Polska klasa średnia długo zapominała o swoich korzeniach. Na Zachodzie ma swoją długą tradycję, ale u nas powstała dopiero po 1989 r. i z neofickim zapałem zaczęła tworzyć swoje style życia, rytuały. Jej poczucie wartości było kruche i niepewne. Poza tym byli to ludzie zajęci pracą. Nie było czasu na grzebanie w korzeniach, trzeba było zarabiać na auta, mieszkania na strzeżonych osiedlach, wakacje za granicą nad ciepłym morzem.
Przez lata pielęgnowała „bezpochodzeniowość”. Nieważne, skąd pochodzę, ważne, kim chcę zostać. Ci, którzy mieli chłopskie korzenie, woleli o tym zapomnieć, zamiast ziemniaczanej kiszki, boczku czy sękacza, którym objedli się w dzieciństwie, wybierali prosciutto, sushi i tiramisu. Byli ciekawi i spragnieni świata, a nie receptur swoich babć.
Najpierw więc rzucili się na kuchnię włoską, w drugiej połowie lat 90. ostro weszło sushi. Rolki były drogie i aspirujące. Na początku XX w. gluten stał się najważniejszym i podstawowym wrogiem klasy średniej. Potem przyszedł czas na kuchnię wegetariańską i wegańską, matchę… Maciej Nowak kiedyś żartował, że klimat lokali z zieloną herbatą kojarzy mu się z XIX-wieczną kulturą zdrojową, gdzie eleganccy ludzie w wytwornych strojach pijali wody ze specjalnych kubeczków i wierzyli w ich niezwykłe możliwości. „Ludzie są tam ożywieni, niedziwne, bo matcha podnosi ciśnienie, rozmawiają ze sobą, mniej wpatrują się w ekrany telefonów i komputerów”.





