba jest aż tak duża — mówi.
Harcerze dzwonią z konfliktami w drużynie, ale też gdy czują się samotni czy z domowymi sprawami. Głównie jednak: bullying i hejt.
— Problemy mnie nie zaskakują, zaskakuje mnie jednak ich liczba — mówi Ola.
W roku szkolnym odbiera około 30 telefonów, podczas wakacji — nawet 60 w miesiącu. Na obóz jednak przygotowała gotowe konspekty zajęć rozwijających kompetencje emocjonalno-społeczne i z asertywności. Miała uczyć harcerzy, jak powiedzieć „nie” w taki sposób, żeby nie obrazić drugiej osoby. Nie zdążyła. Przy indywidualnych interwencjach miała więcej pracy niż obozowy ratownik medyczny.
— Przychodzi instruktorka: „Chłopak mnie rzucił”, zaraz następna: „A jeśli nie zdam matury?”. Potem mały zuch: „Tęsknię za mamą”. Zdarzały się ataki lęku. Były dzieci z problemem nadpobudliwości, których nie sposób było nakłonić do współpracy z grupą. Przez dwa tygodnie pracowałam jak na pełnym etacie!
W 10-osobowym namiocie urządziła gabinet. Wstawiła dodatkowe łóżko, które pełniło funkcję terapeutycznej kozetki. Wejście było z dwóch stron, żeby nikt się nie krępował wizyty przed kolegami. Harcerze przychodzili czasem tylko po to, żeby poleżeć na kozetce.
Kolonie z bagażem
Problem nie dotyczy tylko harcerzy. — Dzieci nie zostawiają problemów w domu tylko dlatego, że wyjechały na wakacje — mówi Maja Rosińska z Torunia. Jako psycholożka zatrudniała się nie tylko na obozach harcerskich, ale również na koloniach. Takich zwykłych, nie terapeutycznych.
— Klasyczny scenariusz? Rodzice nie informują organizatorów letniego wypoczynku o specjalnych potrzebach swojego dziecka. Na miejscu okazuje się, że 10-latek zaczyna bić dzieci z pokoju albo wychowawcę. Nikt nie wie, że on potrzebuje mniej bodźców, więcej spokoju. Ani że powinien przyjmować leki. Ale awantura już trwa. Wtedy psycholog jest naprawdę niezbędny.
Anna Książek, współorganizatorka obozów i półkolonii „Wakacje z pasją”, podobne sytuacje obserwuje od lat. Jej organizacja od 10 lat zatrudnia na obozach psychologów. Pomagają dzieciom poradzić sobie z tęsknotą, gdy pierwszy raz wyjeżdżają bez rodziców, mediują w konfliktach rówieśniczych i wspierają wychowawców, gdy ci nie wiedzą już, jak zareagować.
— Rodzice nie mają obowiązku poinformować organizatora, czy dziecko ma jakieś dodatkowe diagnozy. To się ciągle zdarza, a na turnusie 90-osobowym to może być naprawdę poważny problem. Mieliśmy psychologa z poradni psychologiczno‑pedagogicznej, który świetnie wyłapywał dzieci z trudnościami, o których nikt nam nie wspomniał. To pozwalało szybciej zrozumieć, czego takie dziecko potrzebuje, zanim sytuacja wymknęła się spod kontroli — mówi.
Niech pani coś zrobi
Na kolonii nie ma jednak miejsca na terapię. Są interwencje kryzysowe.
— Ustalamy, co pomoże dziecku przetrwać najbliższe dni. Czy zadzwonić do kogoś bliskiego? Jak może sobie radzić z napięciem? — mówi Maja Rosińska. Czasem to wystarczy. Na kolonii zgłosiła się do niej 13-latka. Powiedziała tylko: „Tnę się po udach. Niech pani coś zrobi”. — Tamtej dziewczynce pomogło to, że w trudniejszej chwili mogła wpaść do mojego pokoju, wypłakać się i zostać tak długo, aż złapała oddech — mówi psycholożka.
Widzi jednak, że kryzysów i problemów jest teraz znacznie więcej niż jeszcze kilka lat temu i znacznie więcej, niż gdy jako dziecko sama jeździła na kolonie.
— Opiekun zwykle wie, co zrobić, kiedy dzieci się pokłócą. Ale jak się zachować, gdy dziecko dostanie ataku paniki podczas zwiedzania muzeum? Tego nie uczą na kursach dla wychowawców kolonii — mówi.
Telefon od mamy
Wychowawca prowadzi grupę na plażę. Dwieście metrów, dwanaścioro dzieci. Zanim dojdą, odbiera trzy telefony od rodziców. Jeden — bo dziecko powiedziało tacie, że opony autokaru wyglądają na łyse. Tata alarmuje więc o awarii. Drugi — bo syn nie zjadł zupy. Mama tłumaczy, że dziecko nie lubi pomidorowej, ale trzeba mu przypominać, że nie każda czerwona zupa to pomidorowa. Trzeci, bo córka się nudziła na dzisiejszych zajęciach. Pół godziny później wychowawca wciąż stoi na plaży z telefonem przy uchu.
— Żeby wychowawca miał nad dziećmi opiekę, musi mieć z nimi kontakt. Komórki to skutecznie utrudniają — mówi mi jeden z najbardziej znanych organizatorów letniego wypoczynku dla dzieci. Od lat 90. wysyła tysiące polskich uczniów na kolonie, obozy i zielone szkoły, również za granicę. Oprócz wychowawców zatrudnia także psychologów. — Ale tylko wtedy, gdy jadą dzieci z problemami czy ze wskazaniem, że powinna się odbywać praca terapeutyczna — mówi właściciel biura.
Jest zdumiony pomysłem zatrudniania psychologa na regularnych koloniach czy obozach harcerskich. — To gdzie mają kadrę? Każdy doświadczony wychowawca powinien sobie poradzić na obozie bez wsparcia psychologa. A dzieci bez orzeczeń po prostu potrzebują dobrego wypoczynku.
Kadra szuka relaksu
— Wychowawcą kolonijnym zostaje się dziś po trzydniowym kursie, psycholog pomoże nie tylko dzieciom, ale i młodej kadrze — podkreśla Anna Książek.
— To wychowawcy potrzebują wsparcia — przyznaje również Kacper Kozłowski. Wielu z nich ma po 18 lat albo niewiele więcej. Jadą na obóz, gdzie odpowiadają za dzieci przez całą dobę. — Nie dojadają i nie dosypiają, żeby dobrze przygotować się do zajęć każdego dnia.
Na jego obozach szczególnie dba się o wellbeing kadry. Są specjalne namioty z tzw. strefą ciszy. — Wchodzisz tam boso, dla lepszej stymulacji sensorycznej, jest pianka do relaksu albo leżaki. Można posiedzieć i poodpoczywać — opowiada drużynowy.
To dlatego po obiedzie nad jeziorem siadają z Kubą i zamykają oczy. Kwadrans relaksacji ma im pomóc wrócić do równowagi przed kolejną częścią dnia.
Pytam Kubę: — Czy harcerski instruktor nie powinien poradzić sobie z problemami wychowawczymi bez pomocy psychologa?
— Nie ma już dziś miejsca na twarde, harcerskie wychowanie — odpowiada. — Dzieci są delikatniejsze. Ale również rodzice wymagają, żeby się z nimi delikatnie obchodzić. I coraz trudniej jest być wychowawcą, także w drużynie harcerskiej.
Dodatkowy koszt
Psycholog na obozie to jednak dodatkowy, poważny koszt. Nie wszystkich organizatorów stać na taki luksus, a letnie wyjazdy już dziś są dla wielu rodzin zbyt drogie. Na obozach w hufcu Kacpra Kozłowskiego za dwutygodniowy obóz uczestnicy płacą około 2 tys. zł. Psycholog zarabia około 5 tys. zł na rękę za turnus. — Dbamy o to, żeby stawka była godziwa i zachęcała psychologów do wyjazdu — mówi Kacper Kozłowski.
Najczęściej zatrudniają psychologów z harcerskim doświadczeniem. Żeby nie trzeba im było tłumaczyć, kim jest zuch czy przyboczny. — Koszt rozkłada się na kilka złotych od uczestnika, ale tylko dlatego, że jeździmy na duże obozy. I większość kadry pracuje wolontariacko, tylko kucharze i ratownicy oraz psycholog są wynagradzani.
Anna Książek też zwraca uwagę na to, że nie każdy organizator może sobie pozwolić na zatrudnienie psychologa na obóz. Ale uważa, że to jedna z najlepszych inwestycji. — Dziś mamy większą wiedzę o tym, jak funkcjonuje człowiek, mamy też więcej zrozumienia dla psychologii. To bardzo cenne, jeśli możemy wykorzystać ją z korzyścią dla dzieci — mówi.
***
Kwadrans relaksacji nad jeziorem dobiega końca. Kuba stosował dziś metodę progresywnej relaksacji Jacobsona. Jutro będzie trening autogenny Schultza. Anka otwiera oczy. Przed nią jeszcze pół dnia z dziećmi i nocne warty.




