Karol Nawrocki może uznać pierwszy rok swojej prezydentury za politycznie udany. W ciągu dwunastu miesięcy od objęcia urzędu nie tylko znacząco wzmocnił swoją pozycję na polskiej scenie politycznej, ale też w zasadzie zrealizował wszystkie cele, jakie mógł sobie wyznaczyć na początku kadencji.
Problem w tym, że to, co jest dobre politycznie dla Karola Nawrockiego, niekoniecznie musi być dobre dla Polski. Pierwszy rok jego prezydentury z pewnością nie był bowiem dobry dla kraju. Prezydent podjął szereg niemądrych, obiektywnie szkodliwych dla Polski decyzji. Destrukcyjny jest także sam jego pomysł na sprawowanie urzędu: prezydentura funkcjonująca w stanie permanentnej konfrontacji z rządem, nieustannie balansująca na granicy konstytucji, której zapisy Nawrocki stara się maksymalnie naginać, by de facto przybliżyć polski system do modelu prezydenckiego.
Prezydent wszystkich prawic
Zeszłoroczne wybory prezydenckie, jak to często bywa w Polsce, uruchomiły tektoniczne zmiany na scenie partyjnej. Ich zapowiedzią był już wynik pierwszej tury. Nawrocki osiągnął najsłabszy rezultat spośród kandydatów PiS w historii wyborów prezydenckich, a kandydaci obu Konfederacji uzyskali rekordowe jak na radykalną prawicę poparcie.
PiS zamiast wzmocnić się po zwycięstwie w wyborach prezydenckich zaczął tracić w sondażach, oddając wyborców przede wszystkim partii Grzegorza Brauna. Ugrupowanie Kaczyńskiego pogrążyło się też w wewnętrznych sporach, których konsekwencją był rozłam i powstanie ruchu Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. W tej chaotycznej sytuacji Pałac Prezydencki stał się jedynym stabilnym punktem odniesienia po prawej stronie sceny politycznej. To na niego orientują się dziś wszyscy skonfliktowani gracze, przede wszystkim PiS, Rozwój Plus Morawieckiego oraz Konfederacja Bosaka i Mentzena.
Karol Nawrocki potrafił wykorzystać tę korzystną koniunkturę. Od samego początku kadencji realizował koncepcję „prezydenta wszystkich prawic”, dbając o utrzymanie dobrych relacji ze wszystkimi ważnymi graczami, od Morawieckiego po Mentzena i Bosaka. Jednocześnie nie dał się przykleić do PiS tak, jak dał się przykleić Andrzej Duda. W sytuacji, gdy parlamentarna prawica była zajęta głównie własnymi sporami, prezydent wszedł w ostre, polaryzacyjne starcie z Tuskiem, budując się w ten sposób na kluczowego lidera prawicowej opozycji wobec rządów koalicji 15 października.
Koncepcja „prezydenta wszystkich prawic” mogła okazać się politycznie ryzykowna, bo z definicji narażała Nawrockiego na konflikt z połową wyborców. Na razie jednak nie działa na jego niekorzyść. Koalicja środowisk, która zmobilizowała się, by poprzeć go w drugiej turze rok temu, wciąż wydaje się postrzegać go jako swojego prezydenta.
Gdy Nawrocki przystępował do prezydenckiego wyścigu, wydawał się zupełnie drewnianym kandydatem. Nauczył się jednak bardzo sprawnie komunikować ze swoim elektoratem i odczytywać jego nastroje. Jak dotąd politycznie ryzykowne decyzje — np. niepopularne weta w sprawie ustawy łańcuchowej czy związków partnerskich — nie nadszarpnęły pozycji prezydenta, a decyzja o odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu trafiła w rosnące w Polsce antyukraińskie nastroje.
Można się jednak zastanawiać, czy z punktu widzenia politycznych interesów Nawrockiego błędem nie okaże się weto wobec ustawy o SAFE i rozpoczęty w jego następstwie konflikt z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Weto może osłabić poparcie dla prezydenta wśród żołnierzy oraz grup, które skorzystają na inwestycjach finansowanych z SAFE. Rząd będzie bowiem mógł przedstawić te inwestycje jako swój wyłączny sukces, osiągnięty mimo sprzeciwu Nawrockiego. Także konflikt z PSL może okazać się politycznie kosztowny dla sił sytuujących się na prawo od ludowców, podobnie jak miało to miejsce w 2023 r.
Bez zysków dla kraju
Wszystkie te sukcesy służą jednak przede wszystkim osobistym celom politycznym Nawrockiego, a nie polskim obywatelom. W ciągu ostatnich 12 miesięcy wydarzył się tak naprawdę tylko jeden przypadek, gdy sukces prezydenta można jednocześnie uznać za sukces Polski. Chodzi o sytuację, w której udało mu się dotrzeć do prezydenta Donalda Trumpa i uzyskać zapewnienie, że amerykańska obecność wojskowa w Polsce nie zostanie zredukowana. Choć od tej deklaracji do faktycznego, trwałego wzmocnienia amerykańskiej obecności w naszym regionie wciąż jest daleka droga.
Poza tym trudno wskazać choć jedną decyzję prezydenta, czy to w polityce krajowej, czy zagranicznej, którą można byłoby uznać za sukces z punktu widzenia polskiej racji stanu. Awantura wokół orderu dla Ukrainy pomogła Nawrockiemu politycznie, ale trudno powiedzieć, by poprawiła relacje Warszawy z Kijowem. Wiele wskazuje natomiast na to, że mogła przyczynić się do wzrostu antyukraińskich nastrojów w kraju. To zaś szkodzi długoterminowym interesom Polski. Powinno nam zależeć na zatrzymaniu na stałe jak największej liczby Ukraińców, bo trudno wyobrazić sobie inną masową migrację, która byłaby jednocześnie bardziej produktywna ekonomicznie i mniej odległa nam kulturowo.
Szkodliwe i niemądre było także weto do ustawy o statusie osoby najbliższej w związku, uniemożliwiające uregulowanie wspólnego życia wielu parom, które nie chcą lub nie mogą zawrzeć małżeństwa, nie tylko jednopłciowym. Polska pozostaje jednym z ostatnich państw Unii Europejskiej, które odmawiają swoim obywatelom podobnych praw. To stawia nasz kraj w fatalnym świetle w oczach dużej części zachodniej opinii publicznej.
Jeszcze bardziej szkodliwe było weto wobec ustawy o SAFE. Nie wszystkie wydatki związane z programem uda się rządowi sfinansować bez ustawy wymagającej podpisu prezydenta. Sięgając po weto, Karol Nawrocki przeniósł logikę totalnej politycznej polaryzacji do obszaru bezpieczeństwa narodowego, który dotąd pozostawał w dużej mierze wyłączony z bieżącej wojny partyjnej.
Kluczowe następne kilkanaście miesięcy
Polityka skrajnej polaryzacji i konfrontacji z rządem pozostaje najbardziej negatywnym dziedzictwem pierwszego roku prezydentury Nawrockiego. Od czasów Lecha Wałęsy nie mieliśmy prezydenta tak wrogiego sejmowej większości i tak zdeterminowanego, by wykorzystywać wszystkie swoje prerogatywy do maksymalnego utrudniania jej rządzenia. Polska konstytucja zakłada elementarną wolę współpracy między ośrodkiem prezydenckim a większością parlamentarną. Karol Nawrocki w swojej praktyce politycznej całkowicie odrzuca to założenie.
W starciach z rządem prezydent nieustannie porusza się na granicy konstytucyjnego faulu, zachowując się tak, jakby chciał w praktyce przekształcić polski system w model prezydencki. Tę granicę przekroczył przynajmniej raz, odmawiając odebrania przysięgi od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm. W ten sposób jeszcze bardziej pogłębił chaos prawny wokół instytucji zrujnowanej przez rządy Zjednoczonej Prawicy w latach 2015-2023, a przy tym z dużym prawdopodobieństwem dopuścił się deliktu konstytucyjnego.
Jak skończy się ta polityka? Kluczowe dla oceny całej pierwszej kadencji Nawrockiego będzie najbliższych kilkanaście miesięcy. Jeśli prawicowa opozycja nie zdoła utworzyć rządu po wyborach, a porażka dodatkowo przyspieszy proces jej radykalnej rekompozycji, także Karol Nawrocki będzie musiał przemyśleć swoją strategię. W nowej rzeczywistości nie wystarczy już pomysł na prezydenturę sprowadzającą się do maksymalnego utrudniania życia rządowi w nadziei, że ostatecznie przywróci to do władzy PiS i Konfederację.
Jeśli natomiast powstanie rząd prawicy, nawet pod politycznym patronatem prezydenta, Nawrockiego czeka zupełnie inne wyzwanie. Nawigowanie w nowym układzie tak, by nie dać się zepchnąć do roli strażnika żyrandola, a jednocześnie nie zrazić sobie zaplecza niezbędnego do reelekcji, może okazać się znacznie trudniejsze niż dotychczasowa gra oparta na konflikcie z Tuskiem. Paradoksalnie to właśnie sukces obozu, któremu dziś sprzyja, może wystawić polityczny talent Nawrockiego na znacznie poważniejszą próbę niż pierwszy rok jego prezydentury.




